Rozdział 3 Drugi dzień egzaminu


Samane ocknęła się na dźwięk budzika w bransolecie. Spojrzała zaspana na godzinę. Była czwarta rano. Ptaki robiły niezły hałas. Rozbrzmiewał ich piękny koncert na rozpoczęcie dnia. Wygramoliła się ze śpiwora i spakowała go do plecaka. Była głodna. Chwyciła kilka zaostrzonych patyków. Przeszła obok wygasłego ogniska. Nagle obudziła się Kazari.

- Śpij, już moja kolej – Samane schyliła się, dotykając jej ramienia.

- Aha – wymamrotała jak pijana i popatrzyła zaczerwienionymi oczami na Samane. Jej głowa opadła z powrotem na ziemię. Samane uśmiechnęła się, spojrzała na dwójkę leżącą razem pod kocem.

Ruszyła w stronę rzeki, ściągnęła buty i podwinęła spodnie. Nachyliła się nad brzegiem i chlapnęła zimnej wody na twarz, by się rozbudzić, ale podziałało to tylko częściowo. Zamknęła oczy, za pomocą energii sprawdziła, czy nie ma kogoś w pobliżu . Okolica była wyjątkowo spokojna. Jedynie czterech obserwatorów chowało się w zaroślach i na drzewach. Powoli weszła do strumienia. Woda sięgała jej do kolan. Chwyciła jeden naostrzony kij. Przesunęła rękę do tyłu i zamarła w bezruchu, wpatrując się w wodę. Pamiętała, jak w dzieciństwie w ten sam sposób łowiła z innymi dzieciakami z Meabe ryby. Koło jej nóg pływały same małe rybki, udało jej się nabić kilka na kij. Odłożyła go i sięgnęła po drugi, na końcu którego zachowała mały kawałek mięsa jednej z mniejszych ryb jako wabik. W końcu pojawiła się większa, mięsożerna ryba, mieniąc się tęczowymi refleksami. Świst rozległ się z pluskiem wody, a ta zabarwiła się na czerwono. Samane ucieszyła się, udało jej się złapać sporą rybę, jednak było to za mało, by nakarmić wszystkich. Sięgnęła po kolejny kij. Ściągnęła koszulkę, zostając w samym staniku. Wspięła się na pobliską skałę, na niedużą wysokość i w pozie gotowej do atakowania przyglądała się głębszej części rzeki, wypatrując w jej czeluściach dużych ryb. Naraz skoczyła, wbiła się w wodę. Na kij nadziały się dwie ryby. Popłynęła jeszcze głębiej, prawie do samego dna. Woda była przyjemnie chłodna, co sprawiło, że całkiem się obudziła. Słońce oświetlało przejrzyście wodę wokół niej. Unosiła się w i trafiła w kolejne ryby. W sumie zebrała ich sześć. Wypłynęła łapiąc powietrze. Zanurkowała jeszcze raz, chciała złapać jeden duży okaz. Zobaczyła dużą i silną rybę. Zaczęła szybko za nią płynąć. Dorwała ją, wbijając przy okazji kij w dno. Ryba bardzo się szarpała. Samane ścisnęła mocniej kij. Sięgnęła po leżący na piaskowo – żwirowym dnie kamień i uderzyła nim kilkakrotnie w stworzenie . Gdy już udało jej się zebrać łup, usiadła na brzegu i wyciągnęła zza pasa nóż, by wypatroszyć ryby i ściągnąć z nich skórę . Nabiła duże kawały mięsa na kije i popodpierała nad paleniskiem. Rozpaliła ponownie ognisko i czekając, aż ryby się upieką, sięgnęła po pudełko przyniesione przez Orlego. Wewnątrz był kluczyk i koperta. Otworzyła kopertę i przeczytała list.


„Skoro czytacie tę wiadomość, to znaczy, że jesteście o krok bliżej do zdania egzaminu. Kluczyk otwiera pierwsze drzwi do tajemniczego budynku, jednak potem nie będzie już odwrotu. Kolejne drzwi zabezpieczone są szyframi. Na końcu będzie czekała na was osoba, która wręczy wam pewien zwój potrzebny do ukończenia zadania. Musicie go dostarczyć przed godziną dwunastą w południe. Cała drużyna powinna stawić się w komplecie na mecie. Powodzenia”.

- Spodziewałam się czegoś więcej w tym tajemniczym pudełku. - machnęła ręką zdegustowana i schowała kluczyk z powrotem do pudełka, gdzie był bezpieczny. Zbliżyła się godzina szósta, gdy Sayate obudziła się. Dziewczyna ziewnęła głośno i wyciągnęła ręce do góry.

- Co tak pięknie pachnie? - spytała, czując zapach pieczonej ryby.

- Ci – szepnęła Samane przykładając palec do ust. Wskazała na śpiących towarzyszy.

Sayate usiadła obok przyjaciółki i zerwała dwa duże kawały z kija. Jeden włożyła do ust, a drugi podała dowódcy. Samane przeszła obok śpiworów i koców, budząc najpierw Kazari i Orlego a potem pozostałych. Orli przetarł oczy, zapytał, co tak pachnie? Gdy już całkiem się rozbudził, zaczerwienił się, widząc, że Kazari spała na nim. Reszta grupy przysiadła się do ogniska.

- Wczoraj marzyłem o kiełbaskach, a dzisiaj mam ryby. Czyżbym dalej śnił, czy umarłem i trafiłem do raju? - żartował Miki.

Ostatnia wstała Tiri, a mina na jej twarzy była nie do opisania. Przypominała grymas połączony z zażenowaniem i zdziwieniem, a jednocześnie radość.

- Dlaczego tu do cholery śmierdzi rybami? - spytała .

- Częstuj się, to nasze śniadanie – poleciła jej Leeme, wskazując ręką na ognisko.

- Fuuj – grymasiła Tiri, ale usiadła przy towarzyszach i spróbowała zjeść. Była tak głodna, że w sumie było jej wszystko jedno, co je. W myślach nadal klęła – dlaczego ryby?

Samane i Sayate wspięły się na szczyt skały nad rzeką, skąd dostrzegły cel swej wędrówki, długi i niski budynek z kilkoma wieżyczkami na dachu.

- Ale się najadłem – skomentował Miki, głaskając się po brzuchu.

- Zbieramy się! - zawołały dziewczyny i zeszły ze skały.

- Mamy niedużo czasu – dodała Sayate.

- Sojta lecisz z Orlim, Axel z Kazari. Leeme i Tiri przekazie swoje sprzęty Orlemu i Kazari. - wydała polecenia, zbliżając się do reszty.

- Lećcie już - poleciła pilotom. - Ktoś nie umie pływać? - zadała kolejne pytanie, które na szczęście pozostało bez odzewu. - W takim razie ruszamy! - krzyknęła i pobiegła w stronę rzeki. O dziwo nikt nie sprzeciwiał się kąpieli w zimnej rzece. Słońce zaczęło już grzać, a zimna woda otrzeźwiała i pomagała się obudzić. Do tego przyjemnie schładzała ciało. Sześć mokrych osób szybko pobiegło dalej, zostawiając rzekę za sobą. Orli i Kazari wylądowali razem z Axelem i Sojtą jako pasażerowie. Orli podczołgał się w pobliże budynku, ukrywając się w krzakach i przyglądając wejściu. Kazari z Axelem i Sojtą szukali gałęzi i zakrywali nimi ścigacze.




Samamne i Sayate biegły pierwsze , a z tyłu Miki i Chonra. Samane wyczuła obecność pięciu osób ukrytych w krzakach przed nimi. Spojrzała na Sayate, ta przytaknęła porozumiewawczo.

- Miki, Chonra do przodu. Taranujecie. Dziewczyny zostańcie z tyłu! - powiedziała bardzo szybko, zamieniając się z Mikim miejscem. Z krzaków wyskoczyła cała piątka. Samane rozpoznała w nich, jedną z grup. Niedaleko było widać już fasadę budynku, prześwitywała między rzadkimi drzewami.

- Nie zatrzymamy się! - krzyknęła do atakującej grupy. - Chłopaki! – dodała krotko, a chłopcy naprężyli muskuły i zacisnęli pięści, ścierając się z dwoma innymi chłopakami. Trzeci wyminął Chonre i Mikiego, nie spodziewając się dwóch dziewczyn z mieczami. Miał kruczoczarne włosy związane w podwijany ogon, a boki wygolone. Nad uchem z prawej strony widniały wycięte litery ZKG. Obie dziewczyny rzuciły się od razu na chłopaka, bezbłędnie odczytując nawzajem swoje ruchy, dzięki czemu nie zraniły jedna drugiej. Chłopak bronił się swoim mieczem, nie nadążał jednak za atakami , a one na przemian ścierały ostrze z jego mieczem. Dziewczyny zraniły go już kilka razy. Rany ograniczały się jednak tylko do drobnych rozcięć skóry.

- Za dużo was jak na jedną grupę! - wykrzyczał chłopak w trakcie walki.

- Bo nie jesteśmy jedną grupą! - wykrzyczała Sayate, siłując się z jego mieczem. Nagle schyliła się w dół i cofnęła do tyłu, chwytając chłopaka i ciągnąc w swoją stronę. Odwróciła się na bok, a chłopak poleciał na ziemię i wylądował prosto przed Samane, która trzymała miecz nad jego głową. Spojrzał w górę, prosto w oczy dziewczyny.

- Poddaję się – wymamrotał i spuścił głowę, nie mógł dłużej patrzeć na Samane.

Przywódczyni schowała miecz do pochwy.

- Spadajcie – poleciła, ruszyła do przodu i machnęła ręką na dziewczyny ,by dołączyły. Chłopcy skończyli się siłować i ruszyli za Samane. Dwie dziewczyny z przeciwnej drużyny odsunęły się na bok.

Ekipa przeszła kawałek i im oczom ukazała się Gwiazda. Samane zatrzymała się gwałtownie, a Sayate lekko ją popchnęła, wpadając na nią. Sięgnęła ręką nad ramieniem, by wyciągnąć miecz. Nie wyczuła wcześniej jej obecności, ani nikogo, z jej ekipy. Teraz cała piątka stała przed nią. Jej złote włosy biły rażącym blaskiem w oczy. Samane zmrużyła oczy, a gwiazda opuściła szpadę i schowała ją do pokrowca przy pasie.

- To była niezła walka. Ciekawą jesteś dziewczyną Samane. Twoja różowowłosa towarzyszka pewnie jest drugim dowódcą. Miło słyszeć, że ktoś połączył siły. Na tych egzaminach do tej pory było to niemożliwe. Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałabym do was dołączyć ze swoją ekipą. - Wyciągnęła rękę, uśmiechnęła się życzliwie, a drugą ręką wskazała swoją drużynę.

- Jestem zaskoczona twoją propozycją, jednak nie mam pewności, czy mogę ci zaufać. Czy przypadkiem nie jest to podstęp z twojej strony - odpowiedziała szybko Samane, starając się być ostrożna w podejmowaniu takiej decyzji.

Gwiazda uklękła na ziemi i rzuciła swoją szpadę pod nogi Samamne.

- Chyba nie żartuje – pomyślała.

Nadal jednak nie miała pewności. Stała i wpatrywała się w leżącą na ziemi broń. Przypomniała sobie, jak Gwiazda podeszła do niej na sali, chwaląc podobnie jak teraz za świetną walkę.

- „Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy Samane” - słowa Gwiazdy zabrzmiały w jej głowie. - Czyżby planowała to od początku? – myślała. Spojrzała w oczy Gwiazdy, chcąc się upewnić. Dziewczyna wstała. Stała dumnie i nawet nie drgnęła, patrzyła również w jej oczy. Samane podejrzewała, że Gwiazdy nikt nie uczył o energii, ale w jej oczach dostrzegła charakter i odwagę godną niejednego wojownika z jej stron. Wyczuła też jej dobroć, chęć pomocy i szczerość. Rodzice od maleńkiego darzyli ją szczerą miłością. Nie doświadczyła w życiu niczego złego, żadnego cierpienia. Całe jej życie było szczęśliwe, a serce kochające i współczujące każdej, nawet najmniejszej istocie. Samane stwierdziła, że taka osoba nie mogłaby kłamać. Postanowiła jej zaufać. Schyliła się i podniosła szpadę. Pierwszy raz miała w ręce taką broń. Była lekka i giętka w przeciwieństwie do jej miecza, ale nie wyobrażała sobie, by dało się nią robić szybkie cięcia i płynne obroty, z wykorzystaniem nadgarstków. Jak dla niej była za lekka i nie nadawała się do pchnięć i bezpośrednich ataków. Trzymało się ją jedną dłonią, co Samane uznała za osłabienie siły ataku. Osłona była ładna i dobrze chroniła. Nadal jednak uważała, że jej miecz był piękniejszy, miał więcej elementów, z czego każdy miał oddzielne znaczenie. Kolejna rzecz, która jej się nie spodobała to rękojeść- zwykła, skórzana, strasznie wytarta i zgrabiała ze starości. Szpada była pewnie przekazywana od setek lat z pokolenia na pokolenie i przez to została zniszczona. Jej miecz, który liczył z sześćset lat, też był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Prawdopodobnie od jeszcze dawniejszych czasów, niż pierwszy człowiek z rodu Nan, objął stanowisko króla i założył Larie. Na nim, upływ czasu, był prawie niewidoczny. Oplot był kilkakrotnie wymieniany, ale skóra płaszczki dzielnie znosiła wszystkie warunku atmosferyczne przez tyle lat. Samane wręczyła szpadę jej właścicielce.

- Wiem, co myślisz. Nie podoba ci się moja szpada - skomentowała złotowłosa.

Jej długie do pasa włosy były teraz związane w ogonek, ale wcale nie odejmowało jej to uroku. Gwiazda była wyjątkowo piękna, jak na księżniczkę przystało.

- Jestem Yashi Nan – księżniczka wyciągnęła dłoń.

- Samane Sejom – podała rękę Gwieździe.

- Sejom - zdziwiła się księżniczka. - Podobne nazwisko nosił jeden z sławnych generałów.

- Tak, to mój dziadek – odpowiedziała Samane, czując, że jego sława zaczyna być dla niej powoli uciążliwa.

Za Gwiazdą ustawiła się czwórka jej towarzyszy.

- To mój kuzyn Kai, jest tłumaczem – Gwiazda wskazała na niskiego chłopaka stojącego obok niej.

- Dobrze obstawiałam, że jest z jej rodziny – pomyślała Samane, przyglądając się chłopcu. Gdyby nie rysy twarzy i brak kocich uszu pomyliłaby go z Axelem.

- To moja kuzynka z bocznej gałęzi rodu, Marrie. Świetny z niej łamacz sieci. - Gwiazda wskazała stojącą kawałek dalej wysoką dziewczynę o blond włosach zawiniętych w kok wysoko na głowie. Teraz Gwiazda wskazała na wysokiego chłopaka, z brodą i goglami na głowie. Miał krótkie czarne włosy.

- Ten przystojniak to Mon Lith, świetny pilot.

- Lith? - zdziwiła się Samane. - syn generała sił powietrznych, Arona Lith?

- Tak, masz rację – przytaknęła Yashi. - Ten ostatni chłopak to nasz medyk. Ma na imię Meba Laishi. Jego starszy brat, Azon jest prymusem piątej klasy w akademii.

- Azon? - zdziwiła się znów Samane, słysząc kolejne znajome imię.

- Znasz mojego brata? – spytał średniego wzrostu chłopak o śniadej skórze i grubych, brwiach.

- Jest obserwatorem. Spotkałam go, gdy jedna z grup, która nas zaatakowała, wycofała się.

Chłopak lekko drgnął i przełknął ślinę, jakby się bał.

- A twoja grupa? - spytała Yashi.

- Z mojej grupy jest tutaj tylko Miki – tłumacz i Tiri informatyk.

Miki wyszczerzył zęby, machając do Gwiazdy, ale ta nie zwracała na to uwagi.

- Reszta osób należy do mojej grupy – wtrąciła się Sayate, stając tuż obok Samane.

- Miło mi cię poznać – Gwiazda ukłoniła się, a potem znowu ze swoim szczerym uśmiechem, wyciągnęła dłoń.

- Jestem Sayate Ki. Mnie również miło cię poznać Gwiazdo. - Ukłoniła się, również chwytając jej dłoń w geście powitania. - z mojej drużyny jest tutaj Chonra – tłumacz i najsilniejsza osoba w grupie oraz Leeme – mój prywatny informatyk. Dziewczyna z niebieskim warkoczem ukłoniła się.

- Reszta naszej ekipy poleciała ścigaczami w okolice budynku – wyjaśniła Samane. - powinniśmy już ruszać. - zwróciła uwagę. – Orli, gdzie jesteście? - wywołała kolegę przez radio.

- Prawie przy samym budynku, znaleźliśmy wejście. Czekamy na was – odezwał się chłopak.

- Nie zgadniesz, kto do nas dołączył? Mamy trzecią grupę. - pochwaliła się Tiri.

- Pewnie samą Gwiazdę. - zaśmiał się.

- Skąd wiedziałeś? - zdziwiła się Samane.

- Tak tylko zażartowałem. Serio zawarłaś sojusz z Gwiazdą?

- Tak. - Odparła krótko.

- Samane jesteś niesamowita. Zjednoczyć trzy grupy – wtrąciła się Kazari przez radio.

- Jak tak dalej pójdzie, zjednoczysz cały las – marudziła Sojta.

Samane zaśmiała się w duchu, biegnąc wzdłuż ściany budynku razem z pozostałymi. Co chwilę spoglądała na bransoletę, by sprawdzić, jak daleko jest od pozostałych osób z drużyny.

- Już blisko – pomyślała.

- Ktoś się zbliża – zauważył Orli przyczajony w krzakach razem z Kazari, Sojtą i Axelem.

- To Samane – ucieszyła się Sojta.

- Wychodźcie, nie mamy czasu! - zawołała z dala Samane, wyczuwając ich obecność.

Orli w biegu przekazał Tiri i Leeme ich torby.

- To tam – Orli wskazał duże, metalowe drzwi na lewo od nich.

Samane, Sayate i Yashi zatrzymały się gwałtownie przy drzwiach, wszystkie wyciągnęły klucze.

- Myślę, że wystarczy nam jeden – zauważyła Gwiazda, wkładając swój klucz do zamka i przekręcając.

Drzwi otworzyły się lekko brzęcząc.

- Wchodźcie szybko – zawołała Sayate, ponaglając wszystkich gestem ręki.

Wewnątrz znajdował się pusty, wybity płatami szarej blachy korytarz.

- Co za bezguście - marudziła Tiri.

Samane i Sayate biegły pierwsze.

- Obserwują nas – zauważyła Sayate.

- Nie widzę kamer – zdziwiła się Gwiazda.

- Są dobrze ukryte – wyjaśniła biegnąca za nimi Tiri.

Samane gwałtownie się zatrzymała, a Tiri wpadła na nią i obie uderzyły w kolejne metalowe drzwi.

- Przepraszam Samane, nie zdążyłam zareagować – tłumaczyła się Tiri, odsuwając się na bok. Samane również się odsunęła, gdy reszta grupy, podobnie jak one, wpadła na drzwi.

- Kolejne drzwi – zdziwił się Meba – medyk z drużyny Gwiazdy.

Tiri i Leeme zbliżyły się do zamka po prawej stronie.

- Może nie trzeba się włamywać do systemu. Użyjmy drugiego klucza – zaproponowała Leeme.

- A jeśli to pułapka – zasugerowała Gwiazda.

- Wyczułabym pułapkę – tym razem odezwała się Sayate.

Gwiazda zbliżyła się do drzwi, które wyglądały niemal identycznie jak ściany. Włożyła klucz, ale nie dało się go przekręcić.

- Mówiłam o drugim kluczu – zwróciła jej uwagę Leeme. - Tego już nie użyjemy. Prawdopodobnie są naładowane magnetycznie i po użyciu tracą swoje właściwości.

Gwiazda wydawała się być zaskoczona wiedzą Leeme.

Sayate zbliżyła się i włożyła swój klucz. Drzwi otworzyły się, a oni wszyscy zerwali się natychmiast do biegu. Kawałek dalej korytarz rozdzielił się w dwie strony.

- Gdzie teraz? - spytał Mon, wysoki lotnik z brodą z drużyny Gwiazdy.

- W prawo! - wypalili jednocześnie Miki Chonra i Kaj.

Reszta osób bez zastanowienia ruszyła w prawo. Korytarz wyglądał tu tak samo jak wcześniej, szare blachy odbijały światło. Samane dostrzegła z daleka kolejne drzwi. Stapiały się zarówno wyglądem, jak i kolorem ze ścianą. Przygotowała klucz i podbiegła do drzwi. Te otworzyły się, a towarzyszył temu cichy dźwięk. Cała piętnastka stanęła na środku dużej, ciemnej i nieoświetlonej hali. W pobliżu nich, w zasięgu niewielkiej żółtej żarówki dało się dostrzec kilka ginących w mroku skrzyń. Nagle drzwi za nimi zamknęły się same, a ich ogarnęła całkowita ciemność. Wszyscy przywarli do ściany, jakby boli się, że stracą równowagę.

-Ktoś tu jest – odezwała się Samane, wyczuwając czyjąś obecność. Nie był to nikt z dotychczas spotkanych osób. - więc kto? – pomyślała, wyciągnęła broń i z napięciem wyczekiwała na to, co się wydarzy. Czy wróg zaatakuje, czy przejdzie obok.

Nagle rozległ się trzask i gruchot upadającej na ziemię osoby. Sayate domyśliła się, że ktoś wpadł na skrzynię. Dało się jeszcze usłyszeć ciche przeklinanie.

- Wiejemy, teraz mamy szansę – zawołała różowowłosa, biegnąc w przypadkową stronę. Reszta na oślep ruszyła za nią. Osoba podniosła się z ziemi, otrzepując kurz i zanim się zorientowała, wszyscy przebiegli obok niej.

- Stójcie! – zawołała.

Po głosie można było poznać, że to dziewczyna. Wszyscy biegli dalej, na oślep, wpadając na ścianę z czegoś, co przypominało drewniane skrzynie. Osoba dogoniła ich. Samane usłyszała strzał. Odwróciła się i starając się wsłuchać w dźwięk, odbiła strzał mieczem. Rozległ się głuchy dźwięk. Znowu gumowy pocisk – pomyślała. - Jesteś obserwatorem? – zawołała, domyślając się, kim jest osoba.


- Tak jakby - odezwała się osoba w ciemności. Po krokach dało się wyczuć, że się zbliża.


- Obserwator by do nas nie strzelał – zwróciła uwagę Samane.


- Dlatego mówiłam, że tak jakby.

Kroki były coraz bliżej. Pozostałe osoby podnosiły się z upadku . Samane usłyszała lekkie i powolne szuranie metalu o drewno.


- Miecz, cholera! - zaklęła, unosząc swoje ostrze do góry. Usłyszała świst, a dziewczyna w sekundę znalazła się przed nią. Samane nie zdążyła się obronić. Ostrze głęboko rozcięło jej prawe ramię. Zszokowana krzyknęła z bólu, złapała się drugą ręką za ranę i upadła do tyłu na plecy. Impet uderzenia spowodował, że przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Poczuła, jak coś gprącego spływa jej po ramieniu.


- Samane, jesteś cała? - spytała zszokowana Sayate, nie wierzyła, że ktoś zdołał tak szybko powalić Samane.

Samane jęknęła z bólu. Usłyszała nad sobą świst i mimowolnie zablokowała atak swoim mieczem. Ramię sprawiało jej ogromny ból, przez co nie miała siły trzymać miecza. Jej własne ostrze coraz bardziej zbliżało się do jej szyi. Zaciskając zęby, starała się opierać. Rana pulsowała krwią.


- To chyba mój koniec – pomyślała.


- Samane! - Krzyknęła Sayate, skacząc w przód i atakując dziewczynę sztychem. Ostrza zsunęły się, ale Sayate odwróciła się bokiem i wygięła w tył, o kilka centymetrów unikając rozcięcia brzucha.

Samane jęcząc z bólu, podniosła się i ustawiła obok Sayate. Chwyciła miecz lewą ręką, odwróciła zwinie na palcach, zatrzymując w odwrotnym chwycie.


- Potrafisz tak walczyć? - zdziwiła się Sayate.


- Posłuchaj mnie uważnie – Samane zbliżyła się, szepcząc Sayate do ucha. Ta uśmiechnęła się, a następnie spoważniała.

Na znak Samane obie ruszyły do przodu. Dziewczyna nie spodziewała się tego, ale mimo wszystko jednym ruchem zablokowała oba ataki, tak z prawej jak i z lewej strony. Dziewczyny wciąż aatakowały . Za każdym razem w ten sam sposób.


- To zaczyna się robić nudne. Tylko na tyle was stać? - śmiała się.

Ku swojemu zaskoczeniu nagle znalazła się na podłodze. A Sayate i Samane znów zaatakowały, lecz tym razem inaczej. Sayate zaatakowała z góry, a leżąca dziewczyna obroniła się podobnie jak wcześniej Samane, gdy leżała na ziemi. W tym momencie z boku Samane uderzyła trzymanym w odwrotnym chwycie mieczem, wytrącając ostrze dziewczyny i poważnie raniąc ją w dłoń. Obserwatorka krzyknęła.


- Zemsta za moje ramię – dodała Samane.


- Poddaję się! - krzyknęła i pstryknęła palcami drugiej ręki.

Nagle jakby wszystkich poraziło. Dziewczyny zmrużyły na chwilę oczy, które przyzwyczaiły się do ciemności. Hala pojaśniała i dopiero teraz dało się dostrzec, jak wielka była. Dziewczyna leżała nadal na ziemi, z jej dłoni lała się krew.


- Jakim cudem? - spytała, patrząc zszokowanym wzrokiem na stojące nad nią i mierzące w nią mieczami Sayate i Samane. Z tyłu nadbiegła Gwiazda, próbowała ogarnąć, co się stało.


- To bardzo proste. Domyśliłam się, że skoro wiesz, gdzie jesteśmy, musisz mieć zdolność wyczuwania innych osób – wyjaśniała Samane.


- To jeszcze nic nie wyjaśnia.


- Owszem. Tak się składa, że martwych przedmiotów w bezruchu nie da się wyczuć. To jedyna słabość tej umiejętności. Na dodatek jesteś lekką niezdarą. Nie zdawałaś sobie sprawy z tego, gdzie mogą stać skrzynie. Zobacz, przez co przeleciałaś.

Dziewczyna spojrzała przed siebie. Dopiero teraz zauważyła skrzynię.


- To ta sama, przez którą przepadłaś, gdy weszliśmy do pomieszczenia.


- W takim razie dlaczego wy na nią nie wpadłyście?


- Mam dobry słuch – odezwała się Sayate – podobnie jak moja towarzyszka. Obie od dziecka znamy słabość wyczuwania, dlatego uczyłyśmy się, by zapamiętać rozmieszczenie przedmiotów. Jeśli na coś wpadniesz, zapamiętaj gdzie było, jeśli słyszysz czyjeś kroki, wiesz, że można tam przejść. Słyszałam skąd przyszłaś, do tego obie słyszałyśmy, gdzie przepadłaś przez skrzynię. Nam daje to już wyraźny obraz pomieszczenia. Pozostało tylko zepchnąć cię nieświadomie w stronę skrzyni. Powielanie tego samego ataku miało cię zmylić. Miałaś myśleć, że nie możemy sobie z tobą dać rady. Poza tym, przy każdym ataku musiałaś cofnąć nogę do tyłu. W końcu nieświadoma wpadłaś na skrzynię. Prawie każdy reaguje na atak z góry przeciwnym ułożeniem miecza. Moim zadaniem było sprowokować ten ruch. Następnie Samane, dzięki odwrotnemu chwytowi, uderzyła od dołu w osłonę twojego miecza, wytraciła go i zraniła twoją rękę. Ciesz się, że nie straciłaś całej. Chociaż Samane zawsze stara się jak najbardziej niwelować szkody, to cięcie z odwrotnego chwytu jest wyjątkowo silne.


- Jak się nazywacie. Chcę zapamiętać wasze imiona – odezwała się dziewczyna z poważną miną. Powoli podniosła się i obejrzała zranioną rękę.


- Sayate Ki.


- Samane Sejom.

Samane spodziewała się teraz tekstu w stylu historii o sławnym dziadku.


- Dwa legendarne rody broniące zamku Karo? - dziewczyna była wyraźnie zaskoczona, ale i podekscytowana.


- Zgadza się – skomentowała Samane, ciesząc się, że kolejny raz nie musi się opowiadać o okoniach dziadka. Zdecydowanie wolała tłumaczyć się z zawiłości historycznych klanu.


- Mistrzowie forteli, co nie – uśmiechnęła się Sayate, wyciągając płaską rękę.

Samane przybiła piątkę prawą ręką i od razu jęknęła z bólu.


- Aj! już zapomniałam, że w ogóle jestem ranna – powiedziała cicho do siebie. - Sojta ! - krzyknęła na przyjaciółkę.

Sojta na chwiejnych nogach podbiegła do swojego dowódcy i od razu przyłożyła dłonie do rany. Samane znów poczuła przyjemne ciepło. Rana powoli, ale w widoczny sposób zasklepiła się. Nadal bolała, lecz już nie krwawiła.

Dziewczyna w wojskowym mundurze moro podniosła się i odszukała swój miecz, po czym schowała go do pochwy. Wyciągnęła dłoń w stronę dziewczyn, wręczając im klucz.


- To klucz do skrzyni. Znajdźcie ją i przynieście do mnie to, co jest w środku.

Sayate zabrała klucz. Samane odwróciła się do pozostałych.


- Rozdzielmy się i szukajmy skrzyni. Jest metalowa. Łatwo będzie ja znaleźć.

Ekipa rozdzieliła się, została tylko Samane i Sojta, która leczyła ranę na ramieniu Samane.


- Skąd wiesz, jak wygląda skrzynia? - zdziwiła się dziewczyna.


- To moja słodka tajemnica – uśmiechnęła się z satysfakcją Samane, w duchu podziękowała Tiri za jej umiejętności włamywania.

Pozostałe osoby szukały skrzyni. Tiri dobrze pamiętała jej wygląd, była wzrokowcem, a przy okazji widziała ją kilka razy, gdy włamała się do systemu akademii. Miki i Orli widzieli ją dwa razy, nikłe wspomnienia utkwiły im w głowie. Trójka przyjaciół pobiegła razem, kierując się widzianymi wcześniej obrazami. Chcieli znaleźć skrzynię jako pierwsi. Gwiazda i Sayate szły blisko ściany. Nagle Sayate zatrzymała się.


- Co się stało? - zdziwiła się Yashi, wyraźnie zaskoczona ruchem różowowłosej.


- Coś jakby błysnęło .– Sayate odwróciła się i spojrzała na ścianę ze skrzyń.

Stanęła naprzeciwko niej.


- Prześwity! – zorientowała się Gwiazda.


- Musi tam być druga część hali.

Sayate przyłożyła dłoń do skrzyń, próbując je przesunąć. Popchnęła mocniej, skrzynia drgnęła i trochę się przesunęła. Cała ściana zatrzęsła się, skrzynie z góry zaczęły spadać prosto na dziewczyny. Sayate spojrzała w górę, a jedna z nich spadała prosto na jej głowę. Wyciągnęła miecz, w tym momencie Gwiazda zniszczyła ją szpadą. Sayate zszokowana atakiem Yashi nie mogła się nadziwić. Gwiazda odbiła się od skrzyni i zrobiła salto w tył, wylądowała delikatnie na dwie nogi. Stała dumnie ze szpadą uniesioną przed twarzą.

Sayate patrzyła na nią zszokowana. Była zaskoczona umiejętnościami Gwiazdy. Nie mogła uwierzyć, że tą szpadą rozwaliła skrzynię. Przyglądałaby się nadal w bezruchu, gdyby nie odgłos pięści uderzającej w skrzynię.


- Uważaj na siebie – zawołał Miki, lądując obok Sayate.

Dziewczyna w końcu ocknęła się z letargu. Teraz zauważyła, że obok Yashi leżały sterty drewnianych odłamków, a Chonra i Marrie – kuzynka gwiazdy, rozbijali kolejne skrzynie. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Sayate nie mogła zrozumieć, co się dzieje. Rozglądała się dookoła, widziała, jak jej towarzysze robią co mogą, by ochronić ją i Gwiazdę. Yashi wyskoczyła w górę, rozbijając szpadą kolejną skrzynię. Sayate przyglądała się jej. Nie zauważyła, że nad nią spada kolejna skrzynia. Ściana była wysoka, a spadające skrzynie zdawały się nie kończyć. Były jakby połączone. Gdy ruszyła się jedna, pociągała za sobą kolejne. Cień przesłonił Twarz Sayate. Dopiero teraz spojrzała w górę, ale zanim wykonała jakiś ruch, ktoś odciągnął ją na bok.


- Nie stój tak Sayate – zawołała osoba, która ją porwała.


- Sayate, co się z tobą dzieje?!

Sayate dopiero teraz zauważyła, że naprzeciwko niej stoi Samane.


- Co się dzieje Sayate? Dlaczego tak stoisz? - ponowiła pytanie, spoglądając dziewczynie w oczy.


- Podczas walki Gwiazda przypomina ojca. – wydusiła z siebie cicho Sayate.

Samane patrzyła jej głęboko w oczu. Zobaczyła skały, a przed nimi mężczyznę o ciemnobrązowych włosach. W ręce trzymał miecz. Kilka osób ciągle go atakowało, a on świetnie się bronił, odbijając każdy atak i powalając przeciwników. Miał na sobie wojskowy mundur w zielonych odcieniach, za nim stała kobieta, wyglądała identycznie jak Sayate. Jedyną różnicą był ciemnobrązowy kolor włosów. Samane pomyślała, że to rodzice Sayate. Rozległ się wybuch i z góry na parę posypał się grad odłamków skał. Mężczyzna popchnął kobietę w bok, a sam został przysypany skałami. Obraz rozmył się. Dało się usłyszeć krzyk małej Sayate wołającej ojca, a potem jej siostra odciągnęła ją w las. Obie uciekały. Samane lekko zszokowana zamknęła oczy. Za bardzo ją to zabolało, gdy poczuła te same uczucia co Sayate. Skrzywiła się i dotknęła ręką okolicy serca, mnąc w zaciskającej się pięści koszulkę. Powoli odetchnęła, opanowała się i otworzyła oczy.


- Otrząśnij się, jesteś tutaj, nie tam – powiedziała szarpiąc przyjaciółkę za ramiona. Dostrzegła pozostałe osoby męczące się z gradem skrzyń. - Czyżby skrzynie skojarzyły jej się z osuwającą się skałą. - Pomyślała - Zostań tutaj. Muszę im pomóc – spojrzała przyjaciółce głęboko w oczy. W tym stanie nie możesz walczyć. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby coś ci się stało.

Podbiegła do reszty, wyciągając swój miecz.


- Myślałam, że już wszystko o niej wiem. Zataiła to wspomnienie przede mną. - myślała rozcinając skrzynię z głośnym okrzykiem.


- Cali jesteście? - Zawołała Gwiazda i obejrzała się za Samane.


- Co się stało Sayate? – zmartwiła się Yashi, patrząc na podchodzącą koleżankę.

Samane machnięciem miecza rozwaliła kolejny spadający obiekt. Obie oparły się o siebie plecami, sprawdziły, czy jeszcze jakieś skrzynie nie spadną im na głowy.


- Pobudziłaś jej traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, ale nie martw się, jest wojowniczką tak jak ja. My musimy sobie radzić same z takimi wspomnieniami, inaczej staną się naszym przekleństwem. Swoją drogą świetnie walczysz. Nie spodziewałam się, że szpadą można robić takie numery.

Złote włosy Gwiazdy musnęły ją po plecach, gdy ostatnia rozwalona skrzynia z hukiem wylądowała obok nich. Obie opuściły broń, wzrokiem szukały pozostałych.


- Zazwyczaj wszyscy wojownicy tak reagują na widok szpady. Jednak w rękach kogoś, kto potrafi jej używać, może być potężną bronią – odpowiedziała Yashi, spoglądając ukradkiem na różowowłosą, która stała kawałek dalej.


- Pomimo tego co powiedziałaś, chcę z nią porozmawiać. Mogę? – zwróciła się do Samane.


- Nie musisz pytać mnie o zgodę. - Kiwnęła głową.

Yashi zbliżyła się do Sayate, położyła jej dłoń na ramieniu.


- Sayate, cokolwiek stało się kiedyś w przeszłości, nie powinno być przeszkodą dla tego, co dzieje się teraz. Nie wiem, co ci się przypomniało i na pewno nie było to miłe, ale mogłaś zginąć.

Powinnaś uporać się z przeszłością. Nie da się iść do przodu dźwigając z tyłu ciężar. Rozumiesz?

Sayate kiwnęła twierdząco głową.


- Chodź – uśmiechnęła się Yashi i podała różowowłosej dłoń.

Dookoła panował niezły bałagan. Wszędzie leżały odłamki drewna, a kawałek dalej stali zdyszani Miki, Chonra i Marrie. Za zniszczoną ścianą pokazało się kolejne, duże pomieszczenie o bardzo wysokim suficie. Na środku stała skrzynia. Wyglądała dokładnie tak samo, jak na podglądzie w laptopie Tiri - nieduża, metalowa, z obiciami. Miki i Chonra przewrócili skrzynię kilka razy na bok, szukając zamka. Skrzynia była dosyć ciężka, a każdy obrót odbijał się echem po pomieszczeniu. W końcu Gwiazda przyprowadziła Sayate z kluczem do skrzyni. Pozostałe osoby przepychały się między sobą, chciały zobaczyć, co jest w środku.


- To zwoje – zdziwiła się Yashi, podając Sayate i Samane po jednym.


- Sayate, wszystko w porządku? –, po cichu spytała Samane.


- Już w porządku. Postaram się o tym na razie nie myśleć – odpowiedziała równie cicho – ale chciałabym potem z tobą o tym porozmawiać.


- Jasne, nie ma problemu.

Obie skupiły teraz wzrok na Yashi, która otwierała zwój.


- Czy to nie te zwoje są potrzebne do zaliczenia zadania? - zaciekawił się Chonra.


- Masz rację - odezwała się dziewczyna w wojskowym mundurze, stojąca teraz za nimi. Była wyraźnie zaciekawiona rozwojem wydarzeń. - Całkiem nieźle wam poszło.


- Zwoje są puste – zauważyła Yashi. Pozostali odwrócili się w stronę egzaminatorki.


- Musicie wpisać imiona osób z waszych drużyn i funkcje, jakie pełnią; dowódca, informatyk, medyk, pilot i pomocnik – powiedziała dziewczyna, rzucając Samane długopisy. - Przypuszczam, że ty im dowodzisz. Wpiszcie, co kazałam i ruszajcie dalej – wskazała dłonią drzwi, na końcu pomieszczenia ze skrzynią. - Niestety musicie je sami otworzyć. Tiri i Leeme spojrzały na siebie porozumiewawczo, wyciągając swoje laptopy. Pobiegły do drzwi pierwsze, nim Sayate, Samane i Yashi zdążyły wpisać wszystkie nazwiska. Dziewczyny schowały zwoje i podbiegły za nimi.


- Może pomogę? - spytała Marrie, podbiegając do Tiri i Leeme ze swoim laptopem w ręce. Dziewczyny miały już swój plan i otworzenie drzwi zajęło im niecałą minutę. Marrie spuściła głowę, schowała laptop z powrotem.


- Nie martw się. - Pocieszyła ją Gwiazda. Dziewczyny lepiej się już poznały. - Dla mnie zawsze będziesz najlepsza na świecie – dodała szeptem.

Marrie uśmiechnęła się. Ekipa ruszyła dalej. Gdy drzwi zamknęły się za nimi, Samane wydawało się, że słyszy głos Febry. Zanim doszli do rozwidlenia, Samane wyprzedziła wszystkich i gestem ręki kazała się zatrzymać. Wychyliła się zza ściany. W ich stronę szła Febra, dumnie krocząc w swoim fałszywym mundurze. Włosy podskakiwały w rytm jej kroków. Za nią podążali czerwonowłosy chłopak, mała niezdarna dziewczyna pilot, przygłupi mięśniak i dziewczyna medyk o wyglądzie faceta.


- Spodziewałam się, że w końcu na nią wpadniemy – zwróciła uwagę Tiri, czając się za Samane.


- Co robimy? Idą w naszym kierunku - martwiła się Sayate.


- Nie mamy wyjścia, nie przejdziemy niezauważalnie. Ja wyjdę i zacznę z nią walczyć. Jak walka rozkręci się na dobre, zabierz pozostałych i biegnijcie w drugą stronę.


- Chcesz walczyć sama?


- Mam z nią rachunki do wyrównania. Mogę ci zaufać?


- Wiesz, że możesz na mnie liczyć – odpowiedziała Sayate.

Samane wyskoczyła zza ściany, pobiegła w prawo i stanęła naprzeciwko Febry.

Dziewczyna stała jak wryta. Widać nie spodziewała się tego. Niska i niezdarna pilotka wpadła na Febrę. Ta wkurzyła się i znów zaczęła okładać ją po głowie.


- Hej, to ja jestem twoim przeciwnikiem Febra – zawołała Samane, zdjęła miecz i rzuciła go do tyłu za siebie.


- Dorwę cię! - krzyknęła Febra, wyciągając sztylet.

Samane kopniakiem w nadgarstek wytrąciła jej nóż.


- Walcz fer. Zdziwiłaś się, że odłożyłam swoją broń, a może nie potrafisz walczyć bez broni, co? - Nabijała się z niej Samane, jednocześnie prowokując. Zacisnęła pięści, czekała na atak. Febra wkurzona zaatakowała ją pięścią .


- Tylko tyle potrafisz – śmiała się Samane, odsuwając się w bok. Złapała za nadgarstek Febry i pociągła ją . Dziewczyna upadła na podłogę. Jeszcze bardziej wściekła, wstała i poprawiła fałszywą rogatywkę na głowie. Rzuciła się znów na Samane z pięściami.


- Tak łatwo przewidzieć twoje ruchy – powiedziała Samane, śmiejąc się i strącając kopnięciem czapkę z jej głowy.


- Ona się z tobą bawi! – zawołał czerwonowłosy chłopak do Febry.


- Zamknij się Set – odpowiedziała mu wściekła, tym razem próbując używać nóg.


- O! - cóż za postęp. - Samane miała niezły ubaw. Do tej pory jeszcze nie zaczęła walczyć na poważnie . Spodziewała się po niej czegoś więcej. Być może potrafiła walczyć, ale prowokacje powodowały, że była zbyt wściekła, by rozsądnie myśleć. Celowała na ślepo, nie kontrolując się.

Samane kątem oka spojrzała do tyłu. Machnęła ręką za plecami. Sayate uznała to za znak i ruszyła w lewo wraz z pozostałymi. Gdy pobiegli kawałek dalej, a Febra zorientowała się co jest grane, po raz kolejny rzuciła się na Samane.


- Życzę państwu miłego dnia. - Samane ukłoniła się. Odwróciła się na pięcie i gdy Febra prawie jej dosięgła, przekoziołkowała do przodu, łapiąc w locie miecz. Pobiegła za pozostałymi. Febra goniła ją i w momencie kiedy najmniej się tego spodziewała, oberwała silnym kopniakiem z obrotu do tyłu w twarz i poleciała, przewracając pozostałe osoby z drużyny.

Samane uśmiechnęła się i pobiegła dalej, dogoniła szybko pozostałych. Tiri i Leeme zdążyły rozkodować kolejny zamek i już na nią czekały. Febra podniosła się, po czym otarła nos z krwi.


- Przeklęta Samene – krzyknęła z wściekłością, gdy drzwi z powrotem się zamknęły.

Samane zdążyła to jeszcze usłyszeć i z satysfakcją uśmiechnęła się.

Stali teraz na środku niewielkiego, okrągłego pomieszczenia. Wszędzie dookoła były drzwi, a nad każdymi z nich napis w innym języku.


- Których mamy użyć? – Tiri obracała się dookoła, przyglądając się każdym drzwiom.


- Zostawcie to mnie – wtrącił się Miki, zarzucił blond grzywką i wyszczerzył białe ząbki.


- Nie jesteś tu sam – zauważył Chonra, kładąc rękę na ramieniu kolegi.


- Ja też mogę pomóc – odezwał się niski chłopak z drużyny Gwiazdy o blond włosach.


- Podzielcie się, tak będzie szybciej – zauważyła Yashi.

Chłopcy rozglądnęli się. Samane dostrzegła napis w dawnym języku jej regionu , brzmiał „nie wchodzić”


- Widzę tu język z Crety, Sybi, Falei i Mory – zauważył Miki.


- Oprócz tego języki Czarnej Skały i regionów naszego kraju – dodał Chonra.


- To dziwne – mały chłopak z drużyny Gwiazdy otworzył szeroko oczy.


- Ta! - Powiedzieli równocześnie Chonra i Miki – zdezorientowani oglądali jeszcze raz wszystkie drzwi.


- Co się dzieje? - Gwiazda była zaniepokojona ich zachowaniem.


- Na wszystkich drzwiach pisze nie wchodzić. - Wyjaśnił Kaj, kuzyn Gwiazdy.


- Co oni chcą w ten sposób sprawdzić? - Spanikowała Tiri.

Samane i Sayate spojrzały na siebie.


- Czy potrafimy zaryzykować i postawić wszystko na jednej szali, by wygrać i skończyć zadanie – wyjaśniła Samane, schyliła głowę w dół i zamknęła oczy.


- Co mamy w takim razie wybrać? - denerwowała się Tiri.


- Nie ma znaczenia, co wybierzemy. Nad każdymi drzwiami jest to samo ostrzeżenie, a to oznacza, że nieważne gdzie pójdziemy, każda droga będzie niosła ze sobą ogromne niebezpieczeństwo – Samane nadal stała z zamkniętymi oczami. Mówiła powoli i wyniosłym tonem, jakby wygłaszała jakąś starożytną mądrość.

Pozostali patrzyli na nią w osłupieniu . W oczach Gwiazdy pojawiły się ogniki szczęścia i uwielbienia.


- Ja mówiłam, że ją jakiś mnich trenował. - dodała Sayate po cichu, ale Samane to usłyszała.

Uniosła powoli rękę i wskazała na drzwi tuż przed nią.


- Jesteś pewna – zdziwiła się Sayate przyglądając się z boku stojącej Samane. Uśmiechnęła się, czując, jakby osoba przed nią była kimś więcej niż tylko zwykłym człowiekiem. - Wszystko co każesz – budząc, się z letargu i podbiegając do wskazanych drzwi.

Przywołała gestem Tiri i Leeme. Dziewczyny zgrabnymi ruchami palców szybko wystukały niezauważalne dla nikogo kody i drzwi otworzyły się. Za nimi ciągnął się w dal bardzo długi korytarz, bez żadnych rozwidleń. Nie dało się dostrzec końca. Piętnastka z Yashi Sayate i Samane na przedzie szła bez przerwy korytarzem. Minęło może pięć minut, gdy w końcu dostrzegli wyjście. Na końcu widniało światło. Nie było żadnych drzwi, tylko kolejna duża hala, większa nieco od poprzedniej. Przed nimi znajdowało się podwyższenie ze schodami po prawej i lewej stronie. Wysoko, prawie pod sufitem, mieściły się balkony z kamerami i czymś, co przypominało wyrzutnie do piłeczek tenisowych. Na balkonach stało kilku obserwatorów. Pomieszczenie miało dużo wejść, do korytarzy podobnych do tego, którym przyszły trzy połączone drużyny. Wśród obserwatorów dało się słyszeć pomruk zaciekawienia. Przekrzywiali pozy i zmieniali miejsca, szukając odpowiedniego widoku. Na podwyższeniu stanął wysoki, krótko ścięty brunet, około dwudziestu ośmiu lat.


- Jeśli chcecie zdać, musicie mnie pokonać! - zawołał. - ale ostrzegam, już samo dotarcie do tego miejsca może być bardzo niebezpieczne. Możecie się wycofać jeśli chcecie, wtedy nie zostaniecie ranni.


- Ale wtedy też nie zdamy egzaminu – zauważyła Sayate.


- Masz rację. Jeśli nie będziecie potrafili tego przejść, to marni z was będą żołnierze.

Orli chciał pobiec do przodu, ale Samane go powstrzymała, łapiąc za rękaw.


- Zaczekaj.


- Coś mi się tu nie podoba – zwróciła uwagę Sayate – wyczuwam pułapkę.


- Spójrz w gorę – Samane wskazała dłonią na balkony.


- Wyrzutnie. Miałam rację. Nie dadzą nam tak łatwo dotrzeć do podwyższenia.


- Założę się, że uruchomią się, jak tylko ruszymy. Napis na drzwiach nie kłamał. Jeśli nie zaryzykujemy – nie zdamy. Nieważne jakie rany odniesiemy, musimy przez to przejść.


- Lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach jak niewolnicy - wtrąciła się do rozmowy Gwiazda.

Samane aż podskoczyła na dźwięk tych słów. Były to ostatnie słowa, jakie wypowiedział do żołnierzy jej dziadek – Reta Sejom, zanim zginął, oddając życie w zamian za życie swego oddziału.


- Co to za słowa, że Samane aż tak zareagowała? - zdziwiła się Sayate.


- Słyszałaś kiedyś o generale Reata Sejom? -spytała Yashi.


- No pewnie, to mój idol i dziadek Samane.


Taka z ciebie fanka, a nie znasz najsłynniejszych jego słów.

Sayate była lekko zszokowana, ale nie odezwała się. Samane spuściła głowę, marudząc coś pod nosem na temat sławy dziadka i wzdychając bezradnie.


- Samane skup się. Musimy wymyślić jakiś plan. - szturchała ją łokciem Sayate.


- Racja – przytaknęła, zamknęła na chwilę oczy, by się skupić. Gdy je otworzyła, rozejrzała się po pomieszczeniu. Przyjrzała się dokładnie balkonom i dziwnym wyrzutniom. Sięgnęła do kieszeni, w której schowaną miała zapalniczkę. Rzuciła przedmiot w prawo pod ścianę. Nic się nie stało.


- Co robisz? - obserwowała ją Gwiazda.


- Szukam sposobu, by przejść – skomentowała bardzo cicho, prawie szeptem, tak, by nikt inny ich nie usłyszał.

Sayate otworzyła usta i zesztywniała. Odchyliła rozpiętą, różową bluzę i sięgnęła do pasa po schowany w skórzanej osłonce niewielki nóż myśliwski. Zrobiła zamach i rzuciła go w lewo pod ścianę. Podobnie jak w poprzednim przypadku, nic się nie wydarzyło.


- O co chodzi, co wy robicie? - Niepokoiła się Yashi.

Samane i Sayate usiadły na ziemi. O to samo poprosiły Gwiazdę. Samane z kieszeni na kolanie wydobyła marker i na dłoni narysowała coś, co przypominało dwie ćwiartki koła ułożone obok siebie z przerwą pośrodku. U góry nad ćwiartkami narysowała kwadrat. Całość zamknęła w połówce koła.


- Co to? - zdziwiła się Tiri .


- To przybliżony plan pomieszczenia. Kwadrat to podium, do którego musimy dojść. Przypuszczam, że przy ścianach jest martwe pole, więc tamtędy moglibyśmy przejść. Jednak to dłuższa i okrężna droga. Najlepiej byłoby przebiec na wprost, ale w tym miejscu na pewno oberwiemy od tych wyrzutni.


- One mogą zmieniać pozycję – odezwała się Marrie – kuzynka Gwiazdy, przyglądając się niewielkim maszynom.


- Skąd to wiesz? - zdziwiła się Tiri.


- Widziałam już podobne. Poza tym mają elektroniczne sterowanie. Sama spójrz – wskazała palcem na jedną z wyrzutni.

Tiri ledwo ledwo dostrzegła maleńkie, niebieskie światełko miniaturowego wyświetlacza LCD.


- Musisz mieć świetny wzrok, skoro potrafisz to dostrzec z tej odległości. - Tiri nie mogła pojąć, jak można tak daleko widzieć.


- Skoro da się nimi sterować, można wymusić martwe pole, a nawet zatrzymać – myślała głośno Samane, przykładając zaciśnięta pięść pod brodę.


- Owszem. Trzeba się tylko dostać do miejsca sterowania, albo do którejś wyrzutni.


- Gdybyś tam dotarła, utworzyłabyś martwe pole na środku. Chodzi mi o coś w rodzaju korytarza?


- Po co? Jeśli już bym się dostała, wyłączyłabym wszystkie.

Samane uśmiechnęła się, jeden problem z głowy.


- Ale gdzie może być takie urządzenie?


- Tego szukacie? - odezwał się stojący na podium egzaminator, wymachując małym pudełeczkiem z ekranem i antenką. Cały czas przysłuchiwał się ich rozmowom.


- Cholera! - Sayate zacisnęła pieści i poczerwieniała ze złości.


- Uspokój się i myśl – zganiła ją Samane.


- To bez sensu. Jeśli ruszymy, by zdobyć urządzenie sterujące, zaczną do nas strzelać. Z kolei, żeby unieruchomić wyrzutnie, trzeba mieć urządzenie – narzekała.


- Racja – Samane znów przyłożyła pięść pod brodę, zastanawiając się nad rozwiązaniem.


- A te boczne korytarze? Czy nimi nie da się dotrzeć do podwyższenia? – spytała Yashi.


- To byłoby zbyt proste. Na pewno na końcu jest jakaś pułapka, o której nie wiemy.


- Przewidziała to – uśmiechnął się egzaminator, mówiąc do siebie po cichu.


- Mam pomysł – wtrąciła się Yashi.

Samane i Sayate skupiły na niej uwagę. Yashi zbliżyła się do dziewczyn, szepcząc im do ucha, następnie one przekazały słowa pozostałym. Samane wstała i przytaknęła głową na znak, że jest gotowa. Sayate wyciągnęła miecz, stając za Samane. Miki i Chonra byli kolejni, za nimi Marrie, a na końcu Yashi, ze szpadą w dłoni. Gdy tylko Samane ruszyła, rozpoczął się ostrzał. Z wyrzutni pędziły z dużą szybkością strzały podobne do tych, których używali dawniej łucznicy w drewnianych łukach, ale zakończone gumowym grotem. Samane odbijała strzały i starała się ich jak unikać. Zaraz za nią biegła Sayate, osłaniając przyjaciółkę. Dotarcie pod podium nie zajęło im zbyt dużo czasu. Dziewczyny rozpędziły się. Samane przyklękła na jedno kolano w miejscu, które wydawało jej się martwym polem. Sayate biegła wprost na nią, odbijając strzały. Trafiła stopą w splecione dłonie Samane i została podrzucona wysoko ponad barierkę podium. Wylądowała, tuż przed egzaminatorem. Mężczyzna instynktownie cofnął się. 

Samane wróciła. Była w połowie drogi, gdy z przeciwka nadbiegli chłopcy, starając się unikać strzał. Samane zbliżyła się do nich, osłaniając od strzałów. Za chłopakami stała Marrie osłaniana przez Yashi. Samane z głośnym okrzykiem uderzyła w ziemię stopą, jednocześnie tnąc powietrze mieczem . Fala energii odrzuciła kilka strzał w drugą stronę. Wtedy Marrie i Chonra podbiegli do Mikiego. Miki podrzucił Chonre w górę, a ten złapał Marrie za rękę i podrzucił jeszcze wyżej. Dziewczyna zrobiła zamach liną. Lina owinęła się wokół statywu wyrzutni, składając nóżki razem. Całość siłą jej ciężaru zablokowała się na metalowej barierce balkonu. Marrie zwinnie podciągała się na linie. Samane przyglądała się jej z zachwytem. Nawet ja nie potrafię się tak wspinać – zazdrościła jej. Nagle poczuła ogromny ból głowy. Obraz rozmył się, a ona straciła równowagę, upadając na ziemię. Chwila nieuwagi kosztowała ją utratę przytomności. Nie wiedziała już, co się działo, ogarnęła ją tylko ciemność i szum w głowie. Nie docierały już do niej inne dźwięki. Nie słyszała świszczących strzał ani krzyków przyjaciół, którzy biegli ją ratować. Sojta nie zważając na strzały pobiegła, krzycząc panicznie imię; Samane. Gwiazda zszokowana odbijała strzały, by nie trafiały już w bezwładne ciało. Najszybciej dobiegł Miki. Podniósł Samane i przerzucił przez ramię, biegnąc szybko w miejsce, z którego zaczęli. Gwiazda chwyciła Sojte za rękę i zwinnie odwracając, przemieściła ją za swoje plecy, starając się osłaniać. Marrie przewinęła się przez balkonową barierkę. 

Spojrzała w dół. Widziała, co się stało i czuła się po części za to winna. Potrzepała głową na boki i zabrała się do pracy, zmieniając ustawienia na wyświetlaczu. Potem podpięła swojego mini laptopa , jakimś cudem złamała szyfr i wyłączyła wszystkie maszyny. Sayate pokazała jej w kilkusekundowej przerwie walki uniesiony kciuk. Próbowała cały czas pokonać egzaminatora, ale do tej pory ani razu nie udało jej się go chociaż zadrasnąć. Był niezwykle szybki i wzorowo unikał ataków. Sam jednak ani razu nie zaatakował. Dziewczyna słyszała krzyki. Czuła, że coś stało się Samane, jej intuicja i dusza ją o tym zapewniały, ale nie miała jak spojrzeć w tamtą stronę. Niech pozostali zajmą się jej przyjaciółką, a to co ona może teraz najlepszego dla niej zrobić, to walczyć i wygrać pojedynek. Sojta zapłakana, siedziała na ziemi obok nieprzytomnej Samane. Swoją uzdrowicielską energią próbowała ją obudzić, ale na razie nie przynosiło to żadnych efektów.


- Co się właściwie stało, że Samane upadła? – Tiri była przerażona i nie mogła w to uwierzyć.


- Nie wiem, ale chyba oberwała strzałą – przypuszczał Miki.


- Skoro upadła i straciła przytomność, musiała dostać w głowę – domyślał się Axel – Sojta, daj proszek na ból. Ja się zajmę uzdrawianiem. Jesteś roztrzęsiona i nie możesz się skupić.

Dziewczyna kiwnęła głową i sięgnęła do swojej torby. Axel ukląkł przy Samane i przyłożył obie ręce do głowy, jakby chciał chwycić piłkę. Mały chłopak o kocich oczach zdawał się być wyjątkowo opanowany. . Marrie rozbroiła wszystkie pułapki zastawione przy schodach i ku jej zaskoczeniu były to zwykłe zamaskowane liny łapiące w sidła. Obserwatorzy odsuwali się, nie wchodząc jej w drogę. Przewiązała linę w innym miejscu i zwinnie zjechała po niej na dół, lądując wprost za egzaminatorem, który właśnie cofał się przed kolejnym atakiem Sayate. Marrie złapała go od tyłu, zakładając rękę na szyję. Sayate podbiegła i chciała kopnąć. W tym momencie egzaminator przerzucił Marrie do przodu, a ta spadła na stojącą przez moment na jednej nodze Sayate. Obie runęły na ziemię.


- Wstawaj szybko! – krzyknęła różowowłosa, odpychając koleżankę. Egzaminator w końcu je zaatakował. Nieprzygotowana i niedoświadczona w walce Marrie oberwała uderzeniem w bok. Schylając się i zaciskając zęby, odsunęła się na ubocze, odsłaniając leżącą na ziemi Sayate. Dziewczyna uniknęła ataku, zrobiła zamach nogami do tyłu i wybiła się z rąk. Ledwo stanęła na nogi, a już w jej stronę pędziła pięść. Zdążyła ją zablokować lewą ręką. Od razu odskoczyła do tyłu, unikając kolejnego ciosu. Uderzenie wytrąciło jej miecz, który z hukiem poleciał i odbił się kilka razy od podłogi i spadł poza podwyższenie. Sayate cofnęła się najbardziej jak się dało, by mieć czas pomyśleć.


- Co zrobiłaby Samane? - myślała. - Ona nie miałaby problemu z wygraniem tej walki, nawet bez miecza. Sayate przypomniała sobie wszystkie walki, jakie widziała w wykonaniu przyjaciółki. Od pierwszej na sali do ostatniej z Febrą. Gdy tylko przypomniała sobie imię wrogiej dziewczyny, zdała sobie sprawę, że lada moment Febra może wejść im w paradę. Musiała się pospieszyć. Wtedy Sayate olśniło. Przypomniała sobie, że Samane próbuje wykiwać przeciwnika, najpierw unikając, a potem atakując. Przypomniał jej się moment, gdy przyjaciółka łapała za nadgarstek i moment, gdy spojrzała na jej walkę z Febrą i zobaczyła kopniaka z obrotu. Różowowłosa zaatakowała egzaminatora pięścią i celowo chybiła. Złapała go za nadgarstek i pociągnęła do przodu W tym momencie zrobiła w powietrzu obrót w prawo i lewą nogą dobiła mężczyznę do ziemi, trafiając w plecy. Mężczyzna stęknął cicho i odwrócił się na bok. Sayate rzuciła się w jego stronę, a ten złapał ją za ręce i opierając nogę na jej brzuchu, przerzucił ją do tyłu. Sayate obróciła się w powietrzu i wylądowała na równe nogi.


- Wystarczy. Wygrałaś. - odezwał się, podnosząc z podłogi i otrzepując ubranie. - Zawołaj swoich towarzyszy.

Sayate miała ochotę skakać ze szczęścia. Na jej twarzy zagościł promienny uśmiech

- Hej! Udało się! Wygrałam! Chodźcie tutaj! - zawołała do pozostałych, entuzjastycznie podskakując i machając ręką.

Pozostałe osoby ucieszyły się.


- Brawo Sayate – wymamrotała Samane cicho i dotknęła obolałej głowy. Okrzyki powodowały, że do końca nie orientowała się, co słyszy.


- Samane! - Sojta skoczyła i objęła ją mocno – tak się cieszę! - krzyknęła.

Samane zdziwiona zachowaniem Sojty spytała; - Co się stało?


- Oberwałaś w głowę strzałą – wyjaśnił Axel.


- Chyba tak - próbowała sobie przypomnieć.

Chonra pomógł jej wstać, kurczowo trzymała się, ramienia chłopaka. Ostrożnie stawiała kroki, jakby dopiero co uczyła się chodzić. Powoli dotarli do podium.


- Przepraszam - Marrie rzuciła się na Samane.


- Za co ty mnie przepraszasz? Gdyby nie ty, nie przeszlibyśmy.


- Ale to przeze mnie oberwałaś w głowę – Marrie mało się nie rozpłakała.


- To był tylko i wyłącznie mój błąd. Nie masz się za co winić – Samane położyła rękę na jej ramieniu. Nadal opierała się o Mikiego, ale powoli próbowała stanąć na własnych nogach. Zawroty głowy ustały, ale nadal czuła ból, dotykała miejsca uderzenia.


- Weź to – podała jej niewielkie białe opakowanie z kolorowym proszkiem w środku – To lekarstwo .

Samane sięgnęła po zawiniątko.


- Jeśli chcesz, nasz medyk może ci pomóc – odezwał się mężczyzna.


- Dziękuje, ale wolę zaufać swoim – uśmiechnęła się, kątem oka zerkając na Sojtę. - poza tym, to nic poważnego, niedługo mi przejdzie.


- Jesteś tego pewna? - spytał jeszcze egzaminator.


- Tak – odpowiedziała uśmiechając się.


- W takim razie ruszajcie dalej – wskazał na korytarz za nim. - Za schodami czekają na was ścigacze. Możecie się cieszyć, bo praktycznie zdaliście już egzamin. Lećcie, żebyście zdążyli na czas do mety.

Ekipa nie zrobiła kroku, gdy na sali rozległ się okrzyk.


- Stój! Samane Sejom!

Po balkonach przebiegł szmer zaciekawienia na dźwięk nazwiska.

Samane łyknęła proszek i odwróciła się. U wyjścia jednego z korytarzy stała Febra ze swoją drużyną.


- Znowu ona - marudziła Tiri.


- Samane, nie możesz teraz walczyć – martwiła się Sojta, trzymając Samane za rękę.


- Sayate, nie chcesz się zabawić? – zwróciła się do przyjaciółki.


- Z Febrą? Chętnie - Sayate dorwała miecz i ruszyła do przodu, złośliwie się uśmiechając.


- Chcę walczyć z Samane, nie z tobą – Febrze wyraźnie się to nie podobało.


- Jeśli nie jesteś w stanie mnie pokonać, tym bardziej nie uda ci się to z Samane.


- Wybacz Febra, ale spotkamy się innym razem. Teraz nie mogę z tobą walczyć! - zawołała z góry Samane.

Febra ruszyła z impetem i ominęła Sayate. Rzuciła nożem, ale Samane go uniknęła.


- Cholera – pomyślała Samane. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.

Febra wbiegała po schodach, a za nią Sayate. Samane korzystając z okazji zaatakowała Febrę kopniakiem, zrzucając ze schodów prosto pod nogi Sayate, która mierzyła w nią mieczem.


- Jakim cudem? - Febra patrzyła pytająco na Samane, która z poważną miną spoglądała na nią. – Widziałam, jak oberwałaś i zemdlałaś. Ledwo stoisz, więc jakim cudem możesz walczyć.


- Nawet w tym stanie mogę cię pokonać. Poddaj się!

Febra złapała Sayate za ręce i przerzuciła na ziemię. Nim ta zdążyła się podnieść, Febra złapała ją za szyję podnosząc do góry, dusząc i ciągnąc kawałek w swoją stronę.


- Choć i walcz ze mną w sprawiedliwej walce – zawołała wściekła.


- Wiesz, że przeciwnik jest osłabiony i jeszcze bierzesz zakładnika. Nie masz honoru ani nie masz pojęcia, co to sprawiedliwa walka – Samane zaczynało denerwować podejście Febry.


- Liczy się tylko zwycięstwo – skomentowała.

Samane spojrzała na sekundę w oczy Sayate, by się z nią porozumieć.


- Sayate jest z innej grupy. Możesz z nią zrobić co chcesz.

Reszta ekipy popatrzyła zaskoczona na Samane, nie dowierzając jej słowom.


- Chyba za mocno uderzyłaś się w głowę – Tiri chciała złapać Samane, by przemówić jej do rozsądku, ale Gwiazda ją powstrzymała.


- Lepiej się nie wtrącaj, bo jeszcze niechcący oberwiesz. - Tiri była wściekła.


- Przecież to twoja przyjaciółeczka – przedrzeźniała Febra.


- Nie zależy mi na niej – twarz Samane skamieniała i nie wyrażała żadnych uczuć, a wręcz zdawała się być przenikniona lodem.


- Samane, jak możesz! - wykrzyczała Tiri wciąż powstrzymywana przez Yashi.

Samane bała się, że Tiri zepsuje cały plan. Obejrzała się i spiorunowała ją wzrokiem. Dziewczyna poczuła, że traci grunt pod nogami i osunęła się na kolana przerażona, przyglądając się dalszym wydarzeniom.

Febra puściła Sayate, widząc, że w ten sposób nic nie wskóra i że Sayate nie ma dla Samane znaczenia. Różowowłosa osunęła się bezwładnie na ziemię, nie ruszając się i nie oddychając. W tym momencie Samane zaatakowała, skaczyła ze schodów i kopnęła. Febra zasłoniła się skrzyżowanymi dłońmi i cofnęła do tyłu. Samane pobiegła z boku, by zajść ją od tyłu, jednocześnie gwiżdżąc głośno na palcach, jakby dawała jakieś znaki. Febra odwróciła się szybko i zaatakowała Samane. Tym razem doszło do wymiany ciosów. Samane chciała znowu kopnąć, ale Febra cofnęła się o krok i wtedy zatoczyła się i straciła równowagę. Za nią stała Sayate, łapiąc szybko powietrze. Jej noga wylądowała na plecach Febry na wysokości nerek. Febra upadła na ziemię, cicho stęknęła i zacisnęła zęby.


- Sayate – wypowiedziała cicho Tiri – co ty robisz?

Samane chwyciła się za głowę, rozmasowała skronie . Nogi i ręce lekko drżały, a ona sama ledwo stała.


- Ledwo stoi, dopiero co oberwała w głowę, a nadal może walczyć. - skomentował egzaminator. - Naprawdę ciekawa dziewczyna.


- Jakim cudem ty walczysz, a ty żyjesz? - zwróciła się Febra do dziewczyn.


- Świetny pomysł Sayate – zawołała Samane do przyjaciółki, przybijając piątkę.


- Nic z tego nie rozumiem – Tiri była zdezorientowana.


- To był ich plan - wyjaśniła Yashi, która od początku zorientowała się, że obie dziewczyny grają.

Sayate zbliżyła się, podtrzymując Samane. Gdy minęły Febre, Samane zatrzymała się.


- Chcesz wiedzieć jak?

Febra nie odezwała się ani słowem. Siedziała na ziemi, masując plecy.


- Sayate wstrzymała oddech i udawała martwą, a ja po prostu walczyłam na poważnie, bo wtedy nie zwracam uwagi na ból.

Febra powoli wstała i ruszyła na dziewczyny.


- Sayate, puść mnie – poprosiła przyjaciółkę i gdy Febra zbliżyła się, zrobiła obrót i kopnęła ją w nos, tak samo jak poprzednim razem.

Febra zawyła z bólu, a z nosa polała jej się krew. Nos okropnie bolał z powodu drugiego kopnięcia w to samo miejsce. Po balkonach przebiegł szmer i cichy pomruk brzmiący jak słowa pochwał, w stylu wow albo super, a zaraz potem oklaski. Samane zdziwiona spojrzała w górę. Wszyscy obserwatorzy i nawet sam egzaminator bili jej brawa.


- Co ja takiego zrobiłam? – nie mogła pojąć.


- Nie mam pojęcia – Sayate również była zdziwiona – może chodzi im o to, że nadal jesteś w stanie walczyć, pomimo że ledwo stoisz.


- Ruszajmy już. Szkoda czasu - ponagliła ją Samane, znów spierając się na jej ramieniu. Zawroty głowy powróciły, przez co zataczała się na prawo i lewo jak pijak wracający rano po imprezie i szukający swojego domu.

Powoli piętnastka przyjaciół udała się do wskazanego korytarza. Febra tymczasem kurczowo trzymała się za krwawiący nos i wyła z bólu. Samane nie wiedziała, co działo się potem. Z trudem wspięła się po schodach. Stali teraz na dachu. Miejsce pełne było ścigaczy w wojskowych kolorach, z białymi gwiazdami na skrzydłach. Widniał na nich również symbol Królestwa Zjednoczonej Gwiazdy – ZKG. Z dachu aż po horyzont widoczny był las, poprzecinany polanami i sadami owocowymi. Samane dostrzegła skałę, za którą spędzili noc.


- Samane, Sayate możecie mi coś wyjaśnić – Tiri była zniesmaczona i zdezorientowana. Nadal nie mogła pojąć wcześniejszych wydarzeń.

Dziewczyny spojrzały na siebie.


- Następnym razem się nie wtrącaj Tiri, jeśli czegoś nie rozumiesz. Gdyby Febra się zorientowała, cały plan szlag by trafił.


- Nadal nie rozumiem.


- Dobrze, że Yashi się zorientowała i cię powstrzymała – westchnęła Sayate.


- Sayate blefowała, udając martwą. To miało odwrócić uwagę Febry. A teksty w stylu, że mi nie zależy, to stara zagrywka aktorska. Febra liczyła, że w ten sposób mnie przekupi, ale gdy zorientowała się, że jej zakładnik nie ma dla mnie wartości, odpuściła. - wyjaśniła Samane.


- A ten wzrok – Tiri koniecznie chciała wiedzieć, co się z nią wtedy stało.


- To paraliż z użyciem energii. Da się tego użyć wyłącznie za pomocą kontaktu wzrokowego.


- Wojownicy potrafią niesamowite rzeczy. - Tiri spochmurniała.


- Hej, nie łap doła – Samane uśmiechnęła się, klepiąc ją po ramieniu.

Teraz najgłośniejsza była Kazari, która za cel wzięła sobie dowodzenie ścigaczami.


- Kto potrafi latać, niech stanie przede mną! – zawołała głośno. Jej donośny głos odbijał się echem po okolicy.

Przed Kazari ustawili się Orli, Samane, Tiri, Sayate, Leeme, Yashi, Marrie i Mon – lotnik o długich, związanych w opadający na plecy ogon. Wysoki chłopak z ciemną bródką był synem generała sił powietrznych Arona Lith. Samane spodziewała się, że to on weźmie sprawy w swoje ręce, jednak inicjatywa i entuzjastyczny charakter Kazari za bardzo go przytłoczyły.


- Proponuję, żeby dowódcy lecieli sami, a pilot i informatyk zabrali ze sobą medyka i pomocnika – kontynuowała Kazari.

Zbliżała się dziewiąta, gdy ścigacze wystartowały. Lecieli szybko, ale dosyć spokojnie.

Yashi przechyliła pojazd i znalazła się koło Samane.


- Wiesz, mnie się wydaje, że wcale nie musimy się śpieszyć – zaczęła.


- O czym ty mówisz Yashi? - Samane była zdziwiona pomysłem i przez moment zrobiła się nawet podejrzliwa.


- Pamiętasz, co powiedział egzaminator? „Możecie się cieszyć, bo praktycznie zdaliście już egzamin. Lećcie, żebyście zdążyli na czas do mety” – powtórzyła.


- Chcesz powiedzieć, że już zdaliśmy? – Samane olśniło- . Przecież powiedział, że mamy się spieszyć do mety. Czegoś tu nie rozumiem.


- Od ojca dowiedziałam się, że mało komu udaje się zdążyć na czas, a mimo to co roku osiem drużyn zdaje, niezależnie od tego, czy dotrą na czas czy nie.


- Egzaminator powiedział, że zdaliśmy – zastanawiała się Samane.


- Prawdopodobnie egzamin jest skonstruowany tak, by mogli sprawdzić nasze umiejętności – przypuszczała Yashi.


- Myślę, że nie o umiejętności chodzi – zastanawiała się Samane. - Ktoś, kto przychodzi na egzamin, nie powinien mierzyć się z wyszkolonym żołnierzem. To nie o umiejętności tutaj chodzi. Masz rację z tym, że egzamin jest skonstruowany tak, by coś sprawdzić, od razu wydało mi się podejrzane, że pozwalają nam się nawzajem ranić, a egzaminatorzy dali się tak łatwo pokonać.


- Więc po co tak właściwie jest ten egzamin? – zdziwiła się Yashi.


- Myślę że chodzi raczej o dostosowanie się do sytuacji. Szkoły uczą określonych schematów zachowań dla konkretnej sytuacji. „W życiu jak i na wojnie nie ma schematów. Nigdy nie wiesz, co się wydarzy, dlatego zawsze bądź czujny. Bądź jak woda, która dostosuje się do naczynia lub jak rzeka, której gdy zagrodzą koryto, popłynie inna drogą.” Tego uczył mnie przez wszystkie lata mistrz.

Nastąpiła krótka cisza.


- Co w takim razie z metą? - myślała Yashi.


- Mogą nas zaatakować inne grupy. Musimy się z tym liczyć - zorientowała się nagle Samane. – Myślę, że to miał na myśli egzaminator, mówiąc nam, byśmy się pośpieszyli. Słabsze drużyny na pewno obrały taktykę, by czekać na tych, którzy zdobyli zwój i jak najmniejszym kosztem po prostu go przejąć.


- Czyli to nie koniec zmartwień. - Yashi zamilkła, patrząc daleko przed siebie.

Lecieli w ciszy i rozglądali się dookoła. Nic się nie działo, było nad wyraz spokojnie. Jedynie dwa drony cały czas za nimi leciały. Orli dostrzegł, że miały maleńkie napisy z nazwą akademii. Koło godziny dziesiątej wylądowali, by chwilę odpocząć. Samane wciąż kręciło się w głowie, ale jakoś dawała rady. Na wschodnim niebie zaczynały się zbierać chmury. Czasami przesłaniały słońce. Momentami było chłodniej niż wczesnym rankiem i wczoraj. Powiewał chłodny wiatr. Większości ekipy zaczął doskwierać głód, ale nie było co jeść. Nie było też czasu, by coś zdobyć. Zostało im tylko zjedzenie paru energetycznych ziół przygotowanych przez Sojte, Axela i Mebe – średniego wzrostu medyka o brązowawej skórze i grubych czarnych brwiach. Chłopak był raczej nieśmiały, a imię jego starszego brata Azona, przyprawiało go o dreszcze. Gdy dowiedział się, że jest on obserwatorem, włosy stanęły mu dęba, a serce zaczęło bić mocniej. Bał się go, bo zawsze wymuszał na nim presję i przyganiał, jaki wciąż jest za słaby. Gdy Azon dowiedział się, że jego brat zamierzał wstąpić do akademii, prześladowania nasiliły się.

Ekipa ruszyła dalej. Wszyscy wydawali się zmęczeni i głodni. Z daleka wśród zieleni drzew migotał czerwony dach akademii. Dla wszystkich był to znak, że cel jest blisko. Wylądowali na polanie w pobliżu mety, bo tylko tam było miejsce. Od razu podszedł do nich chłopak z piątej klasy.


- Gratuluje zdania – ukłonił się i wskazał linię mety dłonią.

Samane znów zakręciło się w głowie i prawie zemdlała. Oparła się o Mikiego, a Sojta przyłożyła dłonie do jej głowy. Samane poczuła się trochę lepiej. Zawroty ustały, ból troszeczkę zelżał. Przynajmniej na tyle, by mogła iść. Przeszli przez niewielki las, a przed nimi ukazała się garstka ludzi w mundurach, oczekujących na uczestników egzaminu. Przed metą rozciągało się spore poletko krzaków. Samane dostrzegła po lewej stronie miejsce, skąd startowali. Kawałek dalej była ściana, którą wczoraj przeskakiwali. Nie zrobili nawet kilku kroków, gdy na Samane z krzewów wyskoczył chłopak. Dziewczyna zatoczyła się, przepadając przez wystający korzeń. Chłopak sięgnął do plecaka oszołomionej Samane i wyciągnął zwój. Sayate skoczyła na niego, łapiąc za szyję i próbując odzyskać własność Samane. Miki podniósł ją z ziemi. Yashi ruszyła gwałtownie czubkiem szpady, zaczepiając o ozdobną wstęgę na zwoju, następnie rzuciła go za siebie. Miki złapał zwój i oddał Samane.


- Dobrze się czujesz? - Sojta martwiła się o nią.


- W miarę dobrze, ale nie jakoś wyśmienicie – marudziła niepewnym głosem.

Na Sayate skoczył kolejny chłopak, przygniatając ją do ziemi. Chonra podszedł spokojnie i złapał go za kołnierz, unosząc do góry. Chłopak był mały i chudy, toteż Chonra nie miał z nim żadnego problemu. Odrzucił chłopaka w bok, prosto na kwitnący na różowo krzew. Chłopak szybko uciekł. Ten, którego trzymała Sayate, też się zmył.


- Samane, ty też to czujesz? - zwróciła się do przyjaciółki.


- Wybacz Sayate, ale moja głowa nie jest cała i nie mogę niczego wyczuć.

Sayate trochę się przestraszyła. Polegała na zdolnościach przyjaciółki, a teraz została sama.


- Przecież ty i tak potrafisz wyczuwać pułapki, w przeciwieństwie do mnie. Poradzisz sobie sama, tak jak poradziłaś sobie z walką z egzaminatorem. Teraz ty dowodzisz.

Sayate zdziwiła się, ale zaraz potem przybrała poważną minę.


- Dziękuję - powiedziała cicho. - Chonra, Miki, Yashi i Marrie biegnijcie za mną. Axel i Meba pomóżcie Sojcie. We trojkę powinniście wyleczyć Samane raz dwa.

Sayate ruszyła, wskazując miejsca, gdzie wyczuła czyjąś obecność. Chonra i Miki łapali pochowane w krzakach osoby. Niektórzy zaczęli uciekać. Yashi i Marrie goniły ich, aż do przekroczenia mety, powodując, że wraz z swoimi drużynami wypadały z egzaminu. Samane prowadzona przez medyków dotarła do mety, podała zwój mężczyźnie z wąsem, który dzień wcześniej przyjmował ich zapisy. Mężczyzna rozwinął zwój i wyczytał nazwiska.


- Wyczytane osoby mogą przejść.- dodał i zwinął zwój, chowając do ozdobnego drewnianego kuferka.

Samane, Sojta, Tiri, Orli i Miki ustawili się przed mężczyzną.


- Gratuluję, od dzisiaj jesteście uczniami akademi – ukłonił się i uśmiechnął.

Następna podeszła Sayate razem z Axelem, Leeme, Kazari i Chonrą.

Ostatnia na mecie zameldowała się Yashi z Mebą, Marrie, Mon i Kaj'em – uroczym i niskim pomocnikiem. Kaj, kuzyn Yashi, szybko biegał i był dosyć zwinny, ale nie tak silny jak Chonra czy Miki. Jego główną zaletą była znajomość wielu języków. Każdy język potrafił opanować w kilka miesięcy.


- Gratuluję. Tego można się było spodziewać po Gwieździe - mężczyzna ukłonił się niżej i bardziej formalnie.


- Proszę sobie darować – Yashi była zakłopotana. - Oficjalnie nie mam jeszcze statusu Gwiazdy, więc nie musi mnie pan tak traktować.


- To kobiety w tym kraju zawsze były lepszymi władcami. Z całym szacunkiem dla twego ojca, ale po śmierci twojej matki to ty stałaś się Gwiazdą, nawet jeśli tę funkcję pełni teraz twój ojciec.


- Dziękuję. Zapamiętam pana słowa – ukłoniła się formalnie.


- A gdzie pozostałe ekipy? - wtrąciła się Sayate.


- Ci którzy zrezygnowali, są już w drodze do domu, natomiast spośród wygranych jesteście pierwszymi drużynami, które tu dotarły. Na dodatek sporo przed czasem – wyjaśnił mężczyzna.

Było około dwunastej, słońce piekło, gdy wychodziło zza chmur. Na niebie pojawiało się ich coraz więcej. W lesie pokazały się dwie kolejne grupy. Również i na nich czekały zaczajone osoby.


- Będzie padać – skomentowała Samane, czując ciężkie i duszne powietrze.

Obok niej skakali wszyscy trzej medycy. Dopiero teraz Samane poczuła się naprawdę dobrze. Zawroty całkiem minęły, a i ból ustał. Póki czekali na pozostałych, nie ruszała się z ziemi, licząc, że gdy nie będzie się ruszać, ból nie powróci.

Do mety dotarła Febra, ze swoją grupą. Przeszła obok siedzącej na ziemi Samane i zatrzymała się. Miała poklejony plastrami nos i świeżą bliznę na policzku.


- Nawet o tym nie myśl, bo i tak nas rozdzielą – Samane przeczuwała zamiary Febry.


- Innym razem – odpowiedziała chłodno i ruszyła, usiadła na trawie jak najdalej od pozostałych, ale w zasięgu wzroku egzaminatora.

Zaraz za Febrą przybyła kolejna grupa. Ich dowódca był trochę posiniaczony, ale cały. Samane przypomniała sobie, jak razem z Sayate, walczyły z nim przed wejściem do budynku. Po oddaniu zwoju chłopak usiadł obok Samane.


- Ciebie też nieźle pokiereszowali. - uśmiechnął się do niej.

Z boku podbiegła do niego dziewczyna o zafarbowanych na czarno włosach. Na szyi miała obrożę, a na nadgarstkach bransoletki z ćwiekami. Dziewczyna przyłożyła dłonie do jego ran.


- Jestem Daigo Agnam – chłopak podał Samane dłoń.


- Samane Sejom – odpowiedziała.


- Agnam? - wtrąciła się Sayate – Czy to nie jeden ze znanych i szanowanych klanów z Karo.


- Zgadza się – chłopak podał rękę Sayatei powtórzył imię.


- Sayate Ki.


- Też jesteście z Karo? Znam nazwiska waszych rodów. Obrońcy zamku przeszli do legendy.- Chłopak był wyraźnie zafascynowany dziewczynami. - Teraz rozumiem, czemu nie mogłem z wami wygrać – uśmiechnął się i ukłonił nisko.


- Ja mieszkam w Karo, a Samane jest z Meabe.


- Słyszałem, że teraz potomkowie rodu Sejom mieszkają w Meabe, ale nie sądziłem, że może to być prawda.

Rozmowa przeszła na temat zainteresowań i wspomnień z rodzinnych stron. Chłopak imieniem Daigo był wysoki i wyglądał na silnego. Miał kruczoczarne włosy spięte w podwijany ogon na szczycie głowy. Boki głowy wygolił, a na jednym z nich wyciął wzór ZKG. Ciemne oczy i wąskie skośne brwi zdradzały pochodzenie. Rozmowa trwała długo i byli nią tak zaabsorbowani, że nie zauważyli, jak na metę przybyły cztery kolejne drużyny.


- O jedną za dużo – skomentowała Tiri


- Ktoś będzie musiał odpaść – Martwiła się Leeme, odrzucając warkocz do tyłu.


- Oby nie padło na nas – Wtrącił się Chonra.


- Wątpię, dotarliśmy tutaj jako pierwsi, nie powinni nas wykluczyć. To te dwie ostatnie drużyny będą musiały się zmagać z kolejnymi problemami.


- Nie chciałbym być na ich miejscu. Nie dość, że są zmęczeni po egzaminie, to czeka ich jeszcze kolejny – Chonra aż drgnął, na samą myśl o tym, że mógłby być na ich miejscu.

Mężczyzna z wąsem wywołał Yashi, Sayate, Samane, Febre, Daigo i jeszcze 4 inne osoby.

Samane powoli wstała. Febra i Daigo też mieli małe problemy z podniesieniem się . Wszyscy dowódcy ustawili się, a chwilę potem reszta osób.


- Teraz wszyscy za mną – zawołał głośno mężczyzna . Szli dokładnie tą samą drogą, jaką wczoraj przyszli. Gęste drzewa zasłaniały piekące słońce, jednak powietrze nadal było ciężkie i duszne. Mężczyzna wprowadził ich do akademii przez ogromny dziedziniec z fontanną i wielkie, stare półokrągłe drzwi. Samane miała przed oczami obraz z przedwczoraj, gdy razem z Tiri i Orlim koczowali przed wejściem, oczekując w długiej kolejce.

Z tysięcy chętnych została ich zaledwie garstka. Dopiero teraz dotarło do Samane, że znalazła się wśród tej garstki, a przecież chciała zrezygnować, myślała, że nie da rady, że to dla niej za trudne. Wyciągnęła zza koszulki wisiorek z blaszką i spojrzała na wyryte na nim imiona. Idąc przez znajomy już korytarz w akademii, odpłynęła i pomyślała o Meabe. Wspomnienia biły się o jej uwagę. Wszyscy ludzie, którzy ją żegnali, cała podróż, pożegnanie z mistrzem i ukochaną siostrą, krótkie, ale bolesne pożegnanie z Koro – miłością jej życia. W końcu nie zobaczy się z nim, aż do ukończenia akademii. Wszystkie myśli tak szybko jak się pojawiały, tak szybko znikały, tylko jedno, ostatnie wspomnienie, pozostało długo w jej głowie. Był to cmentarz i grób jej dziadka. Wspomnienie życzliwej twarzy staruszka utkwiło jej na tyle, że nawet nie zauważyła, jak mężczyzna z wąsem przyprowadził ich do szkolnej stołówki.


- Samane – szturchała ją Tiri – dobrze się czujesz?


- Aaa... Tak, tak – odpowiedziała trochę zakłopotana. – przepraszam, zamyśliłam się.

Gdy tylko zostali wprowadzeni na stołówkę, rozległy się gromkie brawa i entuzjastyczne okrzyki ze strony tam obecnych. Na stołówce przebywali sami nowi uczniowie; spora ilość szeregowców zajęła większość miejsc. W rogu stołówki usadowili się wszyscy z klasy lotniczej, co łatwo było poznać po goglach. Na drugim końcu usiedli medycy i informatycy, ci ostatni mało rozmowni, jedli i wbijali wzrok w swoje laptopy i inne gadżety, mało co interesowali się otoczeniem. Nigdzie nie było widać osób z klasy językowej i konstruktorskiej.


- Przybyli nowi uczniowie - uśmiechnęła się młoda dziewczyna mniej więcej w ich wieku, z entuzjastycznym uśmiechem i chochlą w dłoni, rozpoczęła nakładanie zupy na talerze.


- Odpocznijcie i najedzcie się, jeśli ktoś potrzebuje pomocy medycznej skrzydło szpitalne znajduje się na drugim piętrze, na prawo od schodów. Na razie musicie tutaj zaczekać – Mężczyzna z wąsem wydał instrukcje, po czym zniknął w korytarzu. Drużyny ustawiły się w kolejce po jedzenie. Samane czuła na sobie wzrok Febry, stojącej kawałek dalej w długim sznurze osób. Samane usiadła przy stoliku blisko okna, niedaleko osób z klasy lotniczej. Razem z nią usiadła Yashi, Sojta, Sayate Tiri i Leeme. W następnej ławce usadowił się Daigo ze swoją drużyną, a w ławkach obok pozostałe osoby z drużyny Yashi , Sayate i Samane. W samym rogu, z dala od innych Febra w ciszy jadła zupę. Obok niej siedziały osoby z jej drużyny. Czerwonowłosy chłopak o imieniu Set, entuzjastycznie opowiadał wszystkie dotychczasowe wydarzenia, a mała niezdarna pilotka o imieniu Akeri, wielkimi oczyma wpatrywała się w niego. Obok niej siedziała dziewczyna o krótkich czarnych włosach. Wyglądała jak facet , założyła obcisłe rurki i pomalowała na czarno rzęsy i powieki . Przyglądała się paznokciom. Samane po zjedzeniu zupy poczuła się znacznie lepiej. Kilka osób ruszyło po drugie danie. Tym razem było kilka potraw do wyboru. Samane, jak łatwo się domyślić, wybrała rybę z ryżem i brokułami, na widok której Tiri zrobiło się niedobrze.


- Nie znoszę ryb – marudziła zatykając nos.


- Samane, powinnaś iść na wszelki wypadek do skrzydła szpitalnego – martwiła się Sojta.


- Nic mi nie jest – broniła się, ale wzrok Sojty mówił: nie uznaję sprzeciwu.

Gdy tylko Samane zjadła, obie wstały.


- Gdzie idziecie? - spytał Orli.


- Do skrzydła szpitalnego.


- Źle się czujesz Samane?


- Nie, ale Sojta uparła się, że powinnam iść.


- Ty też powinieneś iść – naskoczyła na niego Sojta, targając za rękaw.


- To może jeszcze weź Mikiego i Chonre – zaśmiała się Samane, ale Sojta wzięła to na poważnie i porwała chłopaków z ławki.


- Zaczekajcie, pójdę z wami. - Odezwał się z sąsiedniej ławki Daigo.


- Jak małe dzieci – przewróciła oczami i wyszła ze stołówki na korytarz , ciągnąc chłopaków za rękawy.


- Aż sześć osób? - zdziwiła się pielęgniarka, gdy otworzyły się drzwi do sali pełnej szpitalnych łóżek pooddzielanych parawanami.


- Ze mną wszystko w porządku – Odezwała się Sojta – Tylko ich przyprowadziłam, bo upierali się, żeby nie przychodzić.


- Co się stało? W czym mogę wam pomóc? - spytała życzliwie pielęgniarka.

Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, Sojta zaczęła po kolei wyjaśniać, kto ma jaką dolegliwość.


- Samane została mocno uderzona w głowę i nawet zemdlała, do tego ma ranę na ramieniu. Orli miał wybity bark, ale udało się go nastawić, a chłopaki Miki i Chonra mają rany cięte na całym ciele. Sojta odwróciła się w stronę Daigo.


- Wybacz, nie przedstawiłem ci się, jestem Daigo. - uśmiechnął się do Sojty – Chyba nie muszę dużo tłumaczyć, spojrzał na siostrę – wyraźnie widać co mi jest, no i trochę boli mnie lewa ręka.


- Dzień dobry – w drzwiach stanęła Febra, miała zaklejony nos.


- Kto cię tak urządził księżniczko? - zaśmiała się pielęgniarka.


- Księżniczko? – zdziwiła się Samane, pozostałe osoby oglądnęły się na Febrę.

Febra wskazała palcem na Samane, a ta poczuła lekkie zażenowanie.


- Nieładnie młoda damo – pielęgniarka zaśmiała się, a zaraz potem zawołała inne swoje pomocniczki. Dwie młode dziewczyny w pielęgniarskich strojach porwały Mikiego i Chonre. Febra, Samane, Daigo i Orli ruszyli za starszą siostrą do pokoju znajdującego się za salą z łóżkami. Pomieszczenie mieściło biurko i łóżko, a za nim ciągnął się korytarz. Pielęgniarka zostawiła Febrę, Daigo i Orlego przed salą z rentgenem, a Samane poprowadziła dalej w głąb korytarza i po schodach w dół. Minęli chyba trzy piętra. Gdy dotarli na miejsce, Samane dostrzegła napis nad drzwiami: Rezonans magnetyczny.


- Zostawiam cię tutaj, trafisz z powrotem?


- Tak - przytaknęła Samane, wchodząc do środka.

Pielęgniarka wymieniła kilka zdań z doktorem i wróciła.


- Dzień dobry – Samane ukłoniła się.


- Jak się czujesz? - spytał doktor.


- Teraz czuje się dobrze, ale wcześniej bardzo bolało i miałam zawroty głowy.


- Usiądź, proszę - polecił doktor, świecąc małą latarką w jej oczy.





Komentarze