Rozdział 13 Przeszłość Tiri
Samane przez kilka kolejnych dni nie mogła uwolnić się od wizji, w której ginie
jej siostra. Ciągle próbowała jakoś to zaakceptować. Przez głowę przepływały jej
wspomnienia wspólnie spędzonych chwil . Jak na złość, prawie codziennie mistrz
Samas i Aina zabierali ją do różowej skały z jaskinią, ale cały czas sytuacja kończyła
się związaniem przez iskry. Jakby tego było mało, dyrektor powoli wtajemniczał
ją w plan uwolnienia Tiri, a ona nie mogła się skupić. Nadszedł lipiec i Samane
zaczęła się zastanawiać, czy Tiri w ogóle jeszcze żyje. A myśl dołowała ją jeszcze
bardziej. Przyjaciele Samane, nauczyciele i mistrz widzieli, że coraz z nią gorzej.
W końcu Sayate wpadła na pomysł i zabrała Samane nad jezioro do Airy. Początkowo
dziewczyna była nadal w złym humorze, dopóki Aira i Sayate nie wrzucili jej
do wody i nie zaczęli nawzajem się chlapać. Samane odpłynęła dalej, a Aira zaczął
ją ścigać, okazało się, że pływa tak samo dobrze, a nawet lepiej niż Samane. Chłopak
szybko dogonił Samane i oboje znów zaczęli się chlapać, a potem dla żartów
nawzajem topić. W końcu mokrzy padli na złoty piasek, odpoczywali i wygrzewali
się na słońcu. Sayate śmiała się z nich, ale bardziej cieszyło ją to, że Samane miała
nareszcie dobry humor i uśmiechała się, zapominając na chwilę o problemach.
Gdy ubrania wyschły, ruszyli znowu ulicą nad jeziorem i skosztowali pysznego
lodowego deseru, a wieczorem ojciec Airy zaprosił dziewczyny na ognisko przy
swoim domu. Samane niepewnie weszła do ogrodu po chodniku z brukowanych
kostek. Przy drewnianym stoliku siedział mężczyzna w wieku trzydziestu kilku lat
z lekkim zarostem na twarzy i wcale niemałymi muskułami.
– Witam panie – zaprosił uprzejmie do stolika.
– Dobry wieczór – odpowiedziały dziewczyny i rozsiadły się. Przy grillu stała
kobieta o długich, prostych blond włosach i widelcem obracała kiełbaski i inne
smakołyki, które skwierczały cicho, a ich zapach powodował, że wszyscy obecni
robili się coraz bardziej głodni. Do stołu przysiadło się jeszcze dwóch chłopaków,
niewiele starszych od dziewczyn i mężczyzna o krótkich blond włosach, wyglądający
na partnera kobiety.
– Aira już mi co nieco o was powiedział – odezwał się ojciec, nalewając dziewczynom
soku do szklanek. – Dziękuje wam za zmotywowanie go. Do tej pory był
dosyć nieśmiały i mało co rozmawiał z ludźmi, ale ostatnio widzę u niego dużą
odmianę i jak się domyślam, to wasza sprawka, dlatego chciałbym wam jakoś podziękować.
– Nie ma za co – odpowiedziała nieśmiało Samane, czując się niezręcznie. –
Z pana nogą już lepiej?
– Jak widać, jestem zdrów – mężczyzna podskoczył kilka razy na kontuzjowanej
nodze.
– Gotowe – odezwała się kobieta, stawiając na stole talerz z jeszcze skwierczącymi
kiełbaskami i drugi z grillowanymi warzywami i rybami.
Samane spojrzała świecącymi oczyma na rybę. Pachniała wyśmienicie, aż ślinka
jej ciekła.
– To dla ciebie – odezwał się Aira, nakładając jej na oddzielny talerz wszystkiego
po trochu i polewając sosem czosnkowym.
W końcu wszyscy obecni usiedli przy jednym stole i zabrali się za jedzenie.
– Smakuje ?– spytała kobieta.
– Tak bardzo pyszne – odpowiedziała Samane, od razu popijając sokiem.
– Jestem Sojon – przedstawiła się kobieta. – Miło mi was poznać.
– Nam również – odezwała się Sayate po czym odłożyła sztućce po skończo326
327
ny m jedzeniu.
– Fajnie, że jesteście, dziewczyny. Ciężko czasem się dogadać z facetami. Przynajmniej
będę miała z kim pogadać.
Samane zaśmiała się i ppatrzyła na wygłupiających chłopaków.
– Słyszałam od Airy, że jesteście z akademii wojskowej, prawda?
– Tak – odpowiedziała Samane.
– Jak się ma generał Jass? – spytała znowu, a Samane zaskoczyło to pytanie.
– Ma się dobrze – odpowiedziała niepewnie, nie rozumiała, o co chodzi kobiecie
i skąd zna generała.
– Chyba nawet za dobrze – zaśmiała się Sayate.
– Widzę, że dziwi cię moje pytanie. Jass jest naszym dobrym znajomym, a dokładniej
znajomym mojego męża. Znaliśmy się z akademii.
Samane olśniło.
– Pani jest ciocią Airy? – Samane nagle przyszedł do głowy ten pomysł. Skojarzyła
fakt, że matka Airy gdyby teraz żyła, byłaby w podobnym wieku i też uczęszczała
do akademii. Mogła być tam razem z siostrą.
– Spostrzegawcza jesteś – odezwał się mąż kobiety. – Do jakiej klasy chodzicie,
bo wyglądacie na taktyczną?
– Tak to prawda, w tym roku zaczęłyśmy.
– Widać to po tym, jak się zachowujecie i rozmawiacie – zauważył mąż.
– Aira mówił nam, jak macie na imię, ale nie podał nazwisk.
– Przepraszam nie przedstawiłam się. Jestem Samane Sejom – ukłoniła się lekko,
a reakcja kobiety i jej męża była jej już dobrze znana.
– Sayate Ki – odezwała się różowowłosa, a zaskoczenie małżeństwa jeszcze
się nasiliło.
– Nie dziwię się, że jesteście razem – odparła Sojon.
– Kilka razy miałem okazję zobaczyć twojego dziadka – odezwał się mężczyzna.
– Był sławny. Spostrzegawczość chyba odziedziczyłaś po nim.
Samane nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc napiła się soku.
– Miło nam, że pomogłaś Airze, ale widzę, że coś cię gryzie – odezwał się mężczyzna.
– Muszę pomóc przyjaciółce, a na razie nie mogę sobie poradzić sama ze sobą –
westchnęła Samane i odstawiła szklankę na stół.
– Każdy miewa złe chwile – odezwała się Sojon, składając przy okazji brudne
talerze jeden na drugim.
– Też przez to kiedyś przechodziliśmy. Właśnie po to jest akademia, by nauczyć
się radzić z własnymi problemami, ale wiedz, że kiedyś będziesz się z tego śmiać.
Żaden problem nie trwa wiecznie. Zawsze jest jakieś wyjście.
– Tylko, że ja nie mam zbyt wiele czasu na rozwiązanie – westchnęła znów Samane.
– Presja? – uśmiechnął się mężczyzna. – W takim razie skup się wyłącznie
na celu, a reszta przyjdzie sama.
– Dziękuję za radę. – Samane lekko się uśmiechnęła. Nagle zdała sobie sprawę,
że rzeczywiście zapomniała o celu. Zapomniała o tym, dlaczego to wszystko się
dzieje. Pomyślała o Tiri i nagle jej własne problemy zbladły.
– Chyba już wiem, co powinnam zrobić – odezwała się.
o
Następnego dnia leciała razem z mistrzem i Ainą do meteorytu, po drodze myślała
o tym wszystkim i o Tiri, Lyrze, mrocznych Tora.
– Muszę to zrobić dla Tiri. Przez moją własną głupotę może ucierpieć i Lyra
i Tiri, a może ktoś jeszcze. Dyrektor liczy na moją pomoc, a czas ucieka. Celem
jest uwolnienie Tiri, a ja muszę być gotowa. Lyra wybacz, ale muszę o tobie na razie
zapomnieć. Wiem, że jesteś bezpieczna w domu. Tiri czekaj na mnie, przyjdę
po ciebie. Mroczni Tora czekajcie na mnie. Jeszcze nie przegrałam i tym razem
wygram. Urodziłam się w klanie, byle głupota nie może pozwolić, bym straciła
panowanie nad sobą. To nie mój charakter .
Samane spojrzała na rozłożoną dłoń, a potem mocno zacisnęła palce w pięść.
– Przysięgam, że już więcej się nie dam – spojrzała w górę na lekko zachmurzone
niebo.
Na północy zbierały się ciemne chmury i słychać było grzmoty. Tak jak poprzednim
razem cała trójka wspięła się na górę i rozsiadła na końcu jaskini. Przy każdym
dalekim grzmocie iskry na chwilę zyskiwały więcej światła. Samane usiadła
tworząc w iluzji snu wizję tego, co powodowało jej złość. Nie byli to już nawet Tora
czy sytuacja, gdy przegrała z szefową. Od razu stworzyła wizję tego, co najbardziej
ją denerwowało, czyli widok rannej lub umierającej Lyry. Głośny grzmot rozległ
się tuż nad nimi, gdy Samane wpadła w szał i znów energia zaczęła uwalniać się
w nadmiarze, przybierając czerwony kolor. Mistrz i Aina doskoczyli do niej, ale
Samane jakimś cudem związana linami z iskier, zrobiła krok do tyłu.
– Nie! – krzyknęła, a Aina i mistrz spojrzeli na siebie zdziwieni. – Sama muszę
przez to przejść, nie pomagajcie mi! – odpowiedziała ze łzami w oczach z bólu,
powodowanego przez liny.
Upadła na kolana i rozluźniła się. Myślami powróciła do widoku siostry. Wspomnienie,
gdy pożegnały się na wzgórzu, trochę ją uspokoiło. Widok uśmiechniętej
twarzy młodszej siostry spowodował u niej kolejne łzy.
– Tylko ty mi pozostałaś – powiedziała w myślach. Dla ciebie przejdę przez te
wszystkie trudności. Dla lepszego świata.
328 329
W izja krwi na bluzce czternastolatki znów powróciła, a Samane patrzyła na to
ze spokojem.
– W końcu to tylko moja chora wyobraźnia. Wystarczy tego – pomyślała i obraz
rozsypał się w drobny mak jak roztrzaskane lustro. Gdzieś jeszcze mignęła jej
przed oczyma Isae. Uśmiechała się, trzymając kciuk w górę.
– Wiedziałam, że dasz radę.
Liny puściły, a czerwona energia zamieniła się w światło i otoczyła ją przez chwilę,
a potem znów stała się niewidzialna, przybierając formę wirującego powietrza.
Samane o własnych siłach wstała. Energia uzdrowiła wszystkie jej rany zadane
przez iskry. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się, popatrzyła na swoich towarzyszy.
Aina uśmiechnięta zaczęła bić jej brawo.
– Dobra robota Samane – pochwalił ją mistrz – ale myślę, że teraz powinniśmy
już wracać zanim dopadnie nas burza.
Cała trójka szybko wróciła do ścigaczy. Wiatr się wzmagał, ale jeszcze nie padało,
daleko przed nimi majaczyły wieżowce stolicy, w których jeszcze odbijało się
słońce. Na największej możliwej prędkości lecieli jeden za drugim, a wiatr wiał im
w plecy, niosąc w kierunku akademii. Lecieli nisko, by nie narażać się na pioruny.
W oddali majaczył miniaturowy teraz budynek akademii, wyróżniając się swoim
czerwonym dachem wśród zieleni. Wiatr zmienił kierunek, ciągnąc teraz chmury
z boku. Boczny wiatr utrudniał latanie, cały czas spychając ich w bok z obranej
trasy. Samane myślała, że już gorzej być nie może. Ale to, co zaczęło się dziać chwilę
potem, przekonało ją, że jednak może być gorzej. Burzowy front zatoczył koło
i przysłonił już całe niebo. Zaczął padać deszcz, a wiatr wiał w dziób, spowalniając
ich lot. Samane schyliła się za szybę przy kokpicie. Ledwo widziała gdzie leci i co
jest wokół niej. Aina i mistrz lecieli gdzieś za nią, ale wolała się nie oglądać, by nie
stracić panowania nad maszyną. Wiatr co jakiś czas szarpał skrzydłami i giął lotki,
a deszcz bił po twarzy. Akademia była już niedaleko, ale teraz lecieli zdecydowanie
wolniej. Samane zniżyła lot nad czubki drzew. Nie widziała gałęzi, niektóre z nich
zarysowały podwozie i skrzydła. Błyskawice zaczęły szaleć po niebie i Samane
modliła się tylko, żeby ścigacz nie ściągnął którejś z nich na nią lub na mistrza,
czy Aine.
– Cholera muszę dotrzeć jak najszybciej do tej akademii! – klęła Samane. Znów
przypomniała jej się sytuacja jak z mistrzem i dziadkiem wracała w burzy do
domu. Nagle przyszedł jej do głowy pomysł.
– Lećcie za mną, wiem co zrobić – odezwała się do mikrofonu przypiętego do
okularów, liczyła, że Aina i mistrz ją usłyszeli.
Jedną ręką puściła ster, starając się cały czas zachować poziom. W wolnej ręce
zebrała energię i uformowała w niekształtną kulę. Z głośnym okrzykiem rzuciła ją
do przodu, a energia przybrała postać ogromnego ptaka, który swoimi skrzydłami
na kilkanaście sekund odrzucił podmuch wiatru i deszcz, powodując niedużą
strefę ciszy. Samane mocno wcisnęła gaz, chciała wykorzystać te kilka chwil. Aina
zszokowana tym, co zobaczyła mimowolnie przyśpieszyła. Udało im się nadrobić
spory kawałek.
– Jeszcze kawałeczek – myślała Samane, zniżając lot, by wylądować. Deszcz
i wiatr z powrotem na nich runął.
Wiatr szarpał ścigaczem, gdy osadzała go na lądowisku. Ucieszyła się, gdy zaraz
za nią wylądowali pozostali. Samane zeskoczyła ze ścigacza, wyłączyła go i zabezpieczyła.
Zaraz potem pędem poleciała do akademika. Gdy tylko przekroczyła
drzwi, odetchnęła z ulgą.
– Okropna pogoda – odezwał się pan portier.
– Samane nie zdążyła odpowiedzieć, gdy za nią ustawiła się przemoczona Aina.
– Oj, ma pan świętą rację– machnęła ręką na przywitanie i pobiegła w przeciwną
stronę.
Samane razem z mistrzem pobiegła do wieży. Gdy tylko wpadła do pokoju, pędem
rzuciła się do łazienki, wzięła ciepły przyrznic i przebrała się w suche ubrania.
Sojta zaparzyła obojgu gorącej herbaty z cytryną. Gdy Samane suszyła włosy, do
pokoju zapukała Aina, przyniosła ubrania dla mistrza Samasa.
– Mam nadzieję, że są dobre – odezwała się. Choć przebrana była w czyste i suche
ubranie, to włosy nadal były mokre. Aina ukłoniła się i wróciła do siebie. Wychodząc,
spojrzała jeszcze kątem oka, nie dowierzała temu, co zrobiła Samane.
Widziała już kiedyś coś podobnego.
o
Samane wydawało się, że akademia opustoszała przynajmniej o połowę, gdy następnego
dnia szła razem z Sayate i Sojtą na zajęcia.
– Jesteś gotowa? – spytała Sayate.
– Wiesz, że nigdy nie można być niczego pewnym Saya.
– Pytam o twoje nastawienie psychiczne. Ostatnio byłaś jakaś nieswoja.
– Nie musisz już się o nic martwić Saya. Już wszystko w porządku – uśmiechnęła
się szczerze.
Sala, do której weszły dziewczyny, różniła się trochę od pozostałych. Na ścianach
wisiały tablice z rysunkami różnych rzeczy i ich nazwami w języku gwiazdy
i Skały. Były też liczby, litery alfabetu pisane pochyło i wykrzywione do góry nogami
litery języka Gwiazdy. Niektóre miały przekreślenia, niektóre składały się
z połączonych ze sobą w rożny sposób trójkątów o urozmaiconych proporcjach.
W sali była już większość uczniów. Sayate i Samane usiadły w ławce razem z Sojtą.
Przed nimi siedziała Febra, Akeri i Set, a z tyłu Miki, Chonra i Kaj.
330 331
– To się chłopaki dobrały – skomentowała Sojta, oglądając się do tyłu.
– Święta trójca językowa. Obawiam się, że na tych zajęciach to oni będą dominować
– śmiała się Sayate.
Do sali wszedł nauczyciel. Wyglądał na niewiele starszego od nich i nie był ubrany
w mundur ani tym podobne ubranie. Wyglądał przeciętnie. Miał krótkie, niezadbane
włosy sterczące w różne strony. Wyglądał, jakby dopiero co wstał z łóżka
i nie zadbał o fryzurę.
– Witam wszystkich obecnych, nazywam się Romta i będę uczyć was języka Skały.
Chłopak, bo tak można byłoby go nazwać, rozdał książki i słowniki dla każdego.
Po czym zaczął pisać zdania w obcym języku, tłumaczył, jak czytać i wymawiać
trójkątne i tym podobne znaki.
Samane uczyła się podstaw tego języka w szkole, ale nigdy nie miała zbyt dobrych
ocen. Jak na razie pamiętała to, co pisane było na tablicy.
Na przerwie Samane, Sayate, Leeme i Sojta wybrały się na stołówkę. Ilość obecnych
tutaj zwykle uczniów zmniejszyła się co najmniej o połowę. Samane usiadła
do stołu, pomyślała o nieobecnej Tiri.
– Jakie musiała mieć życie? Może dlatego była taka nieufna wobec niej, bo w ten
sposób nauczyła się żyć będąc w gangu. Chciałabym z nią porozmawiać o jej przeszłości
– mówiła do siebie w myślach. – Mam tylko nadzieję, że jesteś cała.
Następne były zajęcia z Ainą. Samane wykorzystała je, by się wyciszyć. Już dawno
nie miała okazji medytować . Później tradycyjnie każdy zgadywał, kto za nim stoi.
– Samane, dyrektor prosił, byś do niego teraz przyszła – Odezwała się Aina
w połowie zajęć.
Samane podziękowała za wiadomość i wyszła z klasy. Sayate i Sojta pomachały
jej na pożegnanie, życząc po cichu powodzenia. Dziewczyna udała się na szóste
piętro do gabinetu dyrektora. Zapukała ostrożnie i wewnątrz rozległ się cichy głos
dyrektora zapraszający do środka.
Samane ustawiła się na baczność i zasalutowała.
– Spocznij – odezwał się dyrektor, wspierał się o biurko łokciami. Dłonie miał
ze sobą splecione.
– Wzywał mnie pan? – spytała Samane.
– Dzisiaj odbijemy Tiri – odezwał się od razu, bez żadnej wstępnej mowy.
Samane poczuła lekki dreszczyk.
– Pamiętasz wszystko, co ci tłumaczyłem odnośnie planu?
– Tak – odpowiedziała. – A gdyby coś poszło niezgodnie z planem?
– Pod żadnym pozorem nie działaj z własnej inicjatywy. Jeśli powiem ci, że masz
wracać, to dokładnie to masz zrobić.
– Rozumiem – odpowiedziała Samane, a dyrektor wstał.
– Chodź ze mną – polecił i wyszedł z gabinetu, zamyknął za sobą drzwi.
Dyrektor zaprowadził Samane do pomieszczenia w piwnicy akademii. Było tu
dosyć ciemno i ciasno z powodu ustawionych w rzędach szafek i półek pełnych
hełmów, gogli, karabinów i innych ciekawych rzeczy. Dyrektor wręczył Samane
coś, co wyglądało jak koszulka bez rękawów. Miało czarny kolor i wykonane było
z dziwnego materiału.
– Załóż to pod ubranie, na wszelki wypadek.
– To kamizelka chroniąca przed strzałami, prawda? – Domyślała się Samane.
– Zabierz ją i idź do pokoju, masz pół godziny, żeby się przygotować. Nie zapomnij
zabrać miecza i każdej innej broni, którą potrafisz się posługiwać, oprócz
tej laserowej.
Samane ruszyła do pokoju i zaczęła zbierać wszystkie potrzebne rzeczy, chowiąc
pod ubraniem. Zielone spodnie bojówki z dużą ilością kieszeni pomieściły
wszystko, czego potrzebowała. Pod czarną koszulką bez rękawów ubrała kamizelkę.
Narzuciła czarną zapinaną bluzę z kapturem. Usiadła na ziemi i położyła przed
sobą swój miecz. Ukłoniła się przed nim, a potem chwyciła w dłonie i wyciągła
z pochwy, kładąc ponownie przed sobą. Ułożyła dłoń na dłoni i zamykając oczy,
wyciszyła się i przez dziesięć minut medytowała. Wstała i zaczęła wymachiwać
mieczem na wszystkie strony, tnąc powietrze i manewrując nadgarstkami, by się
trochę rozgrzać. Schowała miecz do pochwy, prosząc go, by pomógł jej odbić Tiri.
Zarzuciła go na plecy i ruszyła spotkać się z dyrektorem w umówionym wcześniej
miejscu na tyłach akademii. Oprócz dyrektora czekała też Aina. Oboje byli ubrani
w bojowe mundury moro i Samane nie mogła się nadziwić.
– Jak nastrój? – spytała Aina, sprawdzając swój karabin i zarzucając na plecy.
– Jest dobrze – odpowiedziała krótko zszokowana widokiem uzbrojonych nauczycieli.
– Ruszamy – powiedział dyrektor stanowczym tonem.
Samane szła tędy po raz pierwszy. Wyglądało na to, że wąska dróżka, którą podążali,
była mało odwiedzana. Zarastały ją krzewy i pnącza. Po kilku chwilach
między gęstym lasem znalazło się betonowe pole, oznaczone białymi wzorami
jako lądowisko dla helikopterów i jeden z nich już czekał.
– Polecimy nim? – spytała Samane.
– Tak – odpowiedziała Aina, popchnęła Samane w stronę helikoptera.
Dziewczyna wdrapała się do środka i usiadła na tylnym fotelu. Do tej pory nigdy
nie leciała helikopterem i teraz dokładnie przyglądała się dużemu wnętrzu z siedzeniami
po bokach i pustą przestrzenią na środku oraz przesuwanym drzwiom.
Był to typowo wojskowy helikopter. Samane podziwiała widoki miasta przez szy332
333
bę , ale nie były jej obce. Widziała prawie to samo co w dniu, gdy po raz pierwszy
przyleciała tu na ścigaczu. Po kilku minutach lotu wylądowali na pustej przestrzeni
na obrzeżach stolicy. Niedaleko było widać stare, opuszczone hangary, odbijające
słońce od półokrągłych dachów. Tuż obok wylądowały cztery inne, takie same
maszyny, z których wysiadło kilkunastu uzbrojonych żołnierzy. Generał Jass zwołał
wszystkich do siebie i rozpoczęło się przedstawianie szczegółów planu. Dyrektor
przywołał Samane i przedstawił wszystkim obecnym. Jak można się było tego
spodziewać, wśród obecnych przebiegł szmer i zachwyt jednocześnie, na dźwięk
jej nazwiska, a ktoś z żołnierzy dotknął ramienia Samane.
Dziewczyna obejrzała się, rozpoznała znajomą twarz.
– Pani Sojon? – Samane była wyraźnie zaskoczona jej obecnością tutaj.
– A więc to miałaś na myśli podczas ostatniej rozmowy? – odezwała się kobieta.
Samane przytaknęła głową, a dyrektor przedstawiał instrukcje dotyczące udziału
Samane.
o
Tiri siedziała na podłodze w niewielkiej obskurnej i ciemnej celi. Na podłodze
miała jedynie kilka cienkich i potarganych koców, a pomieszczenie oświetlała niewielka
żółta żarówka. Dziewczyna wpatrywała się w podłogę. Przez głowę przelatywały
jej wspomnienia feralnego dnia, gdy ojciec dowiedział się o jej kłopotach.
Przejechała dłonią po twarzy w miejscu, gdzie została uderzona dłonią. Miała
wrażenie, jakby ból powrócił, a policzek piekł od uderzenia. Twarz wściekłego ojca
i pogardliwe spojrzenie matki spowodowały u niej łzy. Spojrzała w górę na sufit
tak samo ciemny jak reszta pomieszczenia. Gdzieś w kącie zapiszczała cicho mysz.
Tiri straciła rachubę czasu. Jak długo już tu była. Miesiąc, dwa, a może minął już
rok. Czas dłużył się niemiłosiernie. W ciemności Tiri nie zauważyła, jak bardzo
schudła. Jedzenie, które dawali jej Tora, było niewiele warte i okropnie smakowało.
Dziewczyna zastanawiała się, dlaczego jeszcze jej nie zabili.
– Czyżby czekali na Samane? – powiedziała cicho do siebie. – Obyś żyła Samane.
Tak bardzo chciałabym cię przeprosić za brak zaufania – po jej twarzy pociekło
kilka kolejnych łez.
Obraz żółtej żarówki rozmył się i zanikł do całkowitej ciemności. Przez moment
Tiri myślała, że to żarówka się zepsuła, ale nagle jej ciało zrobiło się wiotkie.
Przewróciła się mimowolnie na bok, wyladowała na kocach i straciła przytomność
z wycieńczenia. Jej głowę zaprzątał teraz sen – wspomnienie dawnych lat.
Dwunastoletnia Tiri siedziała przy stole. Naprzeciwko usiadła mama, podając
jej talerz z kanapkami. Tiri spojrzała na ułożone z warzyw i sosów do kanapek
uśmiechnięte buźki i sama się uśmiechnęła. Przy stole usiadł Tim. Jedną ręką jadł
kanapki, a drugą klikał w klawiaturę małego laptopa, zatapiał wzrok w ekranie.
– Mógłbyś chociaż na czas śniadania odpuścić sobie komputer – upomniała
go matka.
– Wybacz mamo, ale mam sporo nauki.
– Nie przemęczaj się za bardzo – uśmiechnęła się mama.
– A gdzie tata? Nie zje z nami śniadania? – spytała Tiri, zauważając nieobecność
ojca.
– Tata już dawno wyszedł do pracy – odpowiedziała kobieta, również biorąc się
za jedzenie.
– Nigdy go nie ma – zamarudziła Tiri. – Wraca w nocy i wcześnie rano wstaje.
Pracuje nawet w weekendy – powiedziała bardzo głośnym tonem.
– Tiri, dobrze wiesz, że tata ciężko pracuje, żebyśmy mieli pieniądze na wasze
spokojne życie.
– Nie chcę jego pieniędzy – Tiri gwałtownie wstała. – Chcę mieć ojca, a nie maszynę
produkującą monety i papierki – Tiri prawie rozpłakała się oburzona. Uderzyła
dłońmi o blat stołu i oburzona spojrzała na zasmuconą matkę. Widząc, że nie
odpowiada, wybiegła z jadalni. Szybko ubrała buty i zarzuciła na plecy wcześniej
spakowany plecak, który czekał na nią w korytarzu przed drzwiami wyjściowymi.
Dziewczyna zjechała windą na dół, wyszła z bloku, spojrzała w górę na szklane
płyty, w których odbijało się słońce. W górze brzęczało jak w ulu od pędzących
ścigaczy. Tiri skręciła w aleję otoczoną idealnie przyciętym żywopłotem i nisko
skoszoną trawą. Nigdzie nie było żadnego placu zabaw. Na alei panowała cisza,
mimo iż od czasu do czasu mijali ją ludzie. Dziewczyna spojrzała znów w górę,
wchodząc w cień umieszczonej wysoko na palach drogi. Co chwilę dało się słyszeć
szum kół pędzących po asfaltowej nawierzchni. Za jednym z pali daleko od
pięknej alei uklękła. Dłońmi odgrzebała suchą ziemię i liście, wyciągnęła srebrne
metalowe pudełko. Otworzyła je i zabrała kilka małych foliowych woreczków
z białym proszkiem i kilka plastikowych pojemniczków z kolorowymi pigułkami.
Spakowała wszystko do plecaka, a pudełko z powrotem zakopała. Wróciła na aleję
i szła dalej, aż dotarła do metra. Było tutaj bardzo dużo śpieszących się ludzi,
a przedziały pękały w szwach. Tiri stała, trzymała się plastikowego kółka zawieszonego
pod sufitem. Maszyna ruszyła, pędziła z zawrotną prędkością i po kilku sekundach
zatrzymała się na następnej stacji. Po kilkunastu minutach Tiri wysiadła.
Wyszła w górę po schodach, zobaczyła plątaninę dróg biegnących na palach jedna
nad drugą, a kawałek dalej ogromne piętrzące się do nieba wieżowce, każdy o oryginalnej
architektonicznej konstrukcji. Tiri zatrzymała się i spojrzała na budynek
z namalowanym na szybach ogromnym logiem, o treści „Mana” i symbolem hasz
#. Była to siedziba firmy jej ojca. Wiodąca firma branży elektronicznej. Najbardziej
znana w kraju, ale i za granicą nie ma sobie równych. Ojciec Tiri założył ją, gdy
334 335
m i a ł dwadzieścia cztery lata i sprawił, że z małej ciasnej mieszczącej się w jednym
pokoju agencji naprawy sprzętów elektronicznych i usług informatycznych, przerodziła
się w ogromną korporację. Tiri szybko odwróciła wzrok, wściekła i włożyła
ręce do kieszeni, ruszyła brukowanym chodnikiem. Stawiała gwałtowne kroki
i naburmuszona wpatrywała się w ziemię, wpadała na innych przechodniów i nie
zwracała uwagi na słowa krytyki i przekleństwa . Dotarła w końcu do dużego nowoczesnego
budynku pokrytego szkłem, takim samym, jak blok w którym mieszkała.
Była to jej szkoła. Ukradkiem wślizgnęła się do klasy i zajęła miejsce w samym
tyle sali. Do klasy wszedł nauczyciel, sprawdził obecność. Uczniowie byli
jak zwykle zdziwieni obecnością Tiri. Większość nie zauważała, gdy wchodziła do
klasy. Dziewczyna przespałaby prawie całą lekcję, gdyby nauczyciel nie wywołał
jej do tablicy. Niechętnie chwyciła marker i pisząc po białej śliskiej powierzchni
w ciągu kilku chwil, rozwiązała zadanie matematyczne i wróciła z powrotem do
ławki. Kolejne lekcje wyglądały podobnie, zmieniała się tylko treść zajęć. Tiri opuściła
dwie ostatnie godziny, udając się za budynek szkoły do mało uczęszczanego
miejsca obok śmietnika.
– Cześć, masz coś dla mnie? – spytał nieznany jej ani z imienia ani z nazwiska
chłopak.
– To zależy, co byś chciał?
– Chłopak wyciągnął sporą sumę pieniędzy, wsadził Tiri do kieszeni.
Dziewczyna sięgnęła do plecaka i ukradkiem podała chłopakowi z ręki do
ręki woreczek.
– Miło było cię poznać, ślicznotko – pożegnał się i odszedł, chwiejąc się lekko
na nogach.
Później przyszło jeszcze kilka osób. Pod wieczór zjawiła się grupa starszych kolegów
i koleżanek Tiri zabierając całą uskładaną sumę.
– Chodź z nami – odezwała się szefowa gangu.
Cała ekipa ruszyła ulicą, napadając na ludzi, wywracając kosze na śmieci i rozbijając
pałkami szyby samochodów i witryny sklepowe. Tiri robiła to samo co jej
koledzy, aż do momentu, gdy nie pojawiła się policja. Cała grupa rozpierzchła się
w różne strony. Tiri skręciła w ciemną już uliczkę, między budynkami i biegła
na oślep,aż potknęła się o coś. Podniosła się z ziemi, obejrzała siza siebie i zobaczyła
nieprzytomnego chłopaka, któremu dzisiaj sprzedała narkotyk. Jego oczy
wyszły na wierzch, a z otwartych ust lała się piana i krew. Tiri krzyknęła na ten
widok i odsunęła się kilka kroków do tyłu, padła przerażona na kolana. Pierwszy
raz widziała coś takiego. Nagle uświadomiła sobie, że to narkotyk, który mu
sprzedała, spowodował to, co właśnie widziała. Ktoś złapał ją od tyłu za plecak
i postawił na nogi.
– Mam cię zgubo. Twój krzyk cię zdradził. – Policjant zauważył, że Tiri przerażona
patrzyła na chłopaka i nic do niej nie docierało. – Nie łudź się, on już nie
żyje. Zjadł świństwo, którym handlują twoi koledzy i jak mniemam również ty.
Pokaż plecak.
Tiri nadal wpatrywała się w ćpuna. Poczuła jakby serce ją bolało, a oddech stawał
się płytki.
– Zabiłam człowieka – wypowiedziała ledwo słyszalnym głosem.
Policjant przez chwilę nawet jej współczuł, ale zaraz potem popchnął, by szła we
wskazanym kierunku. Z jej plecaka wyciągnął kilka torebek i opakowań i schował
do czegoś w rodzaju szczelnego woreczka. Przez krótkofalówkę wezwał jeszcze
pogotowie. Godzinę później Tiri siedziała na komisariacie i czekała, aż przyjadą
rodzice. Nadal była w szoku. Przed oczami widniał obraz chłopaka. Nie myślała
w ogóle o rodzicach, dopóki się nie zjawili. Tiri dostała od policjanta jabłko i zaczęła
je jeść. Dopiero teraz zauważyła, że był ubrany w moro kurtkę z gwiazdą
w kole na ramieniu i podpisem policja wojskowa ZKG.
– Dlaczego jest pan dla mnie taki miły? Przecież zabiłam człowieka? – spytała.
– Jesteś zbyt młoda, by świadomie i z premedytacją kogoś zabić. Widziałem twoją
reakcję, gdy zobaczyłaś tamtego chłopaka, a to oznacza, że nie jesteś do końca
złą osobą, tylko trochę pobłądziłaś. Przyznaj, nie miałaś pojęcia, co się dzieje
z ludźmi po zażyciu tego świństwa.
Tiri pokiwała głową na znak, że nie wiedziała.
– Jeśli naprawdę jesteś dobrą osobą, nie rób tego więcej. Po drugie, bardziej odpowiedzialną
osobą za śmierć tego chłopaka jest ten, kto to produkuje. Nie przyczyniaj
się do zdobywania mu klientów.
Policjant wstał i wrócił do swoich obowiązków. Tymczasem na komisariat wpadł
wściekły ojciec razem z matką i starszym bratem, wszyscy martwili się o reputację
firmy . W Tiri znowu pojawiła się wściekłość na ojca. Zamiast interesować się nią,
przejmował się firmą. Dziewczyna nie miała zamiaru tego słuchać. Tiri ugryzła
jabłko, a ojciec na ten widok dostał szału i wytrącił jej owoc z ręki, jednocześnie
uderzył w policzek.
– Wiesz, że nie znoszę jabłek! – krzyknął.
– Nie wiem, bo nic o tobie nie wiem! – krzyknęła Tiri i wstała gwałtownie.
– Może gdybym była dla ciebie ważniejsza niż twoja firma, gdybyś częściej był
w domu i spędzał z nami czas, to bym wiedziała – z oczu Tiri polały się łzy, a twarz
poczerwieniała ze złości.
Ojciec zaskoczony był jej wypowiedzią i z miną niewiniątka spoglądał na nią.
Tiri otworzyła drzwi od sali, w której przebywała i pobiegła korytarzem na oślep,
zamknęła oczy od piekących łez. Na końcu korytarza straciła równowagę nie za336
337
uw a zyła, że przed nią były schody. Rozpędzona uderzyła kilka razy o stopnie i wylądowała
na dole, po czym straciła przytomność.
Tiri otworzyła oczy. W pomieszczeniu znowu paliła się żółta żarówka, a ona
leżała na kocach.
– Zemdlałam – pomyślała, dotykając czoła. – Sen z przeszłości – wymamrotała
i sięgnęła po kolejny koc, by się przykryć.
Nagle pomyślała o Samane i miała wrażenie, jakby była gdzieś blisko.
o
Dyrektor dał znak Samane i dziewczyna ruszyła między hangarami i zatrzymała
się na dużym placu pośrodku. Obróciła się, rozglądając dookoła. Dostrzegła
kamerę i spojrzała w nią, tak, by było widać jej twarz, po czym rzuciła metalową
gwiazdkę, rozbijając obiektyw.
– Teraz trzeba liczyć, że się na to złapią – pomyślała i ruszyła dalej przez plac.
Jeden hangar wydał jej się podejrzany. Wyglądał na nowy w przeciwieństwie do
pozostałych. Samane ruszyła w jego kierunku, a nagle brama wejściowa podniosła
się i przed nią ustawiło się pięciu zakapturzonych Tora z mieczami w dłoniach.
Samane sięgnęła ręką do tyłu, dobyła swojego ostrza.
– Ona przyszła do mnie – odezwała się szefowa, wychodząc nagle przed pozostałych
i ruchem ręki rozkazując, by się cofnęli. – Jednak przyszłaś – odezwała się
z ironicznym tonem w głosie. – Jednak na marne, twoja przyjaciółka już nie żyje.
– Liczyłaś, że w ten sposób znów wyprowadzisz mnie z równowagi i stracę nad
sobą kontrolę – odpowiedziała chłodnym i niewyrażającym żadnych uczuć głosem.
Szefowa zaskoczona spojrzała na nią, a po chwili ruszyła, szurając końcem miecza
o betonową nawierzchnię placu.
Samane zamknęła na chwilę oczy, czekała, aż atak ją dosięgnie. Przez ten moment
znalazła Tiri. Była nieprzytomna i słaba, ale żyła. Samane wyczuła ją pod ziemią,
jakieś dwadzieścia metrów od hangaru, z którego wyszła szefowa. Zastanawiała się
teraz, jak przekazać tę wiadomość pozostałym. Na razie musiała walczyć z szefową
i odciągnąć ją jak najdalej od hangaru, by pozostali otoczyli miejsce i weszli do
środka. Miecz szefowej zatrzymał się na tarczy z energii. Samane zrobiła zamach
z prawej strony, ale jej miecz również zatrzymał się na tarczy z energii. Stały teraz
obie w bezruchu, jakby ktoś zamknął scenę w fotografii. Samane zamachem lewej
ręki stworzyła świetlistego ptaka, który odrzucił wojowniczkę Tora kilka metrów
do tyłu. Samane wpadła na pomysł, by otoczyć energią swój miecz. Wyglądało jednak
na to, że szefowa od dawna używała podobnej sztuczki. Jej miecz był teraz otoczony
dymem. Obie dziewczyny wyskoczyły w górę, nacierając na siebie ostrzami,
a światło i czarny dym mieszały się ze sobą, walcząc o większą uwagę właściciela.
Samane znów uderzyła cięciem z prawej, a Szefowa zablokowała atak. Obie bardzo
szybko uderzały w siebie mieczami. Samane przemieściła się, atakując z boku. Szefowa
zrobiła salto nad nią i uderzyła z tyłu, ale Samane przesunęła dłonie do tyłu,
ostrzem osłaniając plecy. Przyklękła na jedno kolano. Ptak z energii zaatakował
Szefową z góry, gdy ta się broniła dymem. Samane odwróciła się na kolanie i z całą
siłą uderzyła w nogi przeciwniczki. Szefowa zaskoczona zdążyła cofnąć jedną nogę
do tyłu, ale druga została odcięta poniżej kolana. Mroczna wojowniczka wydarła
się wniebogłosy z bólu i przewróciła na ziemię, tarzając się z bólu i trzymając nad
miejscem odcięcia. Samane wykorzystała sytuację i zaczęła uciekać. W biegu wpisała
informację dla dyrektora, o miejscu gdzie jest Tiri. Samane już miała minąć
hangary, gdy drogę zastąpili jej Tora z mieczami, a zaraz za nimi kolejni z bronią
laserową.
– O nie – powiedziała Samane do siebie, gwałtownie zatrzymując się. Rozglądnęła
się dookoła i skręciła w prawo, chciała schronić się między pierwszym a drugim
hangarem.
Wszyscy obecni Tora pobiegli za nią. Samane został jeszcze spory kawałek. Gdy
usłyszała dźwięk strzału, odwróciła się i odbiła kilka z nich mieczem. Towarzyszyła
temu jasnozielona poświata. Jeden z napastników dogonił ją i zaatakował
mieczem. Ruszyła na niego, kopiąc na wysokości mostka i jednocześnie odbijając
się od niego w powietrze. Zrobiła salto do tyłu, mieczem odbijając kolejne pociski,
tak, że trafiały w napastników. Jeden z Tora rzucił się na nią i przygwoździł do
ziemi swoim ciałem.
o
Tiri znów zasnęła, a sen jej był o tym, jak leżała w szpitalu po upadku ze schodów
na komisariacie.
– Jak się masz? – spytał znajomy jej już policjant. – Twoi rodzice byli tu chwilę
wcześniej, ale spałaś. Ojciec chyba płakał.
– Nie uwierzę, póki sama nie zobaczę. Jego obchodzi tylko firma, rodzina się
nie liczy – odparła naburmuszona Tiri, gapiąc się w okno szpitalnianego pokoju
i naciągając kołdrę na twarz.
Mężczyzna usiadł na krześle i nie odzywał się. Tiri zaczynało to drażnić, w końcu
ściągnęła kołdrę i odwróciła w stronę mężczyznę.
– Dlaczego pan tu jest? Powiedziałam już wszystko co wiedziałam na komisariacie.
– Nie jestem tu służbowo. Po prostu martwiłem się, czy nic ci nie jest.
Tiri spojrzała na niego zdziwiona.
– Dziwi cię to, prawda?
– Przecież złapał mnie pan i potraktował jak przestępcę, a teraz się martwi.
338 339
– Wiem, że nie jesteś złą osobą. Dlaczego tu przyszedłem? Bo zależy mi na tym,
by jak najwięcej osób na świecie czuło się kochanymi przez kogoś i by nie siali
więcej zła.
Tiri spojrzała na mundur mężczyzny. Na ramieniu przyszyty był okrągły emblemat,
przedstawiający gwiazdę, a poniżej napis policja wojskowa. Tiri dopiero teraz
zdała sobie sprawę z tego, co widzi.
– Co to jest policja wojskowa? – spytała.
– Żyjesz w tym kraju, a nie wiesz, że policja i wojsko są połączone w jedno.
– Więc jednocześnie jest pan też żołnierzem?
– Tak – odpowiedział mężczyzna, zakładając po męsku nogę na nogę.
– Myślałam, że żołnierze są odważni i surowi. Z tego co opowiadali mi znajomi,
lepiej trzymać się od nich z daleka.
Mężczyzna zaśmiał się.
– Dziecinne bajki. Tylko kochający człowiek jest odważny.
Tiri po raz kolejny była zaskoczona zachowaniem mężczyzny.
– Dlaczego został pan żołnierzem?
– Bo chciałem zmienić coś w tym podłym świecie. Nawet jeśli narażam własne
życie, a wiem, że zrobiłem chociaż mały krok ratując jedną osobę, to wiem, że tym
małym gestem zmieniam świat.
– Niech mi pan opowie coś więcej o byciu żołnierzem. Jak nim zostać?
– Po pierwsze musisz dostać się do akademii, jest w niej dużo różnych klas
i specjalności. Ty najlepiej nadawałabyś się na informatyka. Na pewno masz do
tego zdolności.
– Niech pan mówi dalej. – Na twarzy Tiri pojawił się uśmiech, a oczy błyszczały
z zaciekawienia.
Mężczyzna kontynuował rozmowę, opowiadając o swoich misjach i przygodach
w akademii, tych wesołych jak i tych dramatycznych.
o
Samane przygwożdżona do ziemi, próbowała wstać i zrzucić leżącego na niej
Tora, ale gdy udało jej się zrzucić jednego, nadbiegł drugi i znów przygwoździł ją
do ziemi. Przybyli pozostali i Samane już myślała, że się nie uwolni, nagle usłyszała
śmigła helikopterów i strzały z laserowych karabinów. Kilku trafionych Tora
upadło na ziemię, a niektórzy próbowali trafić helikoptery, ale te otoczone były
ochronnym polem siłowym. Samane korzystając z chaosu uwolniła się, uderzyła
głową do tyłu prosto w nos mrocznego wojownika. Wstała i zaczęła ciąć na prawo
i lewo. Kilka razy odrzuciła napastników swoim mieczem. Zamaskowani żołnierze
Królestwa Gwiazdy zjechali z helikopterów po linach i szybko dotarli do Samane,
wystrzelali wszystkich napastników jak kaczki. Ktoś dotknął jej ramienia.
– W porządku? – spytał, a Samane rozpoznała głos pani Sojon.
– Pora na drugą część planu – odezwał się generał Jass i ściągnął na chwilę chustę
z twarzy.
Samane ruszyła za nim razem z pozostałymi w stronę nowego hangaru. Tymczasem
druga ekipa dowodzona przez Ainę, zeszła już do podziemi i przeczesała
wszystkie pomieszczenia w poszukiwaniu Tiri. W chaosie Aina nie mogła precyzyjnie
wyczuć miejsca, gdzie była Tiri i kierowała się wyłącznie informacją od Samane.
o
Tiri kolejny raz śniła, ale tym razem były to szybkie urywki z tego, jak po wyjściu
ze szpitala przepraszała ojca i obiecywała, że już nigdy nie tknie narkotyków.
Ojciec pogodził się z nią i częściej spędzał czas z rodziną. Brat uczył Tiri informatyki.
Popołudniami Tiri odwiedzała miłego pana policjanta, wypytując o coraz
więcej szczegółów. W końcu w wieku piętnastu lat zwierzyła mu się, że chce iść do
akademii. Policjant bardzo się ucieszył, ale i ostrzegał ją przed wieloma niebezpieczeństwami.
Ojciec przyjął wiadomość niezbyt entuzjastycznie. Liczył, że Tiri
podobnie jak Tim, obejmie stanowisko w jego firmie. Nie chciał jednak kłócić się
z córką. Uznał, że jest dorosła, więc niech ma prawo sama o sobie decydować. Poza
tym Tiri przysięgała, że w ten sposób chce odpokutować swoją przeszłość.
Nagle Tiri obudził jakiś hałas. Żółta żarówka zamigotała kilkakrotnie i znów
rozległy się strzały i huki. Osłabiona z trudem wstała i podeszła do metalowych
drzwi, nasłuchiwała, co się dzieje.
– Samane, ona tu jest! – Tiri poczuła jej obecność i doznała szoku. Poczuła nagły
przypływ energii. – Co to jest? – spojrzała na swoje dłonie. – Czuję obecność wielu
ludzi, Dyrektora, Aina i Samane.
Tiri uderzała w drzwi i krzyczała – Wypuśćcie mnie stąd!
o
Samane zatrzymała się.
– Co to jest? – spojrzała w dół na ziemię, jakby coś pod nią było.
Zastygła w bezruchu, a jej źrenice zareagowały.
– Co się dzieje? – spytał dyrektor, a jego głos był przytłumiony przez chustę
naciągniętą na twarz.
– Tiri. Jakaś dziwna energia.
– Obudziła w sobie coś dziwnego – skomentował dyrektor, też coś wyczuwając.
– Przecież to niemożliwe.
– Samane nie mamy teraz czasu. Musimy szybko ją znaleźć, a Tora depczą nam
po piętach – dyrektor popchnął Samane, ale ta mimo że chciała zrobić krok,
zesztywniała. Słyszała krzyki Tiri i czuła jej energię. Była ona o wiele silniejsza
340 341
ni ż dotąd.
– Nie mogę się ruszyć.
Rozległ się dźwięk strzału z karabinu i Samane dostała w plecy. Dopiero to pozwoliło
jej się ruszyć.
– Jesteś cała? – spytał dyrektor.
– Tak, kamizelka mnie ochroniła.
Oboje odwrócili się. Przed nimi z krwawiącą nogą stała szefowa.
– Mój medyk był w stanie zszyć nogę energią – odezwała się wściekła, wskazała
na krwawiącą ranę w miejscu szycia.
Dyrektor uniósł karabin do wysokości policzka i strzelił, ale pocisk odbił się
poświatą na jej tarczy z energii.
Samane lekko dotknęła ramienia dyrektora, chciała, by odłożył broń.
– Proszę. Nie pokona pan jej tarczy.
– Ani się waż z nią teraz walczyć Samane – dyrektor opuścił broń, ale spojrzał
na nią surowym wzrokiem.
Do hangaru wpadło kilku kolejnych Tora z karabinami. Wycelowali w dyrektora,
a Samane osłoniła go tarczą.
– Uciekajcie! – odezwała się Sojon, odciągając Samane i popychając dyrektora
w stronę zejścia do podziemi.
Samane popatrzyła jeszcze na walkę i uderzyła świetlistym ptakiem w sufit. Rozległ
się huk, a potem błysk. Dach zawalił się na wrogów.
– Biegnij Samane! – krzyknęła Sojon, oglądając się na nią przez sekundę – Wystarczająco
nam pomogłaś. Ratuj swoją przyjaciółkę.
Samane ruszyła za dyrektorem i czwórką innych żołnierzy. Z bocznego korytarza
wybiegli kolejni Tora. Samane uderzyła energią w kilkoro z nich, ale czuła,
że to nie było wszystko na co ją stać. Coś blokowało jej energię i to nie z jej winy.
Chwilę później znaleźli Ainę, ale jej ekipa napotkała na wyjątkowo duży opór.
– Jak miło, że dołączyliście – odezwała się sarkastycznie do dyrektora.
– Humor nigdy cię nie opuszcza – odezwał się.
Spojrzeli na siebie, a Aina oddała dyrektorowi swój karabin i spojrzała na uczennicę.
– Samane, użyj iluzji i skontaktuj się z Tiri. Może zna jakąś inną drogę.
Samane kiwnęła głową, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić, usłyszała krzyk dyrektora
oraz Ainy, wokół której wirowała energia. Nagle dostrzegła jak energie
obojga łączą się w jedną, a ich twarze przybrały wyraz jak z fotografii znalezionych
w sklepie z pamiątkami. Oboje ruszyli niczym strzała. Energia Ainy była ostra jak
miecz, rozcinała napastników, a dyrektor żonglował na zmianę dwoma karabinami,
to uderzając kogoś, to strzelając i łapiąc nad głową jednocześnie, to znowu
wirując wokół szyi, ciała i dłoni. Strzały rozlegały się w tak szybkim tempie, że Samane
nie mogła dostrzec, kiedy naciska na spust, wszyscy pozostali stali osłupieni
niecodziennym widowiskiem. Samane nagle otrząsnęła się, przypominiała sobie,
co miała zrobić. Zamknęła oczy i używając iluzji, znalazła się w umyśle Tiri.
Tiri zaskoczona zobaczyła, że jest w białym pokoju, bez żadnych przedmiotów
ani okien, mogła jedynie odróżnić ściany od podłogi i sufitu.
– Znowu jakiś sen – powiedziała do siebie.
– To nie sen Tiri – odezwał się ktoś.
Tiri odwróciła się.
– Samane? – spojrzała zdziwiona na przyjaciółkę.
– To nie sen Tiri, tylko moja iluzja. Jesteśmy tutaj naprawdę, ja też, ale Tora zagrodzili
nam drogę i musisz nam pomóc. Znasz może inną trasę? Jak dotrzeć do
miejsca, w którym jesteś?
– Samane, ja chciałam cię przeprosić, że ci nie ufałam – Tiri miała łzy w oczach.
– Rozumiem Tiri – Samane przytuliła się do niej – nie czas teraz na to, podaj trasę.
– Gdy mnie tutaj ściągnęli, zaraz pierwszego dnia posadzili mnie do komputera,
bym coś dla nich zrobiła. O tym, czego się dowiedziałam, opowiem ci jak się stąd
wydostanę. Mapę znajdziesz w mojej głowie, ale sama musisz odnaleźć swoją pozycję
na niej.
Tiri wyobraziła sobie mapę, a Samne udało się ją przechwycić.
– Trzymaj się Tiri. Niedługo cię znajdziemy.
Samane otworzyła oczy.
– Więc gdzie teraz, panno Sejom? – zapytał jeden z żołnierzy, a Samane była
tym zaskoczona.
– Generał Jass i Aina powiedzieli nam, że nas poprowadzisz – odezwała się jakaś
zamaskowana kobieta.
Samane zrozumiała, o co chodzi. Dyrektor jej o tym nie powiedział, ale dobrze
wiedzieli, że szybko domyśli się, co ma robić.
– W prawo– zawołała Samane i pędem pobiegła ciemnym ledwo oświetlonym
korytarzem.
Pozostali biegli za nią. Co chwilę odtwarzała w głowie mapę, którą dała jej Tiri.
– Taki był plan dyrektora – myślała – oni będą próbowali się przebić z jednej
strony i napotkają na opór, a wtedy my niepostrzeżenie pobiegniemy inna trasą.
Później dołączą do nas od drugiej strony, zapewniając czystą drogę ucieczki.
Samane uśmiechnęła się lekko. Czuła energię Tiri coraz bliżej, ale przed nimi
pojawili się też kolejni Tora. Samane od razu wyczuła, że to pozostałości. W porównaniu
z szefową i tymi, z którymi walczyła na górze, były to niewiele war342
343
te p łotki.
– Co robimy? – spytał żołnierz.
– Strzelajcie. Są mało groźni.
Samane utworzyła tarczę z energii, przez co nikt z towarzyszących jej ludzi nie
oberwał. Gdy wszyscy padli, została tylko jedna osoba.
Samane zaciekawiła się dwunastoletnią podobną do Lyry dziewczynką.
Już miała ją zaatakować, gdy ta się odezwała:
– Pożałujesz, że rozcięłaś mojej siostrze nogę – wyciągnęła miecz i ruszyła na Samane,
z powodu tarczy strzały z karabinów jej nie dosięgały.
– Osłaniajcie mnie – odezwała się do towarzyszy i gwałtownie ruszyła do przodu.
Świetlisty ptak uderzył dziewczynę, a potem ona rozcięła jej brzuch mieczem.
Dziewczynka z krzykiem upadła na ziemię i straciła przytomność.
Samane szybko odwróciła wzrok, bojąc się, że wrócą skojarzenia ze śmiercią
Lyry.
– Jednak wojownicze klany są niezastąpione – odezwał się żołnierz, klepiąc Samane
po ramieniu.
– Szefowa pewnie właśnie się wścieka – pomyślała. – należy jej się. Nie będę płakać
nad tymi, którzy służą czarnej ki. Przez moment jeszcze zastanawiała się, czy
dobrze zrobiła. Świadomość tego, co zrobiła, powoli do niej docierała. Potrzepała
głową na boki, a potem uderzyła się pięścią w czoło.
– Nie mogę teraz o tym myśleć – pomyślała.
Ekipa pobiegła dalej i skręciła w lewo.
Samane spróbowała znów użyć iluzji.
– Tiri, odsuń się od drzwi – powiedziała i gdy otworzyła oczy, omal nie przepadła
przez jakąś nierówność w podłodze. – Strzelajcie w te drzwi! – krzyknęła
i skupiła energię w dłoni, stworzyła kolejnego ptaka, uderzając nim równocześnie
ze strzałami z karabinów.
Drzwi zgięły się od jej energii, a strzały zniszczyły zamek. Rozległ się głośny huk,
aż Samane przez moment słyszała tylko pisk w uszach.
– Tiri? – powiedziała do nieprzytomnej przyjaciółki. – Tiri – odezwała się znowu
i nachyliła się nad nią.
– Samane. Jednak po mnie przyszłaś – wymamrotała i znów straciła przytomność.
Wojowniczka nachyliła się nad nią i przyłożyła dłoń, przekazała jej trochę swojej
energii.
– Nie rób tego – odezwał się ktoś, łapiąc za kaptur i odciągając do tyłu.
Samane zobaczyła Aine.
– Oszczędzaj swoją energię na wyjście stąd.
Aina zabrała Tiri i przerzuciła ją przez bark.
– Wszyscy cali? – odezwał się dyrektor,który nadbiegł z przeciwnej strony niż
przyszła Samane. W rękach nadal miał dwa karabiny.
Dziewczyna kiwnęła głową.
– Dobra robota Samane. Wiedziałem, że sobie poradzisz.
Z obu stron dało się słyszeć kroki nadbiegających Tora.
– Niewielu ich już pozostało, ostatni, z którymi walczyłam to płotki – skomentowała
Samane.
– Co teraz robimy? – spytał jeden z żołnierzy, który wcześniej towarzyszył Samane.
Dyrektor spojrzał w prawo i w lewo.
Wpuśćmy ich na siebie. Niech się nawzajem pozabijają – zaproponował dyrektor.
– Jak chcesz to zrobić? – zdziwiła się Aina, patrząc raz w jedną raz w drugą stronę.
Tora byli coraz bliżej.
– Samane, przebierzesz się?
– Że co? – Samane w pierwszym momencie zaczerwieniła się i złapała za ramiona
w geście zawstydzenia.
Aina zdzieliła ją lekko ręką w głowę.
– Masz ukraść płaszcz Tora – wyjaśniła Aina, lekko wkurzona. – Wiem, że Jass
jest przystojny i niejedna nastolatka w akademii za nim szaleje, ale ta pozycja na liście
jest już zastrzeżona.
Samane zrobiła jeszcze bardziej zawstydzoną minę, a słowa Ainy ją zszokowały,
bo zdała sobie sprawę, że Aina i dyrektor są parą. Aina drugi raz zdzieliła Samane
w głowę i dopiero teraz dziewczyna otrząsła się i rozejrzała. Z prawej strony
nadbiegło dwóch Tora. Dyrektor zaczął do nich strzelać, rzucił Ainie z powrotem
jej karabin. Przyklęknął na jedno kolano. Obaj Tora bronili się tarczą z energii.
Samane podbiegła w ich stronę i wyskoczyła, odbijając się ręką od ramienia dyrektora,
zrobiła wiatrak i kopnięciem trafiła pierwszego Tora, a drugi popchnięty
upadł na ziemię. Samane uderzyła w obu świetlistym ptakiem i stracili przytomność.
Być może nie żyli, ale nikt nie miał czasu tego sprawdzać. Samane ściągnęła
płaszcz jednego z nich i ubrała na siebie. Drugi zabrała Aina, a Tiri zaopiekował
się zaufany żołnierz.
– Wrogowie, pokażcie się. Już ja was znajdę! – wykrzyczała Samane, udając
głos Szefowej.
Tora stali osłupiali, nie rozumieli, co się dzieje.
– Wrogowie przebrali się za naszych. Zabijcie ich!
Samane rzuciła się na pierwszego z przodu Tora, a pozostali uznali to za zdradę
344 345
i r z ucili się na niego. Niektórzy zorientowali się, że coś jest nie tak i w końcu zaczęli
atakować siebie nawzajem.
Samane uśmiechneła się i razem z Ainą korzystając z zamieszania, pobiegły
w drugą stronę. Samane znowu podrobiła głos szefowej i wywołała takie samo zamieszanie.
Żołnierze Gwiazdy razem z Ainą, dyrektorem, Samane i nieprzytomną
Tiri na plecach schowali się w pomieszczeniu, do którego wcześniej Szefowa przyprowadziła
Tiri. Wszędzie było pełno komputerów.
Tiri ocknęła się.
– Gdzie jesteśmy?
– Niestety nadal w podziemiach – odezwał się do niej dyrektor. – Jak się czujesz?
Tiri spojrzała na swoje dłonie i o własnych siłach wstała.
– Byłam słaba, ale teraz czuję się nadzwyczaj dobrze, jakbym miała niewyobrażalnie
dużo siły.
Samane i Aina spojrzały na nią. Dziewczynę znów otaczała ta sama energia
co wcześniej.
– Tiri, co to jest? – Samane była zaskoczona.
– Tiri przekroczyła swój limit i obudziła ukrytą energie – skomentowała Aina.
– Przecież nie pochodzi z wojowniczego rodu. – Samane obie sprawy nie kleiły
się ze sobą.
– Samane,pamiętasz zajęcia? Było mówione, że także w innych regionach używano
ki. Każdy ma w sobie iskry.
Samane nagle olśniło.
– Dlaczego tutaj jesteśmy? – spytała Tiri, rozglądając się po pomieszczeniu i rozpoznając
je.
Na stole leżały jej kostki. Schowała obie szybko do kieszeni.
Samane dostrzegła ten ruch i lekko się uśmiechnęła, ale nikomu o niczym nie
powiedziała. Wiedziała, że Tiri wymyśliła jakiś plan, ale jeśli się stąd niewydostaną,
to i tak nie dojdzie do skutku.
– Czekamy, aż tamci nawzajem się pozabijają – wyjaśniła Aina, przysłuchując się
odgłosom za drzwiami.
– Nie musimy czekać – odpowiedziała Tiri i przeszła na koniec pomieszczenia,
gdzie stała stara, trochę zgniła szafa. Otworzyła drzwi, a zamiast nich pojawiła
się czarna otchłań, jakby nieoświetlony korytarz. Czuć było stęchlizną, a dookoła
wisiały gęste firanki z pajęczyn.
– Skąd wiedziałaś? – dyrektor był wyraźnie zaskoczony.
– Kazali mi szukać planów szkoły. Trochę mnie to zastanawiało i poszukałam
także planów tego miejsca. Tora nie mają pojęcia o tym tunelu. Więc możemy im
się zmyć sprzed nosa niezauważalnie. – Tiri aż uśmiechnęła się na samo wyobrażenie
miny szefowej, gdy zorientuje się, jak im uciekli.
– Dokąd prowadzi ten korytarz? – spytał dyrektor wyraźnie zaskoczony odkryciem.
– Do akademii – odpowiedziała Tiri i zachwiała się.
Samane złapała ją i poczuła, jakby energia Tiri i jej połączyły się w jedno.
Aina dostrzegła to, ale nic nie mówiła. Dyrektor z kolei stał jak osłupiały, nie
mógł uwierzyć, że nie miał pojęcia o tunelu prowadzącym stąd do akademii.
Tiri poczuła się lepiej, gdy Samane ją złapała.
– Możemy wyjść wcześniej. Za dwadzieścia metrów powinien być właz.
Rozległo się uderzenie w drzwi, a zaraz potem ktoś na zewnątrz upadł na ziemię.
Wszyscy aż podskoczyli, odwrócili się i unieśli broń. Samane wyciągnęła miecz
i uniosła do gardy.
Przez sekundę stali w napięciu, ale do środka nikt nie wszedł.
– Pośpieszmy się – ponagliła Aina, wyciągając z kieszeni latarkę.
– Zaczekajcie chwilę – Odezwała się Tiri, podbiegła do komputerów. – Zostawię
im mały prezent – uśmiechnęła się z satysfakcją i kliknęła kilka razy w coś na klawiaturze.
– Możemy iść. Dosłownie, gdy od wewnątrz zamknęli drzwi szafy, do
pomieszczenia wpadła szefowa. Spojrzała na ekrany i na wszystkich wyświetlał
się ten sam czerwony komunikat: Wszystkie dane zostały usunięte. Szefowa krzyczała
ze złości, miotając przekleństwami najpierw w stronę Tiri, a potem Samane.
Dziewczyny przebijając się przez pajęczynę, zdążyły jeszcze to usłyszeć i obie zaśmiały
się.
o
Światło latarki było zbyt słabe, by oświetlić wszystkim drogę. Dyrektor i kilku
żołnierzy miało latarki przy karabinach, ale , jaka panowała w tunelu, wydawała
się pochłaniać całe światło. Co chwilę ktoś się potykał o dziury w spękanej podłodze.
Samane szła pierwsza, przecinając mieczem pajęczynę.
– Dlaczego tu jest tak ciemno? – spytała Tiri. – Przecież latarki mocno świecą –
dziwiła się.
– Podziemia to najlepsze miejsca dla Tora, bo bez dostępu światła mogą gromadzić
większe ilości czarnej ki, czyli potocznie mówiąc dymu – wyjaśniła Samane,
rozcinając mieczem kolejną firanę. – Dlatego jest tutaj tak ciemno i jeśli szybko
stąd nie wyjdziemy, dym nas udusi i zabije.
– I ty mi to dopiero teraz mówisz! – Tiri przeraziła się.
– Jakoś nie widać po tobie, by coś ci się działo – zauważyła Samane.
– I co z tego? – Tiri znów zrobiła się naburmuszona, a Samane uśmiechnęła się.
– Co cię tak bawi? – odparła złośliwie Tiri.
– Nie zauważyłaś jeszcze, że wszyscy chronią się energią przed dymem. Nawet ty.
346 347
T iri rozglądnęła się na boki i do tyłu, a potem spojrzała na swoje ręce.
– Można to robić nieświadomie? – zdziwiła się.
– Po dłuższym treningu przychodzi to samo intuicyjnie, ale po tobie się tego
nie spodziewałam.
Przez kolejną chwilę panowała cisza. Rozlegające się co jakiś czas dudnienie i ciche
odgłosy strzałów świadczyło o tym, że na górze nadal toczy się bitwa. Samane
miała tylko nadzieję, że pani Sojon żyje.
– Tiri daleko jeszcze do tego włazu? – spytała Aina, oglądając się na pozostałych
żołnierzy, którzy po trochu zaczynali się krztusić i tracić oddech.
– Powinien być już za chwilę – odpowiedziała, nie zwracając na pozostałych
uwagi.
Samane widziała jednak, że za długo idą przez dym, a pozostałe nieznane jej
z imienia i nazwiska osoby miały mniejszą anergię i nie były już w stanie się bronić.
– Dobrze, że nie idziemy do akademii, bo na pewno by tu umarli. – pomyślała.
– Może to pomoże – powiedziała i skupiła w dłoni dużo światła.
Dotknęła drugiej dłoni i wykonała dziwny gest, jakby przekładała ze sobą dłonie
i wykręcała nadgarstki w różne strony. Przesunęła dłonie tak, że światłem narysowała
spiralę. Skupiła jeszcze więcej energii w dłoniach, która przybrała formę
dwóch ptaków. Samane dołączyła okrzyk, a dwa nieduże ptaki poleciały do przodu
po spiralnym torze. Towarzyszył temu silny rozbłysk światła. Pajęczyny rozpuściły
się, a dym zniknął. Czuć było inne powietrze, a i latarki świeciły teraz jak trzeba.
Aina po raz kolejny patrzyła na to zdziwiona. Widziała już, jak energia Samane
przybiera postać świetlistego ptaka i skojarzyła tą umiejętność z pewną znajomą
osobą, ale widoczny przed momentem atak był autorską techniką kogoś bliskiego.
Aina nie mogła pojąć, gdzie Samane się tego nauczyła.
– Jak to zrobiłaś? – spytała.
– Podkręciłam energię – odpowiedziała zadowolona, że się udało i pomysł przyniósł
oczekiwany efekt.
– Tyle się domyśliłam, ale gdzie się tego nauczyłaś?
– Nigdzie. Przyszedł mi teraz taki pomysł do głowy.
Dyrektor spojrzał na pozostałych. Wyglądali na zmęczonych. W końcu zużyli
sporą ilość swojej energii, by się ochronić.
– To tutaj – zawołała Tiri, podchodząc do ściany, na której były metalowe
pordzewiałe, a gdzieniegdzie porośnięte mchem schody. Gdzieś z góry kapała
woda, zlewając się po ścianie szybu. Aina przyświeciła w górę latarką.
– Jesteśmy tak głęboko? – skomentowała – przecież schodziliśmy tylko jeden
poziom pod ziemię.
– Widocznie korytarz jest wykopany pod kątem w dół – dyrektor również przyświecił
swoją latarką.
– Właz będzie pewnie zamknięty. Jak się wydostaniemy? – Martwił się żołnierz.
Pójdę pierwsza i sprawdzę, jak daleko musimy się wspiąć i w razie czego spróbuje
otworzyć go, uderzając atakiem ducha – zaproponowała Samane i popatrzyła
w górę.
– Dobrze idź, ale uważaj na siebie – dyrektor spojrzał jej w oczy, jakby chciał
powiedzieć, nie wpakuj się w kłopoty.
Samane kiwnęła głową i zaczęła wspinać się do góry po drabinie. Czuła, jak co
chwilę spadały jej na głowę i ręce krople wody. Szczeble były mokre, a z powodu
mchu ciężko było się utrzymać. Nagle zauważyła w górze światło i kraty. Woda
zlewała jej się za ubranie, powodując nie przyjemne uczucie. Spojrzała w dół i zobaczyła
ciemność. Spojrzała znów w górę, wspinając się na kolejny szczebel. Nie
zdążyła postawić stopy, gdy ręka zjechała jej ze szczebla. Zakrzyczała, czując jak
spada w dół. Po chwili znów znalazła się w ciemności.
– Tylko nie panikuj – pomyślała, a pęd powietrza uniósł jej włosy w górę.
W ciągu kilku sekund gorączkowo próbowała coś wymyślić. Łapała się szczebla,
ale nie mogła go ani dosięgnąć, ani wyczuć w locie machając ręką na oślep.
– Cholera zabiję się – powiedziała cicho.
Próbowała wyhamować rozpychając się rękami i nogami na boki, ale ściany szybu
były za szerokie i śliskie. Przypomniała sobie o metalowych gwiazdkach do rzucania,
które miała w kieszeni. Niektóre z nich miały bardzo mocne żyłki. Sięgnęła
i rzuciła jedną z nich wbijając w ścianę, ale pęd był zbyt duży i gwiazdka wyrwała
się ze ściany. Samane sięgnęła po kolejną i nim pierwsza odpadła, wbiła drugą, ale
i w tym przypadku skończyło się podobnie jak przy pierwszym podejściu.
– To moja ostatnia szansa – powiedziała, czując, że zaraz uderzy o ziemię,
a w kieszeni zostało jej już tylko pięć gwiazdek z żyłkami. Rzuciła wszystkie naraz
w różne strony. Cztery wbiły się w ściany i trochę wyhamowały jej spadanie, ale
przy szarpnięciu wszystkie znowu odpadły. Samane próbowała złapać się szczebla,
ale znów chybiła. Piąta gwiazdka zaplątała się na szczeblach. Żyłka przygwoździła
gwiazdkę do metalu, owijając się wokół niej. Kolejne szarpnięcie spowodowało,
że Samane zawisła, a ułamek sekundy później mocno uderzyła w ścianę. Krzyknęła
z bólu. Czuła jak ostre odstające kamienie wbijają jej się w plecy. Na szczęście
kamizelka ochroniła ją przed zranieniem. Już miała odetchnąć, gdy linka od
nacisku rozcięła się na ostrej krawędzi gwiazdki i Samane znów poczuła, jak spada.
Wysunęła rękę, którą kilkakrotnie uderzyła w szczeble. Samane zacisnęła zęby
z bólu i bolącą ręką na chybił trafił złapała się jakiegoś szczebla, by kolejny raz
się nie zsunąć, zacisnęła palce najmocniej jak mogła, a szarpniecie spowodowało,
348 349
że z abolały ją zarówno stawy jak i mięśnie w całym ramieniu. Wymacała stopą
szczebel i chwyciła się drugą ręką, dając pierwszej odpocząć.
– Samane, jesteś cała? – zmartwiła się Aina słysząc jej krzyki.
– Poślizgnęłam się i spadłam, a potem uderzyłam w ścianę, ale już wszystko ok.
– Jesteś ranna? – spytał dyrektor .
– Chyba nie, ale za to obolała.
Samane odetchnęła z ulgą, czuła, że ma oparcie pod obiema stopami.
– Jak sytuacja? – spytała teraz Aina.
– Na górze jest krata. Nie wiem, czy jest zabezpieczona, bo nie udało mi się
tam dotrzeć. Szczeble są bardzo śliskie, ciężko się utrzymać, a ze ściany wystają
ostre kamienie.
– Ruszamy! – zawołała Aina – ale powoli i ostrożnie. Jeśli jeden spadnie, polecą
wszyscy poniżej. Najpierw Tiri.
Samane słysząc, że pozostali wchodzą na drabinę, zaczęła znowu się wspinać.
Tym razem robiła to wolniej i uważniej. Gdy dotarła do miejsca, w którym się poślizgnęła,
zatrzymała się i zanim chwyciła kolejny szczebel, dokładnie sprawdziła,
jaki jest i gdzie najlepiej się złapać. Spojrzała znowu w dół i dostrzegła Tiri.
– Uważaj. Tutaj spadłam.
Tiri mruknęła na znak, że rozumie. Samane ruszyła w górę i w końcu dotarła
do kraty. Słyszała teraz bardzo wyraźnie strzelanie i odgłosy walki. Sięgnęła ręką
przez kratę, szukając jakiegoś zamka czy zabezpieczenia, ale niczego takiego nie
było. Nie mogła też użyć świetlistego ptaka, bo energia bez oporu po prostu przeleciałaby
przez kraty.
– Nie ma zamka! – zawołała w dół. – Energią też nic nie wskóram.
Dyrektor słysząc Samane, sięgnął ręką do kieszeni w kurtce i podał Ainie coś, co
wyglądało jak marker do pisania.
– Nie żartuj, że nosisz to ze sobą – zdziwiła się Aina i podała przedmiot Tiri.
– Co to? – spytała Samane, odbierając przedmiot od przyjaciółki.
– To laser o dziesięciokrotnie większej mocy niż w karabinie. Obchodź się z nim
ostrożnie – wyjaśnił dyrektor.
Samane przeraziła się, ale od razu wzięła się do roboty, wciskając przycisk. Czerwony
laser ciął każdy pręt kraty po kolei. Towarzyszyły temu iskry i poświata oraz
swąd spalenizny. Gdy zostało kilka prętów, Samane zebrała energię w mięśniach
dłoni i z okrzykiem odrzuciła kratę na bok. Głośny dźwięk zwrócił uwagę walczących
przy hangarach Tora. Samane wygramoliła się na górę, pomagając Tiri wyjść.
Niebo było zachmurzone. Lekka mżawka przerodziła się w deszcz. Od tej strony
otaczał ich nisko ścięty zielony trawnik. Nie było żadnych drzew ani krzaków,
za którymi można byłoby się ukryć. Samane usłyszała, że ktoś nadbiega. Dobyła
miecza z pochwy na plecach i odbiła pierwszy strzał.
– Tiri, schowaj się za mną! – krzyknęła, cały czas patrząc na nadbiegających przeciwników.
Aina i dyrektor zaraz po wyjściu ściągnęli z pleców karabiny i przyklękając zaczęli
strzelać, zdejmując przeciwników jeden po drugim.
– Samane wycofaj się! – rozkazał jej dyrektor.
Samane miała ochotę dalej walczyć, ale pamiętała, jak dyrektor mówił jej,
że w czasie całej akcji ma słuchać rozkazów i nie działać na własną rękę. Patrząc
cały czas przed siebie, zrobiła kilka kroków do tyłu, stając za dyrektorem i pozostałymi,
którzy klęczeli na jednym kolanie i strzelali.
– Samane, Tiri w dół. Jesteście łatwym celem! – zawołał dyrektor, nawet się
na nie nie oglądając.
Mimo wszystko co jakiś czas Samane musiała odbijać strzały, by nie trafiły
w Tiri. Samane odnosiła wrażenie, że wrogowie najbardziej celują właśnie w nią
i przyjaciółkę.
– Musimy dostać się do pozostałych. Jass wezwij helikoptery, niech osłaniają nas
z góry – zawołała Aina.
Dyrektor kliknął w guzik na zegarku i wypowiedział kilka niezrozumiałych
z powodu hałasu słów.
Samane dosłyszała jedynie, potrzebujemy wsparcia, a potem wyłapała słowo
północ i hangar.
Aina zdjęła pięciu napastników, a dyrektor kolejnych pięciu. Nadbiegło jeszcze
czterech.
– Ruszamy – krzyknął dyrektor i ekipa pędem ruszyła w stronę hangaru, gdzie
toczyła się bitwa.
Samane coś zaniepokoiło i oglądnęła się za siebie. Z tyłu ścigało ich kolejnych
pięciu. Ich broń na razie ich nie dosięgała.
– Mamy ogon! – krzyknęła, a Tiri potknęła się i upadła na ziemię. Samane szybko
zasłoniła ją swoim ciałem, odbijając mieczem pociski. Wymachiwała ostrzem
na wszystkie strony z coraz większą prędkością i czuła, że długo tak nie pociągnie.
Żołnierze zostawili ich, ale Aina i Dyrektor już nadbiegali im z pomocą. Pierwszy
z napastników zbliżył się do Samane na odległość metra. Dziewczyna rozcięła jego
karabin mieczem, a ten wściekły uderzył ją jedną z części w głowę. Samane przewróciła
się do tyłu na ziemię i poczuła, jak wszystko wokół niej wiruje. W głowie
słyszała tylko szum. Przez mgłę dostrzegła znajomą twarz Ainy. Pani generał przyłożyła
dłonie do jej głowy i ból ustał, a wzrok na powrót się wyostrzył.
– Czemu nie używasz tarczy głuptasie? – upomniała ją Aina.
– Wszystko za szybko się działo – odpowiedziała Samane, podnosząc się i łapiąc
350 351
za g łowę.
Nagle dostrzegła nad sobą helikopter, a chwilę potem nad hangary nadleciało
jeszcze kilka. Samane dostrzegła pozostałych żołnierzy i grupę Sojon biegnących
do helikopterów. Na każdym z nich zawieszona była dalekosiężna broń. Wszyscy
Tora padali na ziemię po kolei, a gdy Sojon zameldowała, że wszyscy są poza
hangarem, rozległ się szum wylatującej rakiety, a potem huk wybuchu. Samane
zakryła uszy, czując na sobie silny podmuch. Dyrektor strzelił do ostatniego z tej
strony Tora, po czym rzucił się na Tiri, przygwożdżając ją do ziemi i zasłaniając
własnym ciałem.
– Nic ci nie jest? – spytał, gdy wszystko ucichło.
– Nie – odparła cicho lekko oszołomiona, tym co się stało.
Samane i Aina wstały, podbiegły do dyrektora i Tiri. Helikopter wisiał kilka metrów
od nich i teraz zniżał się powoli w dół, aby mogli do niego wsiąść. Aina już
miała postawić nogę na płozie, gdy od tarczy z jej energii odbił się laserowy pocisk.
Wszyscy obejrzeli się. W ich stronę szło dziesięciu niedobitków Tora z kulejącą
szefową na czele. Co niektórzy mieli nogi bądź ręce przewiązane bandażami,
a większość gdzieś straciła swoje czarne płaszcze i teraz było widać, że niektórzy
napastnicy z karabinami w ręku mieli od dwunastu do dwudziestu lat.
– Dzieciaki – dyrektor zacisnął zęby z wściekłości i trzymając karabin przy oku
zastanawiał się, czy strzelić czy nie. Szefowa dobiegła pierwsza do helikoptera i zaatakowała
Tiri. W trakcie jej biegu nie padł żaden strzał, ale gdy tylko Tiri cofnęła
się, ledwo unikając ostrza Szefowej, rozpoczął się ostrzał. Pociski odbijały się od
pola ochronnego helikoptera. Szefowa zamachnęła się kolejny raz.
– Nie mam jak atakować. Przecięłabym Tiri – pomyślała Samane i wmieszała
się między nie. Ostrze szefowej zatrzymało się na tarczy z energii. Aina i dyrektor
zajęci byli strzelaniem do nadbiegającej bandy dzieciaków. Mimo iż niezbyt im się
to podobało, nie mieli innego wyjścia, jeśli chcieli wyjść z sytuacji cało. Co jakiś
czas spoglądali na to, jak radzi sobie Samane.
– Zabiję was obie! – krzyknęła Szefowa, robiąc zamach z góry. Samane sparowała
atak, ustawiając ostrze w poziomie nad głową.
– Teraz to ty nie panujesz nad sobą. Widzisz, role się odwróciły. Teraz to ja z łatwością
odczytuję twoje ruchy. A twój dym nie jest w stanie się nawet pojawić.
– Samane czuła się górą w tej sytuacji. Szefowa nie potrafiła teraz kontrolować
dymu. Jedynie jej tarcza jeszcze się trzymała. Dodatkowo nadal kulała na przyszytą
za pomocą energii nogę.
Tiri stała za Samane. Z boku nadbiegł inny napastnik, jeszcze w płaszczu, ale
dosyć mocno potarganym i z nożem w ręce, rzucił się na Tiri. Samane dostrzegła
napastnika kątem oka i miała coś z tym zrobić, ale szefowa skorzystała z okazji
i rzuciła się na Samane, łapiąc ją za nogi. Samane straciła równowagę i leciała do
tyłu na Tiri. Aina chciała strzelić, ale zmieniła zdanie, gdy uznała, że zrobi krzywdę
dziewczynom. Nie czuła się na siłach ryzykować. Wiedziała, że nie potrafi tak
precyzyjnie strzelać, poza tym prosto na nią nabiegało trzech napastników, więc
musiała skierować lufę w inną stronę i przez moment nie myśleć o dziewczynach.
Liczyła tylko, że Samane ochroni się tarczą z energii. Samane obróciła w dłoni
miecz i w odwrotnym chwycie zadała cios w jednej linii, najpierw szefowej, a potem
napastnikowi. Tarcza Szefowej rozproszyła się, a napastnik zraniony upadł
na ziemię. Samane zeszła z Tiri, oglądając się, czy jej nie zraniła. W tym momencie
szefowa znów zaatakowała mieczem, a Tiri tak się przestraszyła, że jej przebudzona
energia dała o sobie znać. Samane znów temu nie dowierzała, ale zrobiła jeszcze
większe oczy, gdy Tiri wstała i uderzyła Szefową elektryczną błyskawicą. Aina
kątem oka dostrzegła, co się dzieje i była w lekkim szoku. Nadal jednak musiała
skupiać się na tym, co działo się przed nią. Samane osłupiała, patrzyła jak szefowa
nieprzytomna upada na ziemię.
– Nie wierzę – skomentowała, zbliżając się do Tiri – dopiero co obudziłaś energię,
a już pojawił się talent.
– Co to oznacza? – Tiri spojrzała na swoje dłonie, a potem na nadbiegających
przeciwników.
– Wyjaśnię ci innym razem. Teraz nie czas na to – uśmiechnęła się Samane z satysfakcją
– mam pewien pomysł, ale potrzebuję twojej pomocy.
Tiri spojrzała Samane w oczy.
– Co mam zrobić?
– Dasz radę jeszcze raz użyć błyskawicy?
– Nie wiem, ale spróbuję.
Dziewczyny ustawiły się obok siebie i chwyciły za prawe dłonie. Spojrzały przed
siebie. Samane utworzyła w dłoni światło, a Tiri błyskawice. Naraz z okrzykiem
zaatakowały, a świetliste ptaki otoczone błyskawicami ruszyły całą chmarą, powalając
większość napastników. Pozostałe osoby ruszyły na nich z impetem.
– Kończy mi się amunicja – zawołał dyrektor, zmieniając magazynek z energią
potrzebną do wygenerowania laserowego strzału.
– U mnie tak samo – odparła Aina i opuściła karabin po ostatnich strzałach.
Dyrektor trafił jeszcze dwóch napastników, ale kolejni unikali strzałów, a dyrektor
ciągle pudłował, marnując ostatni magazynek. Tiri zmęczona upadła na kolana,
schowała się za Samane, która raz po raz rzucała świetlistymi ptakami. Tylko
ona była teraz w stanie coś zrobić. Kolejnych dwóch upadło. Pozostało jeszcze
trzech. Samane myślała, że to koniec, ale nagle pojawiła się dziesiątka nowo przybyłych
wrogów.
352 353
– Wezwali dodatkowe wsparcie – zauważył dyrektor.
Samane dysząc ze zmęczenia, desperacko próbowała trafić pozostałą trójkę, ale
jej ataki były coraz słabsze. Padła na kolana i fartem strąciła jednego zakapturzonego
chłopaka.
– Do helikoptera szybko – powiedziała Aina – teraz mamy szansę.
Kobieta przesunęła drzwi helikoptera i wgramoliła się do środka. Dyrektor dobiegł
do helikoptera i już miał wsiąść, gdy oberwał w ramie. Pocisk rozciął kurtkę
i głęboko rozciął skórę i to co pod nią.
Dyrektor jęknął z bólu, upuszczając na ziemię karabin.
– Jass! – krzyknęła Aina z rozpaczą w głosie.
Nagle nad nimi przeleciał drugi helikopter, a w środku na podłodze leżał ktoś
o potrzepanych włosach i z snajperskim karabinem na podstawie. Rozległ się
dźwięk strzału. Jeden za drugim celnie trafiały w kolejnych przeciwników. Ani
jeden strzał nie został spudłowany.
– Akelai, spadłeś nam z nieba – odezwała się Aina do mikrofonu zaczepionego
przy uchu.
Jeden Tora podbiegł do Samane. Dziewczyna chwyciła za jego karabin i przewracając
się na plecy, kopniakiem podbiła do góry i rzuciła w bok. W rękach pozostał
jej karabin.
Nie do końca wiedziała, co z nim zrobić i jak go używać. Jedynie wiedziała,
że jak naciśnie na spust, to strzeli. Nie wiedziała nawet, jak strzelać. Odruchowo
nacisnęła na spust i trafiła drugiego.
Spojrzała przed siebie, zobaczyła, jak Akelai trafia w każdego po kolei. Gdyby
tylko wiedziała, jak się tego używa. Dziadek nigdy jej tego nie nauczył. Powiedział,
że to zbyt niebezpieczne dla młodej osoby. Pozwolenie na broń i tak było przyznawane
dopiero od osiemnastego roku życia.
– Muszę coś wymyślić – Myślała.
– Przyłóż oko do lunety – zawołał dyrektor, widząc, że Samane nie wie, co zrobić.
– Przyklęknij i celuj tam, gdzie masz muszkę. Samane spojrzała przez lunetę
i dostrzegła napastników o wiele bliżej niż normalnie. Dostrzegła mały czarny
punkt na końcu lufy. Wycelowała i przez moment skupiła się tak, jak na zajęciach
ze strzelania z łuku. Uspokoiła oddech. Dźwięki wokół ucichły. Była tylko ona
i broń.
– Jestem samotnym strzałem – szepnęła do siebie i nacisnęła spust, trafiając prosto
w serce wroga. Wycelowała i nacisnęła kolejny raz, ani razu nie pudłując i trafiając
dokładnie tam, gdzie chciała.
– Jest tak samo dobra jak Akelai – skomentowała z podziwem Aina, a dyrektor
przytaknął, przytrzymując dłonią krwawiącą ranę.
W końcu wszyscy padli.
– Samane, wskakuj szybko!
Dziewczyna z karabinem w jednej dłoni złapała Tiri za rękę i obie podbiegły do
helikoptera. Samane podała Ainie karabin i wskoczyła do środka. Podała Tiri rękę.
– Ruszaj – krzyknął dyrektor do Pilota, a śmigło zaczęło szybciej wirować. Helikopter
powoli unosił się do góry. Samane chwyciła mocniej Tiri, chcąc ją szybko
wciągnąć, w tym momencie Szefowa odzyskała przytomność i doskoczyła do Tiri,
łapiąc ją za nogę. Dziewczyna wyślizgnęła się Samane z chwytu, a helikopter gwałtownie
ruszył w górę.
– Nie, krzyknęła Samane, czuła, że Tiri spada.
Szefowa zsunęła się z nogawki spodni Tiri i spadła w dół. Samane rzuciła się
do przodu za Tiri, ale jej dłoń musnęła koniuszkami palców Tiri. Nagle z dłoni
Tiri popłynęła błyskawica, splatając się ze światłem, które mimowolnie uwolniło
się z dłoni Samane i przyjęło postać nici. Obie energie związały się i Tiri zawisła,
ale helikopter przechylił się i Samane zsuwała się po podłodze w stronę krawędzi.
Dyrektor rzucił hak z liną za siebie, zaczepiając go o metalową rurkę pod sufitem.
Samane krzyknęła i spadła głową w dół.
Dyrektor przypiął szybko linę do uprzęży, która była podstawowym elementem
jego ubioru i skoczył w dół z helikoptera, w ostatniej chwili łapiąc za pochwę miecza
na plecach Samane. Obie dziewczyny poczuły szarpnięcie, a Samane na sekundę
straciła oddech, gdy pasek od pochwy nacisnął na jej klatkę piersiową.
Aina powoli zaczęła wciągać linę z całą trójką na gorę. I gdy wszyscy się wgramolili,
zatrzasnęła drzwi. Dyrektor usiadł. Aina posadziła Tiri na siedzeniu i przypięła
pasem. Samane leżała na podłodze i dyszała. Dyrektor złapał ją pod ramiona,
po czym posadził.
– I jak się podobało? – spytał, śmiejąc się na cały głos.
Samane spojrzała na niego zdziwiona.
Aina też była uśmiechnięta.
– Ich to bawi? – pomyślała Samane.
Wszyscy byli brudni, spoceni, ubrudzeni krwią, a dyrektor nawet ranny. Tiri
zmęczona spała.
– Dla nas to żadna nowość – odparł dyrektor – śmiał się, gdy zobaczył zdziwioną
Samane – Takie jest życie żołnierza. Swoją drogą świetnie się spisałaś – dyrektor
poklepał ją po ramieniu.
Dziewczyna uśmiechnęła się w końcu, mimo iż była zmęczona, też nagle poczuła
radość z tej akcji. Dyrektor podał jej swoją menażkę z wodą, by się napiła.
Wychyliła całą naraz, a potem w drodze do akademii zasnęła. Obudziła się, gdy
wylądowali na lądowisku wśród drzew obok akademii. W pokoju czekało na nią
354 355
i T i ri niezłe powitanie. Tiri jednak nie obudziła się. Dyrektor przyniósł ją na rękach
do łóżka. Samane usiadła na swoim, zajadając łapczywie ciasto. Nie znosiła
słodyczy, ale była okropnie głodna i musiała uzupełnić energię.
– Wyglądasz okropnie – skomentowała Sayate – Zresztą pani Aina i dyrektor nie
wyglądają wcale lepiej. Powinnaś wziąć kąpiel zanim pójdziesz spać.
– Jutro masz wolne, Samane. Należy ci się – powiedział dyrektor. Pożegnał się
i razem z Ainą wyszli.
Samane spała tej nocy jak zabita. Następnego dnia obudziła się dopiero późnym
popołudniem.
W pokoju nikogo nie było. Tiri też już wstała. Zauważyła na podłodze brudne
ubranie, które miała wczoraj na sobie. Bluza i koszulka nie nadawały się już do
ubrania. Były zdarte od kamieni, w które uderzyła plecami, a na dodatek widniał
ślad przepalenia materiału po trafieniu. Podniosła ubranie z ziemi i zobaczyła kamizelkę,
którą dał jej dyrektor.
– Zastanawiam się, czy ją oddać. Już miała ją rzucić na stolik, gdy z kieszeni
w spodniach wypadł laser. – Nie powinnam tego przy sobie nosić. To niebezpieczna
rzecz.
Samane przebrała się w szkolny mundur i wyszła. Widziała wszystko , co każdego
dnia nauki. Ona jednak miała wrażenie, że widzi to z innej perspektywy.
W trakcie gdy tutaj uczniowie beztrosko uczą się i trenują, inni walczą, a i niekiedy
giną. Większość była nieświadoma tego faktu. Samane zastanawiała się, czy czwarte
i piąte klasy też mają takie spojrzenie .
– Samane, jak się czujesz? – odezwał się ktoś głośnym i entuzjastycznym okrzykiem.
– Yashi. Witaj. – dziewczyna odwróciła się, a księżniczka rzuciła jej się na szyję,
głośno się śmiejąc.
Wszyscy na korytarzu spojrzeli na nie.
– Idę o zakład, że już połowa szkoły wie o tej akcji z Tiri. – Samane czuła na sobie
zazdrosne spojrzenia wszystkich wokół.
– Takiej grubej akcji nie da się ukryć.
Samane spuściła głowę.
– Przyzwyczaisz się do sławy. W razie czego służę pomocą. – Yashi zaśmiała się.
– Idziesz ze mną na kawę i ciastko do cukierni?
– Wybacz Yashi, ale właśnie idę do dyrektora.
– Ok, rozumiem. W takim razie widzimy się później.
– A Yashi – Samane złapała księżniczkę za rękę, a gdzieś z tyłu usłyszała komentarze:
– Patrzcie, rozmawia sobie od tak z księżniczką jak przyjaciółka. Sławne nazwisko.
To wnuczka tego generała, nic dziwnego, że już ma misje na swoim koncie.
Pewnie dlatego trzyma z księżniczką. Chciałabym być taka odważna jak ona.
– O co chodzi Samane? – Yashi była zaskoczona takim gestem.
– Pamiętasz, jak twój ojciec, to znaczy król, mówił, że gdybym czegoś potrzebowała,
mam się nie bać prosić.
– Potrzebujesz pomocy? – Yashi była zdziwiona.
– Chciałabym zobaczyć magiczne lustro.
Yashi zrobiła wielkie oczy.
– Spytam ojca, ale powiedz, do czego ci to. Lustro wyciąga z ludzi to co najgorsze.
Jedno spotkanie z nim może zakończyć się nawet śmiercią albo umysłowym
paraliżem.
– Mam problem, który muszę rozwiązać – Samane spuściła głowę i powiedziała
ostatnie zdanie ciszej.
Yashi spojrzała na nią ze współczuciem.
– Zobaczę, co da się zrobić – uśmiechnęła się i pożegnała.
Samane odwróciła się, by iść dalej i zobaczyła tłum stojących na korytarzu osób.
Wszyscy wpatrywali się wytrzeszczonymi oczyma.
Uczennicy nie spodobało się to.
– Co się tak gapicie?! – zawołała, a tłum przestraszony w momencie się rozpierzchł.
– Przynajmniej jedna korzyść z tej sławy – pomyślała i uśmiechnęła się,
ruszyła dalej korytarzem.
Zapukała ostrożnie w drzwi gabinetu dyrektora.
– Proszę – rozległ się głos.
Ucieszyła się, że dyrektor jest w środku. Przyłożyła prawą dłoń do skroni.
– O Samane – dyrektor był trochę zaskoczony jej obecnością. – Widzę, że przyzwyczaiłaś
się już do salutowania. W sumie dobrze, że jesteś, bo mam do ciebie
dwie sprawy, ale najpierw… Jak się czujesz? Odpoczęłaś już?
– Tak.
– Jak wrażenia po akcji?
– Szczerze, dziwnie się czuję. Ta normalność w szkole mnie dziwi.
– Przyzwyczaisz się. To typowa reakcja i całkiem łagodna, jak na kogoś, kto
przeszedł pierwszą poważną misję. Zazwyczaj uczniowie rezygnują po czymś takim
z akademii albo załamują się, mają koszmary i tak dalej. Ciebie jednak, jak
widzę, to nie dotyczy . Muszę ci pogratulować, jak na pierwszoklasistkę, spisałaś
się niesamowicie. Twoje umiejętności znacznie przerastają poziom twojej klasy.
Chciałbym cię przenieść do trzeciej klasy, ale decyzja oczywiście należy do ciebie.
Samane osłupiała.
– Co? – dopiero po chwili dotarło do niej, co dyrektor powiedział. – Dziękuję
356 357
za p ochwałę, ale chyba zna pan odpowiedź. Nie po to ratowałam Tiri, by teraz
przechodzić do innej klasy. Mam drużynę. Osoby, którym ufam. Nie zamieniłabym
ich na nikogo innego. Ludzie są niezastąpieni.
– Rozumiem – odpowiedział dyrektor. – To dla ciebie. – wskazał na papierek
leżący na stole, wyglądał podobnie jak ten od króla. Samane przyjrzała mu się,
miał mnóstwo znaków wodnych i był w zielonym kolorze, z podpisem akademia.
– Ten jest ode mnie. Należy ci się. W końcu misja to misja.
– Rozumiem, że nie mam się co sprzeciwiać, bo kwota pewnie jest już na koncie.
Dyrektor kiwnął głową z uśmiechem.
Samane westchnęła i opuściła dłonie.
– Chciałam coś oddać – położyła na biurku laser. – Wolałabym go przy sobie
nie nosić.
– Rozumiem, dziękuję za zwrot.
Dyrektor od razu schował go do szuflady w biurku. Z drugiej jednak wyciągnął
kartkę z rubrykami do wypełnienia.
– Wiesz, co to raport z akacji?
Samane kiwnęła głową.
– Opisz wszystko najlepiej jak potrafisz, ale chciałbym żebyś pominęła o jednej
rzeczy.
Samane podniosła głowę znad kartki, którą sekundę wcześniej czytała.
– To znaczy? – spytała podejrzliwie.
– Wiesz, że nie wolno ci używać broni laserowej.
– No racja – odparła .
– Napisz, że użyłaś jej sama bez naszych instrukcji. Po pierwsze zadziała to
na twoją korzyść, po drugie, my mielibyśmy kłopoty z powodu instrukcji, które ci
daliśmy. To tak samo, jakbyśmy dali ci tą broń do ręki.
– Rozumiem –kiwnęła głową. Doskonale rozumiała sytuację. Nie chciała też, by
dyrektor i Aina mieli przez nią kłopoty.
– Akelai i tak cię pochwalił. Powiedział, że będziesz dobrym strzelcem. A teraz
druga sprawa. Isae zgłosiła mi, że w zastępstwie za nią masz być przewodniczącą
samorządu.
– To prawda – odpowiedziała dziewczyna, przypominając sobie rozmowę z Isae.
– Dołączysz do szkolnej straży. Wedle twojego pomysłu, udało mi się pójść
na kompromis z królem i strażnicy będą patrolować akademię razem z uczniami,
głownie tymi z czwartych i piątych klas, ale wybrałem też lepszych, utalentowanych
z młodszych klas i przede wszystkim zaufane osoby z wojowniczych klanów.
Będziesz razem z Daigo i Sayate w drużynie, dołączy do was jeszcze dwóch strażników.
Spiszcie się dobrze.
– Tak jest! – odpowiedziała głośno Samane, stając znów na baczność i salutując.
Przypomniała jej się rozmowa z Ainą wewnątrz iluzji. – Więc to po to mi o tym
powiedziała. Liczyli, że coś wymyślę na tą sytuację.
– To tyle z mojej strony – odezwał się dyrektor.
Samane odwróciła się do wyjścia i otwierając drzwi, usłyszała jeszcze ciche słowa
dyrektora.
– Masz niezwykły talent. Jeden na tysiąc – mówił do siebie, spoglądając w okno.
jej siostra. Ciągle próbowała jakoś to zaakceptować. Przez głowę przepływały jej
wspomnienia wspólnie spędzonych chwil . Jak na złość, prawie codziennie mistrz
Samas i Aina zabierali ją do różowej skały z jaskinią, ale cały czas sytuacja kończyła
się związaniem przez iskry. Jakby tego było mało, dyrektor powoli wtajemniczał
ją w plan uwolnienia Tiri, a ona nie mogła się skupić. Nadszedł lipiec i Samane
zaczęła się zastanawiać, czy Tiri w ogóle jeszcze żyje. A myśl dołowała ją jeszcze
bardziej. Przyjaciele Samane, nauczyciele i mistrz widzieli, że coraz z nią gorzej.
W końcu Sayate wpadła na pomysł i zabrała Samane nad jezioro do Airy. Początkowo
dziewczyna była nadal w złym humorze, dopóki Aira i Sayate nie wrzucili jej
do wody i nie zaczęli nawzajem się chlapać. Samane odpłynęła dalej, a Aira zaczął
ją ścigać, okazało się, że pływa tak samo dobrze, a nawet lepiej niż Samane. Chłopak
szybko dogonił Samane i oboje znów zaczęli się chlapać, a potem dla żartów
nawzajem topić. W końcu mokrzy padli na złoty piasek, odpoczywali i wygrzewali
się na słońcu. Sayate śmiała się z nich, ale bardziej cieszyło ją to, że Samane miała
nareszcie dobry humor i uśmiechała się, zapominając na chwilę o problemach.
Gdy ubrania wyschły, ruszyli znowu ulicą nad jeziorem i skosztowali pysznego
lodowego deseru, a wieczorem ojciec Airy zaprosił dziewczyny na ognisko przy
swoim domu. Samane niepewnie weszła do ogrodu po chodniku z brukowanych
kostek. Przy drewnianym stoliku siedział mężczyzna w wieku trzydziestu kilku lat
z lekkim zarostem na twarzy i wcale niemałymi muskułami.
– Witam panie – zaprosił uprzejmie do stolika.
– Dobry wieczór – odpowiedziały dziewczyny i rozsiadły się. Przy grillu stała
kobieta o długich, prostych blond włosach i widelcem obracała kiełbaski i inne
smakołyki, które skwierczały cicho, a ich zapach powodował, że wszyscy obecni
robili się coraz bardziej głodni. Do stołu przysiadło się jeszcze dwóch chłopaków,
niewiele starszych od dziewczyn i mężczyzna o krótkich blond włosach, wyglądający
na partnera kobiety.
– Aira już mi co nieco o was powiedział – odezwał się ojciec, nalewając dziewczynom
soku do szklanek. – Dziękuje wam za zmotywowanie go. Do tej pory był
dosyć nieśmiały i mało co rozmawiał z ludźmi, ale ostatnio widzę u niego dużą
odmianę i jak się domyślam, to wasza sprawka, dlatego chciałbym wam jakoś podziękować.
– Nie ma za co – odpowiedziała nieśmiało Samane, czując się niezręcznie. –
Z pana nogą już lepiej?
– Jak widać, jestem zdrów – mężczyzna podskoczył kilka razy na kontuzjowanej
nodze.
– Gotowe – odezwała się kobieta, stawiając na stole talerz z jeszcze skwierczącymi
kiełbaskami i drugi z grillowanymi warzywami i rybami.
Samane spojrzała świecącymi oczyma na rybę. Pachniała wyśmienicie, aż ślinka
jej ciekła.
– To dla ciebie – odezwał się Aira, nakładając jej na oddzielny talerz wszystkiego
po trochu i polewając sosem czosnkowym.
W końcu wszyscy obecni usiedli przy jednym stole i zabrali się za jedzenie.
– Smakuje ?– spytała kobieta.
– Tak bardzo pyszne – odpowiedziała Samane, od razu popijając sokiem.
– Jestem Sojon – przedstawiła się kobieta. – Miło mi was poznać.
– Nam również – odezwała się Sayate po czym odłożyła sztućce po skończo326
327
ny m jedzeniu.
– Fajnie, że jesteście, dziewczyny. Ciężko czasem się dogadać z facetami. Przynajmniej
będę miała z kim pogadać.
Samane zaśmiała się i ppatrzyła na wygłupiających chłopaków.
– Słyszałam od Airy, że jesteście z akademii wojskowej, prawda?
– Tak – odpowiedziała Samane.
– Jak się ma generał Jass? – spytała znowu, a Samane zaskoczyło to pytanie.
– Ma się dobrze – odpowiedziała niepewnie, nie rozumiała, o co chodzi kobiecie
i skąd zna generała.
– Chyba nawet za dobrze – zaśmiała się Sayate.
– Widzę, że dziwi cię moje pytanie. Jass jest naszym dobrym znajomym, a dokładniej
znajomym mojego męża. Znaliśmy się z akademii.
Samane olśniło.
– Pani jest ciocią Airy? – Samane nagle przyszedł do głowy ten pomysł. Skojarzyła
fakt, że matka Airy gdyby teraz żyła, byłaby w podobnym wieku i też uczęszczała
do akademii. Mogła być tam razem z siostrą.
– Spostrzegawcza jesteś – odezwał się mąż kobiety. – Do jakiej klasy chodzicie,
bo wyglądacie na taktyczną?
– Tak to prawda, w tym roku zaczęłyśmy.
– Widać to po tym, jak się zachowujecie i rozmawiacie – zauważył mąż.
– Aira mówił nam, jak macie na imię, ale nie podał nazwisk.
– Przepraszam nie przedstawiłam się. Jestem Samane Sejom – ukłoniła się lekko,
a reakcja kobiety i jej męża była jej już dobrze znana.
– Sayate Ki – odezwała się różowowłosa, a zaskoczenie małżeństwa jeszcze
się nasiliło.
– Nie dziwię się, że jesteście razem – odparła Sojon.
– Kilka razy miałem okazję zobaczyć twojego dziadka – odezwał się mężczyzna.
– Był sławny. Spostrzegawczość chyba odziedziczyłaś po nim.
Samane nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc napiła się soku.
– Miło nam, że pomogłaś Airze, ale widzę, że coś cię gryzie – odezwał się mężczyzna.
– Muszę pomóc przyjaciółce, a na razie nie mogę sobie poradzić sama ze sobą –
westchnęła Samane i odstawiła szklankę na stół.
– Każdy miewa złe chwile – odezwała się Sojon, składając przy okazji brudne
talerze jeden na drugim.
– Też przez to kiedyś przechodziliśmy. Właśnie po to jest akademia, by nauczyć
się radzić z własnymi problemami, ale wiedz, że kiedyś będziesz się z tego śmiać.
Żaden problem nie trwa wiecznie. Zawsze jest jakieś wyjście.
– Tylko, że ja nie mam zbyt wiele czasu na rozwiązanie – westchnęła znów Samane.
– Presja? – uśmiechnął się mężczyzna. – W takim razie skup się wyłącznie
na celu, a reszta przyjdzie sama.
– Dziękuję za radę. – Samane lekko się uśmiechnęła. Nagle zdała sobie sprawę,
że rzeczywiście zapomniała o celu. Zapomniała o tym, dlaczego to wszystko się
dzieje. Pomyślała o Tiri i nagle jej własne problemy zbladły.
– Chyba już wiem, co powinnam zrobić – odezwała się.
o
Następnego dnia leciała razem z mistrzem i Ainą do meteorytu, po drodze myślała
o tym wszystkim i o Tiri, Lyrze, mrocznych Tora.
– Muszę to zrobić dla Tiri. Przez moją własną głupotę może ucierpieć i Lyra
i Tiri, a może ktoś jeszcze. Dyrektor liczy na moją pomoc, a czas ucieka. Celem
jest uwolnienie Tiri, a ja muszę być gotowa. Lyra wybacz, ale muszę o tobie na razie
zapomnieć. Wiem, że jesteś bezpieczna w domu. Tiri czekaj na mnie, przyjdę
po ciebie. Mroczni Tora czekajcie na mnie. Jeszcze nie przegrałam i tym razem
wygram. Urodziłam się w klanie, byle głupota nie może pozwolić, bym straciła
panowanie nad sobą. To nie mój charakter .
Samane spojrzała na rozłożoną dłoń, a potem mocno zacisnęła palce w pięść.
– Przysięgam, że już więcej się nie dam – spojrzała w górę na lekko zachmurzone
niebo.
Na północy zbierały się ciemne chmury i słychać było grzmoty. Tak jak poprzednim
razem cała trójka wspięła się na górę i rozsiadła na końcu jaskini. Przy każdym
dalekim grzmocie iskry na chwilę zyskiwały więcej światła. Samane usiadła
tworząc w iluzji snu wizję tego, co powodowało jej złość. Nie byli to już nawet Tora
czy sytuacja, gdy przegrała z szefową. Od razu stworzyła wizję tego, co najbardziej
ją denerwowało, czyli widok rannej lub umierającej Lyry. Głośny grzmot rozległ
się tuż nad nimi, gdy Samane wpadła w szał i znów energia zaczęła uwalniać się
w nadmiarze, przybierając czerwony kolor. Mistrz i Aina doskoczyli do niej, ale
Samane jakimś cudem związana linami z iskier, zrobiła krok do tyłu.
– Nie! – krzyknęła, a Aina i mistrz spojrzeli na siebie zdziwieni. – Sama muszę
przez to przejść, nie pomagajcie mi! – odpowiedziała ze łzami w oczach z bólu,
powodowanego przez liny.
Upadła na kolana i rozluźniła się. Myślami powróciła do widoku siostry. Wspomnienie,
gdy pożegnały się na wzgórzu, trochę ją uspokoiło. Widok uśmiechniętej
twarzy młodszej siostry spowodował u niej kolejne łzy.
– Tylko ty mi pozostałaś – powiedziała w myślach. Dla ciebie przejdę przez te
wszystkie trudności. Dla lepszego świata.
328 329
W izja krwi na bluzce czternastolatki znów powróciła, a Samane patrzyła na to
ze spokojem.
– W końcu to tylko moja chora wyobraźnia. Wystarczy tego – pomyślała i obraz
rozsypał się w drobny mak jak roztrzaskane lustro. Gdzieś jeszcze mignęła jej
przed oczyma Isae. Uśmiechała się, trzymając kciuk w górę.
– Wiedziałam, że dasz radę.
Liny puściły, a czerwona energia zamieniła się w światło i otoczyła ją przez chwilę,
a potem znów stała się niewidzialna, przybierając formę wirującego powietrza.
Samane o własnych siłach wstała. Energia uzdrowiła wszystkie jej rany zadane
przez iskry. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się, popatrzyła na swoich towarzyszy.
Aina uśmiechnięta zaczęła bić jej brawo.
– Dobra robota Samane – pochwalił ją mistrz – ale myślę, że teraz powinniśmy
już wracać zanim dopadnie nas burza.
Cała trójka szybko wróciła do ścigaczy. Wiatr się wzmagał, ale jeszcze nie padało,
daleko przed nimi majaczyły wieżowce stolicy, w których jeszcze odbijało się
słońce. Na największej możliwej prędkości lecieli jeden za drugim, a wiatr wiał im
w plecy, niosąc w kierunku akademii. Lecieli nisko, by nie narażać się na pioruny.
W oddali majaczył miniaturowy teraz budynek akademii, wyróżniając się swoim
czerwonym dachem wśród zieleni. Wiatr zmienił kierunek, ciągnąc teraz chmury
z boku. Boczny wiatr utrudniał latanie, cały czas spychając ich w bok z obranej
trasy. Samane myślała, że już gorzej być nie może. Ale to, co zaczęło się dziać chwilę
potem, przekonało ją, że jednak może być gorzej. Burzowy front zatoczył koło
i przysłonił już całe niebo. Zaczął padać deszcz, a wiatr wiał w dziób, spowalniając
ich lot. Samane schyliła się za szybę przy kokpicie. Ledwo widziała gdzie leci i co
jest wokół niej. Aina i mistrz lecieli gdzieś za nią, ale wolała się nie oglądać, by nie
stracić panowania nad maszyną. Wiatr co jakiś czas szarpał skrzydłami i giął lotki,
a deszcz bił po twarzy. Akademia była już niedaleko, ale teraz lecieli zdecydowanie
wolniej. Samane zniżyła lot nad czubki drzew. Nie widziała gałęzi, niektóre z nich
zarysowały podwozie i skrzydła. Błyskawice zaczęły szaleć po niebie i Samane
modliła się tylko, żeby ścigacz nie ściągnął którejś z nich na nią lub na mistrza,
czy Aine.
– Cholera muszę dotrzeć jak najszybciej do tej akademii! – klęła Samane. Znów
przypomniała jej się sytuacja jak z mistrzem i dziadkiem wracała w burzy do
domu. Nagle przyszedł jej do głowy pomysł.
– Lećcie za mną, wiem co zrobić – odezwała się do mikrofonu przypiętego do
okularów, liczyła, że Aina i mistrz ją usłyszeli.
Jedną ręką puściła ster, starając się cały czas zachować poziom. W wolnej ręce
zebrała energię i uformowała w niekształtną kulę. Z głośnym okrzykiem rzuciła ją
do przodu, a energia przybrała postać ogromnego ptaka, który swoimi skrzydłami
na kilkanaście sekund odrzucił podmuch wiatru i deszcz, powodując niedużą
strefę ciszy. Samane mocno wcisnęła gaz, chciała wykorzystać te kilka chwil. Aina
zszokowana tym, co zobaczyła mimowolnie przyśpieszyła. Udało im się nadrobić
spory kawałek.
– Jeszcze kawałeczek – myślała Samane, zniżając lot, by wylądować. Deszcz
i wiatr z powrotem na nich runął.
Wiatr szarpał ścigaczem, gdy osadzała go na lądowisku. Ucieszyła się, gdy zaraz
za nią wylądowali pozostali. Samane zeskoczyła ze ścigacza, wyłączyła go i zabezpieczyła.
Zaraz potem pędem poleciała do akademika. Gdy tylko przekroczyła
drzwi, odetchnęła z ulgą.
– Okropna pogoda – odezwał się pan portier.
– Samane nie zdążyła odpowiedzieć, gdy za nią ustawiła się przemoczona Aina.
– Oj, ma pan świętą rację– machnęła ręką na przywitanie i pobiegła w przeciwną
stronę.
Samane razem z mistrzem pobiegła do wieży. Gdy tylko wpadła do pokoju, pędem
rzuciła się do łazienki, wzięła ciepły przyrznic i przebrała się w suche ubrania.
Sojta zaparzyła obojgu gorącej herbaty z cytryną. Gdy Samane suszyła włosy, do
pokoju zapukała Aina, przyniosła ubrania dla mistrza Samasa.
– Mam nadzieję, że są dobre – odezwała się. Choć przebrana była w czyste i suche
ubranie, to włosy nadal były mokre. Aina ukłoniła się i wróciła do siebie. Wychodząc,
spojrzała jeszcze kątem oka, nie dowierzała temu, co zrobiła Samane.
Widziała już kiedyś coś podobnego.
o
Samane wydawało się, że akademia opustoszała przynajmniej o połowę, gdy następnego
dnia szła razem z Sayate i Sojtą na zajęcia.
– Jesteś gotowa? – spytała Sayate.
– Wiesz, że nigdy nie można być niczego pewnym Saya.
– Pytam o twoje nastawienie psychiczne. Ostatnio byłaś jakaś nieswoja.
– Nie musisz już się o nic martwić Saya. Już wszystko w porządku – uśmiechnęła
się szczerze.
Sala, do której weszły dziewczyny, różniła się trochę od pozostałych. Na ścianach
wisiały tablice z rysunkami różnych rzeczy i ich nazwami w języku gwiazdy
i Skały. Były też liczby, litery alfabetu pisane pochyło i wykrzywione do góry nogami
litery języka Gwiazdy. Niektóre miały przekreślenia, niektóre składały się
z połączonych ze sobą w rożny sposób trójkątów o urozmaiconych proporcjach.
W sali była już większość uczniów. Sayate i Samane usiadły w ławce razem z Sojtą.
Przed nimi siedziała Febra, Akeri i Set, a z tyłu Miki, Chonra i Kaj.
330 331
– To się chłopaki dobrały – skomentowała Sojta, oglądając się do tyłu.
– Święta trójca językowa. Obawiam się, że na tych zajęciach to oni będą dominować
– śmiała się Sayate.
Do sali wszedł nauczyciel. Wyglądał na niewiele starszego od nich i nie był ubrany
w mundur ani tym podobne ubranie. Wyglądał przeciętnie. Miał krótkie, niezadbane
włosy sterczące w różne strony. Wyglądał, jakby dopiero co wstał z łóżka
i nie zadbał o fryzurę.
– Witam wszystkich obecnych, nazywam się Romta i będę uczyć was języka Skały.
Chłopak, bo tak można byłoby go nazwać, rozdał książki i słowniki dla każdego.
Po czym zaczął pisać zdania w obcym języku, tłumaczył, jak czytać i wymawiać
trójkątne i tym podobne znaki.
Samane uczyła się podstaw tego języka w szkole, ale nigdy nie miała zbyt dobrych
ocen. Jak na razie pamiętała to, co pisane było na tablicy.
Na przerwie Samane, Sayate, Leeme i Sojta wybrały się na stołówkę. Ilość obecnych
tutaj zwykle uczniów zmniejszyła się co najmniej o połowę. Samane usiadła
do stołu, pomyślała o nieobecnej Tiri.
– Jakie musiała mieć życie? Może dlatego była taka nieufna wobec niej, bo w ten
sposób nauczyła się żyć będąc w gangu. Chciałabym z nią porozmawiać o jej przeszłości
– mówiła do siebie w myślach. – Mam tylko nadzieję, że jesteś cała.
Następne były zajęcia z Ainą. Samane wykorzystała je, by się wyciszyć. Już dawno
nie miała okazji medytować . Później tradycyjnie każdy zgadywał, kto za nim stoi.
– Samane, dyrektor prosił, byś do niego teraz przyszła – Odezwała się Aina
w połowie zajęć.
Samane podziękowała za wiadomość i wyszła z klasy. Sayate i Sojta pomachały
jej na pożegnanie, życząc po cichu powodzenia. Dziewczyna udała się na szóste
piętro do gabinetu dyrektora. Zapukała ostrożnie i wewnątrz rozległ się cichy głos
dyrektora zapraszający do środka.
Samane ustawiła się na baczność i zasalutowała.
– Spocznij – odezwał się dyrektor, wspierał się o biurko łokciami. Dłonie miał
ze sobą splecione.
– Wzywał mnie pan? – spytała Samane.
– Dzisiaj odbijemy Tiri – odezwał się od razu, bez żadnej wstępnej mowy.
Samane poczuła lekki dreszczyk.
– Pamiętasz wszystko, co ci tłumaczyłem odnośnie planu?
– Tak – odpowiedziała. – A gdyby coś poszło niezgodnie z planem?
– Pod żadnym pozorem nie działaj z własnej inicjatywy. Jeśli powiem ci, że masz
wracać, to dokładnie to masz zrobić.
– Rozumiem – odpowiedziała Samane, a dyrektor wstał.
– Chodź ze mną – polecił i wyszedł z gabinetu, zamyknął za sobą drzwi.
Dyrektor zaprowadził Samane do pomieszczenia w piwnicy akademii. Było tu
dosyć ciemno i ciasno z powodu ustawionych w rzędach szafek i półek pełnych
hełmów, gogli, karabinów i innych ciekawych rzeczy. Dyrektor wręczył Samane
coś, co wyglądało jak koszulka bez rękawów. Miało czarny kolor i wykonane było
z dziwnego materiału.
– Załóż to pod ubranie, na wszelki wypadek.
– To kamizelka chroniąca przed strzałami, prawda? – Domyślała się Samane.
– Zabierz ją i idź do pokoju, masz pół godziny, żeby się przygotować. Nie zapomnij
zabrać miecza i każdej innej broni, którą potrafisz się posługiwać, oprócz
tej laserowej.
Samane ruszyła do pokoju i zaczęła zbierać wszystkie potrzebne rzeczy, chowiąc
pod ubraniem. Zielone spodnie bojówki z dużą ilością kieszeni pomieściły
wszystko, czego potrzebowała. Pod czarną koszulką bez rękawów ubrała kamizelkę.
Narzuciła czarną zapinaną bluzę z kapturem. Usiadła na ziemi i położyła przed
sobą swój miecz. Ukłoniła się przed nim, a potem chwyciła w dłonie i wyciągła
z pochwy, kładąc ponownie przed sobą. Ułożyła dłoń na dłoni i zamykając oczy,
wyciszyła się i przez dziesięć minut medytowała. Wstała i zaczęła wymachiwać
mieczem na wszystkie strony, tnąc powietrze i manewrując nadgarstkami, by się
trochę rozgrzać. Schowała miecz do pochwy, prosząc go, by pomógł jej odbić Tiri.
Zarzuciła go na plecy i ruszyła spotkać się z dyrektorem w umówionym wcześniej
miejscu na tyłach akademii. Oprócz dyrektora czekała też Aina. Oboje byli ubrani
w bojowe mundury moro i Samane nie mogła się nadziwić.
– Jak nastrój? – spytała Aina, sprawdzając swój karabin i zarzucając na plecy.
– Jest dobrze – odpowiedziała krótko zszokowana widokiem uzbrojonych nauczycieli.
– Ruszamy – powiedział dyrektor stanowczym tonem.
Samane szła tędy po raz pierwszy. Wyglądało na to, że wąska dróżka, którą podążali,
była mało odwiedzana. Zarastały ją krzewy i pnącza. Po kilku chwilach
między gęstym lasem znalazło się betonowe pole, oznaczone białymi wzorami
jako lądowisko dla helikopterów i jeden z nich już czekał.
– Polecimy nim? – spytała Samane.
– Tak – odpowiedziała Aina, popchnęła Samane w stronę helikoptera.
Dziewczyna wdrapała się do środka i usiadła na tylnym fotelu. Do tej pory nigdy
nie leciała helikopterem i teraz dokładnie przyglądała się dużemu wnętrzu z siedzeniami
po bokach i pustą przestrzenią na środku oraz przesuwanym drzwiom.
Był to typowo wojskowy helikopter. Samane podziwiała widoki miasta przez szy332
333
bę , ale nie były jej obce. Widziała prawie to samo co w dniu, gdy po raz pierwszy
przyleciała tu na ścigaczu. Po kilku minutach lotu wylądowali na pustej przestrzeni
na obrzeżach stolicy. Niedaleko było widać stare, opuszczone hangary, odbijające
słońce od półokrągłych dachów. Tuż obok wylądowały cztery inne, takie same
maszyny, z których wysiadło kilkunastu uzbrojonych żołnierzy. Generał Jass zwołał
wszystkich do siebie i rozpoczęło się przedstawianie szczegółów planu. Dyrektor
przywołał Samane i przedstawił wszystkim obecnym. Jak można się było tego
spodziewać, wśród obecnych przebiegł szmer i zachwyt jednocześnie, na dźwięk
jej nazwiska, a ktoś z żołnierzy dotknął ramienia Samane.
Dziewczyna obejrzała się, rozpoznała znajomą twarz.
– Pani Sojon? – Samane była wyraźnie zaskoczona jej obecnością tutaj.
– A więc to miałaś na myśli podczas ostatniej rozmowy? – odezwała się kobieta.
Samane przytaknęła głową, a dyrektor przedstawiał instrukcje dotyczące udziału
Samane.
o
Tiri siedziała na podłodze w niewielkiej obskurnej i ciemnej celi. Na podłodze
miała jedynie kilka cienkich i potarganych koców, a pomieszczenie oświetlała niewielka
żółta żarówka. Dziewczyna wpatrywała się w podłogę. Przez głowę przelatywały
jej wspomnienia feralnego dnia, gdy ojciec dowiedział się o jej kłopotach.
Przejechała dłonią po twarzy w miejscu, gdzie została uderzona dłonią. Miała
wrażenie, jakby ból powrócił, a policzek piekł od uderzenia. Twarz wściekłego ojca
i pogardliwe spojrzenie matki spowodowały u niej łzy. Spojrzała w górę na sufit
tak samo ciemny jak reszta pomieszczenia. Gdzieś w kącie zapiszczała cicho mysz.
Tiri straciła rachubę czasu. Jak długo już tu była. Miesiąc, dwa, a może minął już
rok. Czas dłużył się niemiłosiernie. W ciemności Tiri nie zauważyła, jak bardzo
schudła. Jedzenie, które dawali jej Tora, było niewiele warte i okropnie smakowało.
Dziewczyna zastanawiała się, dlaczego jeszcze jej nie zabili.
– Czyżby czekali na Samane? – powiedziała cicho do siebie. – Obyś żyła Samane.
Tak bardzo chciałabym cię przeprosić za brak zaufania – po jej twarzy pociekło
kilka kolejnych łez.
Obraz żółtej żarówki rozmył się i zanikł do całkowitej ciemności. Przez moment
Tiri myślała, że to żarówka się zepsuła, ale nagle jej ciało zrobiło się wiotkie.
Przewróciła się mimowolnie na bok, wyladowała na kocach i straciła przytomność
z wycieńczenia. Jej głowę zaprzątał teraz sen – wspomnienie dawnych lat.
Dwunastoletnia Tiri siedziała przy stole. Naprzeciwko usiadła mama, podając
jej talerz z kanapkami. Tiri spojrzała na ułożone z warzyw i sosów do kanapek
uśmiechnięte buźki i sama się uśmiechnęła. Przy stole usiadł Tim. Jedną ręką jadł
kanapki, a drugą klikał w klawiaturę małego laptopa, zatapiał wzrok w ekranie.
– Mógłbyś chociaż na czas śniadania odpuścić sobie komputer – upomniała
go matka.
– Wybacz mamo, ale mam sporo nauki.
– Nie przemęczaj się za bardzo – uśmiechnęła się mama.
– A gdzie tata? Nie zje z nami śniadania? – spytała Tiri, zauważając nieobecność
ojca.
– Tata już dawno wyszedł do pracy – odpowiedziała kobieta, również biorąc się
za jedzenie.
– Nigdy go nie ma – zamarudziła Tiri. – Wraca w nocy i wcześnie rano wstaje.
Pracuje nawet w weekendy – powiedziała bardzo głośnym tonem.
– Tiri, dobrze wiesz, że tata ciężko pracuje, żebyśmy mieli pieniądze na wasze
spokojne życie.
– Nie chcę jego pieniędzy – Tiri gwałtownie wstała. – Chcę mieć ojca, a nie maszynę
produkującą monety i papierki – Tiri prawie rozpłakała się oburzona. Uderzyła
dłońmi o blat stołu i oburzona spojrzała na zasmuconą matkę. Widząc, że nie
odpowiada, wybiegła z jadalni. Szybko ubrała buty i zarzuciła na plecy wcześniej
spakowany plecak, który czekał na nią w korytarzu przed drzwiami wyjściowymi.
Dziewczyna zjechała windą na dół, wyszła z bloku, spojrzała w górę na szklane
płyty, w których odbijało się słońce. W górze brzęczało jak w ulu od pędzących
ścigaczy. Tiri skręciła w aleję otoczoną idealnie przyciętym żywopłotem i nisko
skoszoną trawą. Nigdzie nie było żadnego placu zabaw. Na alei panowała cisza,
mimo iż od czasu do czasu mijali ją ludzie. Dziewczyna spojrzała znów w górę,
wchodząc w cień umieszczonej wysoko na palach drogi. Co chwilę dało się słyszeć
szum kół pędzących po asfaltowej nawierzchni. Za jednym z pali daleko od
pięknej alei uklękła. Dłońmi odgrzebała suchą ziemię i liście, wyciągnęła srebrne
metalowe pudełko. Otworzyła je i zabrała kilka małych foliowych woreczków
z białym proszkiem i kilka plastikowych pojemniczków z kolorowymi pigułkami.
Spakowała wszystko do plecaka, a pudełko z powrotem zakopała. Wróciła na aleję
i szła dalej, aż dotarła do metra. Było tutaj bardzo dużo śpieszących się ludzi,
a przedziały pękały w szwach. Tiri stała, trzymała się plastikowego kółka zawieszonego
pod sufitem. Maszyna ruszyła, pędziła z zawrotną prędkością i po kilku sekundach
zatrzymała się na następnej stacji. Po kilkunastu minutach Tiri wysiadła.
Wyszła w górę po schodach, zobaczyła plątaninę dróg biegnących na palach jedna
nad drugą, a kawałek dalej ogromne piętrzące się do nieba wieżowce, każdy o oryginalnej
architektonicznej konstrukcji. Tiri zatrzymała się i spojrzała na budynek
z namalowanym na szybach ogromnym logiem, o treści „Mana” i symbolem hasz
#. Była to siedziba firmy jej ojca. Wiodąca firma branży elektronicznej. Najbardziej
znana w kraju, ale i za granicą nie ma sobie równych. Ojciec Tiri założył ją, gdy
334 335
m i a ł dwadzieścia cztery lata i sprawił, że z małej ciasnej mieszczącej się w jednym
pokoju agencji naprawy sprzętów elektronicznych i usług informatycznych, przerodziła
się w ogromną korporację. Tiri szybko odwróciła wzrok, wściekła i włożyła
ręce do kieszeni, ruszyła brukowanym chodnikiem. Stawiała gwałtowne kroki
i naburmuszona wpatrywała się w ziemię, wpadała na innych przechodniów i nie
zwracała uwagi na słowa krytyki i przekleństwa . Dotarła w końcu do dużego nowoczesnego
budynku pokrytego szkłem, takim samym, jak blok w którym mieszkała.
Była to jej szkoła. Ukradkiem wślizgnęła się do klasy i zajęła miejsce w samym
tyle sali. Do klasy wszedł nauczyciel, sprawdził obecność. Uczniowie byli
jak zwykle zdziwieni obecnością Tiri. Większość nie zauważała, gdy wchodziła do
klasy. Dziewczyna przespałaby prawie całą lekcję, gdyby nauczyciel nie wywołał
jej do tablicy. Niechętnie chwyciła marker i pisząc po białej śliskiej powierzchni
w ciągu kilku chwil, rozwiązała zadanie matematyczne i wróciła z powrotem do
ławki. Kolejne lekcje wyglądały podobnie, zmieniała się tylko treść zajęć. Tiri opuściła
dwie ostatnie godziny, udając się za budynek szkoły do mało uczęszczanego
miejsca obok śmietnika.
– Cześć, masz coś dla mnie? – spytał nieznany jej ani z imienia ani z nazwiska
chłopak.
– To zależy, co byś chciał?
– Chłopak wyciągnął sporą sumę pieniędzy, wsadził Tiri do kieszeni.
Dziewczyna sięgnęła do plecaka i ukradkiem podała chłopakowi z ręki do
ręki woreczek.
– Miło było cię poznać, ślicznotko – pożegnał się i odszedł, chwiejąc się lekko
na nogach.
Później przyszło jeszcze kilka osób. Pod wieczór zjawiła się grupa starszych kolegów
i koleżanek Tiri zabierając całą uskładaną sumę.
– Chodź z nami – odezwała się szefowa gangu.
Cała ekipa ruszyła ulicą, napadając na ludzi, wywracając kosze na śmieci i rozbijając
pałkami szyby samochodów i witryny sklepowe. Tiri robiła to samo co jej
koledzy, aż do momentu, gdy nie pojawiła się policja. Cała grupa rozpierzchła się
w różne strony. Tiri skręciła w ciemną już uliczkę, między budynkami i biegła
na oślep,aż potknęła się o coś. Podniosła się z ziemi, obejrzała siza siebie i zobaczyła
nieprzytomnego chłopaka, któremu dzisiaj sprzedała narkotyk. Jego oczy
wyszły na wierzch, a z otwartych ust lała się piana i krew. Tiri krzyknęła na ten
widok i odsunęła się kilka kroków do tyłu, padła przerażona na kolana. Pierwszy
raz widziała coś takiego. Nagle uświadomiła sobie, że to narkotyk, który mu
sprzedała, spowodował to, co właśnie widziała. Ktoś złapał ją od tyłu za plecak
i postawił na nogi.
– Mam cię zgubo. Twój krzyk cię zdradził. – Policjant zauważył, że Tiri przerażona
patrzyła na chłopaka i nic do niej nie docierało. – Nie łudź się, on już nie
żyje. Zjadł świństwo, którym handlują twoi koledzy i jak mniemam również ty.
Pokaż plecak.
Tiri nadal wpatrywała się w ćpuna. Poczuła jakby serce ją bolało, a oddech stawał
się płytki.
– Zabiłam człowieka – wypowiedziała ledwo słyszalnym głosem.
Policjant przez chwilę nawet jej współczuł, ale zaraz potem popchnął, by szła we
wskazanym kierunku. Z jej plecaka wyciągnął kilka torebek i opakowań i schował
do czegoś w rodzaju szczelnego woreczka. Przez krótkofalówkę wezwał jeszcze
pogotowie. Godzinę później Tiri siedziała na komisariacie i czekała, aż przyjadą
rodzice. Nadal była w szoku. Przed oczami widniał obraz chłopaka. Nie myślała
w ogóle o rodzicach, dopóki się nie zjawili. Tiri dostała od policjanta jabłko i zaczęła
je jeść. Dopiero teraz zauważyła, że był ubrany w moro kurtkę z gwiazdą
w kole na ramieniu i podpisem policja wojskowa ZKG.
– Dlaczego jest pan dla mnie taki miły? Przecież zabiłam człowieka? – spytała.
– Jesteś zbyt młoda, by świadomie i z premedytacją kogoś zabić. Widziałem twoją
reakcję, gdy zobaczyłaś tamtego chłopaka, a to oznacza, że nie jesteś do końca
złą osobą, tylko trochę pobłądziłaś. Przyznaj, nie miałaś pojęcia, co się dzieje
z ludźmi po zażyciu tego świństwa.
Tiri pokiwała głową na znak, że nie wiedziała.
– Jeśli naprawdę jesteś dobrą osobą, nie rób tego więcej. Po drugie, bardziej odpowiedzialną
osobą za śmierć tego chłopaka jest ten, kto to produkuje. Nie przyczyniaj
się do zdobywania mu klientów.
Policjant wstał i wrócił do swoich obowiązków. Tymczasem na komisariat wpadł
wściekły ojciec razem z matką i starszym bratem, wszyscy martwili się o reputację
firmy . W Tiri znowu pojawiła się wściekłość na ojca. Zamiast interesować się nią,
przejmował się firmą. Dziewczyna nie miała zamiaru tego słuchać. Tiri ugryzła
jabłko, a ojciec na ten widok dostał szału i wytrącił jej owoc z ręki, jednocześnie
uderzył w policzek.
– Wiesz, że nie znoszę jabłek! – krzyknął.
– Nie wiem, bo nic o tobie nie wiem! – krzyknęła Tiri i wstała gwałtownie.
– Może gdybym była dla ciebie ważniejsza niż twoja firma, gdybyś częściej był
w domu i spędzał z nami czas, to bym wiedziała – z oczu Tiri polały się łzy, a twarz
poczerwieniała ze złości.
Ojciec zaskoczony był jej wypowiedzią i z miną niewiniątka spoglądał na nią.
Tiri otworzyła drzwi od sali, w której przebywała i pobiegła korytarzem na oślep,
zamknęła oczy od piekących łez. Na końcu korytarza straciła równowagę nie za336
337
uw a zyła, że przed nią były schody. Rozpędzona uderzyła kilka razy o stopnie i wylądowała
na dole, po czym straciła przytomność.
Tiri otworzyła oczy. W pomieszczeniu znowu paliła się żółta żarówka, a ona
leżała na kocach.
– Zemdlałam – pomyślała, dotykając czoła. – Sen z przeszłości – wymamrotała
i sięgnęła po kolejny koc, by się przykryć.
Nagle pomyślała o Samane i miała wrażenie, jakby była gdzieś blisko.
o
Dyrektor dał znak Samane i dziewczyna ruszyła między hangarami i zatrzymała
się na dużym placu pośrodku. Obróciła się, rozglądając dookoła. Dostrzegła
kamerę i spojrzała w nią, tak, by było widać jej twarz, po czym rzuciła metalową
gwiazdkę, rozbijając obiektyw.
– Teraz trzeba liczyć, że się na to złapią – pomyślała i ruszyła dalej przez plac.
Jeden hangar wydał jej się podejrzany. Wyglądał na nowy w przeciwieństwie do
pozostałych. Samane ruszyła w jego kierunku, a nagle brama wejściowa podniosła
się i przed nią ustawiło się pięciu zakapturzonych Tora z mieczami w dłoniach.
Samane sięgnęła ręką do tyłu, dobyła swojego ostrza.
– Ona przyszła do mnie – odezwała się szefowa, wychodząc nagle przed pozostałych
i ruchem ręki rozkazując, by się cofnęli. – Jednak przyszłaś – odezwała się
z ironicznym tonem w głosie. – Jednak na marne, twoja przyjaciółka już nie żyje.
– Liczyłaś, że w ten sposób znów wyprowadzisz mnie z równowagi i stracę nad
sobą kontrolę – odpowiedziała chłodnym i niewyrażającym żadnych uczuć głosem.
Szefowa zaskoczona spojrzała na nią, a po chwili ruszyła, szurając końcem miecza
o betonową nawierzchnię placu.
Samane zamknęła na chwilę oczy, czekała, aż atak ją dosięgnie. Przez ten moment
znalazła Tiri. Była nieprzytomna i słaba, ale żyła. Samane wyczuła ją pod ziemią,
jakieś dwadzieścia metrów od hangaru, z którego wyszła szefowa. Zastanawiała się
teraz, jak przekazać tę wiadomość pozostałym. Na razie musiała walczyć z szefową
i odciągnąć ją jak najdalej od hangaru, by pozostali otoczyli miejsce i weszli do
środka. Miecz szefowej zatrzymał się na tarczy z energii. Samane zrobiła zamach
z prawej strony, ale jej miecz również zatrzymał się na tarczy z energii. Stały teraz
obie w bezruchu, jakby ktoś zamknął scenę w fotografii. Samane zamachem lewej
ręki stworzyła świetlistego ptaka, który odrzucił wojowniczkę Tora kilka metrów
do tyłu. Samane wpadła na pomysł, by otoczyć energią swój miecz. Wyglądało jednak
na to, że szefowa od dawna używała podobnej sztuczki. Jej miecz był teraz otoczony
dymem. Obie dziewczyny wyskoczyły w górę, nacierając na siebie ostrzami,
a światło i czarny dym mieszały się ze sobą, walcząc o większą uwagę właściciela.
Samane znów uderzyła cięciem z prawej, a Szefowa zablokowała atak. Obie bardzo
szybko uderzały w siebie mieczami. Samane przemieściła się, atakując z boku. Szefowa
zrobiła salto nad nią i uderzyła z tyłu, ale Samane przesunęła dłonie do tyłu,
ostrzem osłaniając plecy. Przyklękła na jedno kolano. Ptak z energii zaatakował
Szefową z góry, gdy ta się broniła dymem. Samane odwróciła się na kolanie i z całą
siłą uderzyła w nogi przeciwniczki. Szefowa zaskoczona zdążyła cofnąć jedną nogę
do tyłu, ale druga została odcięta poniżej kolana. Mroczna wojowniczka wydarła
się wniebogłosy z bólu i przewróciła na ziemię, tarzając się z bólu i trzymając nad
miejscem odcięcia. Samane wykorzystała sytuację i zaczęła uciekać. W biegu wpisała
informację dla dyrektora, o miejscu gdzie jest Tiri. Samane już miała minąć
hangary, gdy drogę zastąpili jej Tora z mieczami, a zaraz za nimi kolejni z bronią
laserową.
– O nie – powiedziała Samane do siebie, gwałtownie zatrzymując się. Rozglądnęła
się dookoła i skręciła w prawo, chciała schronić się między pierwszym a drugim
hangarem.
Wszyscy obecni Tora pobiegli za nią. Samane został jeszcze spory kawałek. Gdy
usłyszała dźwięk strzału, odwróciła się i odbiła kilka z nich mieczem. Towarzyszyła
temu jasnozielona poświata. Jeden z napastników dogonił ją i zaatakował
mieczem. Ruszyła na niego, kopiąc na wysokości mostka i jednocześnie odbijając
się od niego w powietrze. Zrobiła salto do tyłu, mieczem odbijając kolejne pociski,
tak, że trafiały w napastników. Jeden z Tora rzucił się na nią i przygwoździł do
ziemi swoim ciałem.
o
Tiri znów zasnęła, a sen jej był o tym, jak leżała w szpitalu po upadku ze schodów
na komisariacie.
– Jak się masz? – spytał znajomy jej już policjant. – Twoi rodzice byli tu chwilę
wcześniej, ale spałaś. Ojciec chyba płakał.
– Nie uwierzę, póki sama nie zobaczę. Jego obchodzi tylko firma, rodzina się
nie liczy – odparła naburmuszona Tiri, gapiąc się w okno szpitalnianego pokoju
i naciągając kołdrę na twarz.
Mężczyzna usiadł na krześle i nie odzywał się. Tiri zaczynało to drażnić, w końcu
ściągnęła kołdrę i odwróciła w stronę mężczyznę.
– Dlaczego pan tu jest? Powiedziałam już wszystko co wiedziałam na komisariacie.
– Nie jestem tu służbowo. Po prostu martwiłem się, czy nic ci nie jest.
Tiri spojrzała na niego zdziwiona.
– Dziwi cię to, prawda?
– Przecież złapał mnie pan i potraktował jak przestępcę, a teraz się martwi.
338 339
– Wiem, że nie jesteś złą osobą. Dlaczego tu przyszedłem? Bo zależy mi na tym,
by jak najwięcej osób na świecie czuło się kochanymi przez kogoś i by nie siali
więcej zła.
Tiri spojrzała na mundur mężczyzny. Na ramieniu przyszyty był okrągły emblemat,
przedstawiający gwiazdę, a poniżej napis policja wojskowa. Tiri dopiero teraz
zdała sobie sprawę z tego, co widzi.
– Co to jest policja wojskowa? – spytała.
– Żyjesz w tym kraju, a nie wiesz, że policja i wojsko są połączone w jedno.
– Więc jednocześnie jest pan też żołnierzem?
– Tak – odpowiedział mężczyzna, zakładając po męsku nogę na nogę.
– Myślałam, że żołnierze są odważni i surowi. Z tego co opowiadali mi znajomi,
lepiej trzymać się od nich z daleka.
Mężczyzna zaśmiał się.
– Dziecinne bajki. Tylko kochający człowiek jest odważny.
Tiri po raz kolejny była zaskoczona zachowaniem mężczyzny.
– Dlaczego został pan żołnierzem?
– Bo chciałem zmienić coś w tym podłym świecie. Nawet jeśli narażam własne
życie, a wiem, że zrobiłem chociaż mały krok ratując jedną osobę, to wiem, że tym
małym gestem zmieniam świat.
– Niech mi pan opowie coś więcej o byciu żołnierzem. Jak nim zostać?
– Po pierwsze musisz dostać się do akademii, jest w niej dużo różnych klas
i specjalności. Ty najlepiej nadawałabyś się na informatyka. Na pewno masz do
tego zdolności.
– Niech pan mówi dalej. – Na twarzy Tiri pojawił się uśmiech, a oczy błyszczały
z zaciekawienia.
Mężczyzna kontynuował rozmowę, opowiadając o swoich misjach i przygodach
w akademii, tych wesołych jak i tych dramatycznych.
o
Samane przygwożdżona do ziemi, próbowała wstać i zrzucić leżącego na niej
Tora, ale gdy udało jej się zrzucić jednego, nadbiegł drugi i znów przygwoździł ją
do ziemi. Przybyli pozostali i Samane już myślała, że się nie uwolni, nagle usłyszała
śmigła helikopterów i strzały z laserowych karabinów. Kilku trafionych Tora
upadło na ziemię, a niektórzy próbowali trafić helikoptery, ale te otoczone były
ochronnym polem siłowym. Samane korzystając z chaosu uwolniła się, uderzyła
głową do tyłu prosto w nos mrocznego wojownika. Wstała i zaczęła ciąć na prawo
i lewo. Kilka razy odrzuciła napastników swoim mieczem. Zamaskowani żołnierze
Królestwa Gwiazdy zjechali z helikopterów po linach i szybko dotarli do Samane,
wystrzelali wszystkich napastników jak kaczki. Ktoś dotknął jej ramienia.
– W porządku? – spytał, a Samane rozpoznała głos pani Sojon.
– Pora na drugą część planu – odezwał się generał Jass i ściągnął na chwilę chustę
z twarzy.
Samane ruszyła za nim razem z pozostałymi w stronę nowego hangaru. Tymczasem
druga ekipa dowodzona przez Ainę, zeszła już do podziemi i przeczesała
wszystkie pomieszczenia w poszukiwaniu Tiri. W chaosie Aina nie mogła precyzyjnie
wyczuć miejsca, gdzie była Tiri i kierowała się wyłącznie informacją od Samane.
o
Tiri kolejny raz śniła, ale tym razem były to szybkie urywki z tego, jak po wyjściu
ze szpitala przepraszała ojca i obiecywała, że już nigdy nie tknie narkotyków.
Ojciec pogodził się z nią i częściej spędzał czas z rodziną. Brat uczył Tiri informatyki.
Popołudniami Tiri odwiedzała miłego pana policjanta, wypytując o coraz
więcej szczegółów. W końcu w wieku piętnastu lat zwierzyła mu się, że chce iść do
akademii. Policjant bardzo się ucieszył, ale i ostrzegał ją przed wieloma niebezpieczeństwami.
Ojciec przyjął wiadomość niezbyt entuzjastycznie. Liczył, że Tiri
podobnie jak Tim, obejmie stanowisko w jego firmie. Nie chciał jednak kłócić się
z córką. Uznał, że jest dorosła, więc niech ma prawo sama o sobie decydować. Poza
tym Tiri przysięgała, że w ten sposób chce odpokutować swoją przeszłość.
Nagle Tiri obudził jakiś hałas. Żółta żarówka zamigotała kilkakrotnie i znów
rozległy się strzały i huki. Osłabiona z trudem wstała i podeszła do metalowych
drzwi, nasłuchiwała, co się dzieje.
– Samane, ona tu jest! – Tiri poczuła jej obecność i doznała szoku. Poczuła nagły
przypływ energii. – Co to jest? – spojrzała na swoje dłonie. – Czuję obecność wielu
ludzi, Dyrektora, Aina i Samane.
Tiri uderzała w drzwi i krzyczała – Wypuśćcie mnie stąd!
o
Samane zatrzymała się.
– Co to jest? – spojrzała w dół na ziemię, jakby coś pod nią było.
Zastygła w bezruchu, a jej źrenice zareagowały.
– Co się dzieje? – spytał dyrektor, a jego głos był przytłumiony przez chustę
naciągniętą na twarz.
– Tiri. Jakaś dziwna energia.
– Obudziła w sobie coś dziwnego – skomentował dyrektor, też coś wyczuwając.
– Przecież to niemożliwe.
– Samane nie mamy teraz czasu. Musimy szybko ją znaleźć, a Tora depczą nam
po piętach – dyrektor popchnął Samane, ale ta mimo że chciała zrobić krok,
zesztywniała. Słyszała krzyki Tiri i czuła jej energię. Była ona o wiele silniejsza
340 341
ni ż dotąd.
– Nie mogę się ruszyć.
Rozległ się dźwięk strzału z karabinu i Samane dostała w plecy. Dopiero to pozwoliło
jej się ruszyć.
– Jesteś cała? – spytał dyrektor.
– Tak, kamizelka mnie ochroniła.
Oboje odwrócili się. Przed nimi z krwawiącą nogą stała szefowa.
– Mój medyk był w stanie zszyć nogę energią – odezwała się wściekła, wskazała
na krwawiącą ranę w miejscu szycia.
Dyrektor uniósł karabin do wysokości policzka i strzelił, ale pocisk odbił się
poświatą na jej tarczy z energii.
Samane lekko dotknęła ramienia dyrektora, chciała, by odłożył broń.
– Proszę. Nie pokona pan jej tarczy.
– Ani się waż z nią teraz walczyć Samane – dyrektor opuścił broń, ale spojrzał
na nią surowym wzrokiem.
Do hangaru wpadło kilku kolejnych Tora z karabinami. Wycelowali w dyrektora,
a Samane osłoniła go tarczą.
– Uciekajcie! – odezwała się Sojon, odciągając Samane i popychając dyrektora
w stronę zejścia do podziemi.
Samane popatrzyła jeszcze na walkę i uderzyła świetlistym ptakiem w sufit. Rozległ
się huk, a potem błysk. Dach zawalił się na wrogów.
– Biegnij Samane! – krzyknęła Sojon, oglądając się na nią przez sekundę – Wystarczająco
nam pomogłaś. Ratuj swoją przyjaciółkę.
Samane ruszyła za dyrektorem i czwórką innych żołnierzy. Z bocznego korytarza
wybiegli kolejni Tora. Samane uderzyła energią w kilkoro z nich, ale czuła,
że to nie było wszystko na co ją stać. Coś blokowało jej energię i to nie z jej winy.
Chwilę później znaleźli Ainę, ale jej ekipa napotkała na wyjątkowo duży opór.
– Jak miło, że dołączyliście – odezwała się sarkastycznie do dyrektora.
– Humor nigdy cię nie opuszcza – odezwał się.
Spojrzeli na siebie, a Aina oddała dyrektorowi swój karabin i spojrzała na uczennicę.
– Samane, użyj iluzji i skontaktuj się z Tiri. Może zna jakąś inną drogę.
Samane kiwnęła głową, ale zanim zdążyła cokolwiek zrobić, usłyszała krzyk dyrektora
oraz Ainy, wokół której wirowała energia. Nagle dostrzegła jak energie
obojga łączą się w jedną, a ich twarze przybrały wyraz jak z fotografii znalezionych
w sklepie z pamiątkami. Oboje ruszyli niczym strzała. Energia Ainy była ostra jak
miecz, rozcinała napastników, a dyrektor żonglował na zmianę dwoma karabinami,
to uderzając kogoś, to strzelając i łapiąc nad głową jednocześnie, to znowu
wirując wokół szyi, ciała i dłoni. Strzały rozlegały się w tak szybkim tempie, że Samane
nie mogła dostrzec, kiedy naciska na spust, wszyscy pozostali stali osłupieni
niecodziennym widowiskiem. Samane nagle otrząsnęła się, przypominiała sobie,
co miała zrobić. Zamknęła oczy i używając iluzji, znalazła się w umyśle Tiri.
Tiri zaskoczona zobaczyła, że jest w białym pokoju, bez żadnych przedmiotów
ani okien, mogła jedynie odróżnić ściany od podłogi i sufitu.
– Znowu jakiś sen – powiedziała do siebie.
– To nie sen Tiri – odezwał się ktoś.
Tiri odwróciła się.
– Samane? – spojrzała zdziwiona na przyjaciółkę.
– To nie sen Tiri, tylko moja iluzja. Jesteśmy tutaj naprawdę, ja też, ale Tora zagrodzili
nam drogę i musisz nam pomóc. Znasz może inną trasę? Jak dotrzeć do
miejsca, w którym jesteś?
– Samane, ja chciałam cię przeprosić, że ci nie ufałam – Tiri miała łzy w oczach.
– Rozumiem Tiri – Samane przytuliła się do niej – nie czas teraz na to, podaj trasę.
– Gdy mnie tutaj ściągnęli, zaraz pierwszego dnia posadzili mnie do komputera,
bym coś dla nich zrobiła. O tym, czego się dowiedziałam, opowiem ci jak się stąd
wydostanę. Mapę znajdziesz w mojej głowie, ale sama musisz odnaleźć swoją pozycję
na niej.
Tiri wyobraziła sobie mapę, a Samne udało się ją przechwycić.
– Trzymaj się Tiri. Niedługo cię znajdziemy.
Samane otworzyła oczy.
– Więc gdzie teraz, panno Sejom? – zapytał jeden z żołnierzy, a Samane była
tym zaskoczona.
– Generał Jass i Aina powiedzieli nam, że nas poprowadzisz – odezwała się jakaś
zamaskowana kobieta.
Samane zrozumiała, o co chodzi. Dyrektor jej o tym nie powiedział, ale dobrze
wiedzieli, że szybko domyśli się, co ma robić.
– W prawo– zawołała Samane i pędem pobiegła ciemnym ledwo oświetlonym
korytarzem.
Pozostali biegli za nią. Co chwilę odtwarzała w głowie mapę, którą dała jej Tiri.
– Taki był plan dyrektora – myślała – oni będą próbowali się przebić z jednej
strony i napotkają na opór, a wtedy my niepostrzeżenie pobiegniemy inna trasą.
Później dołączą do nas od drugiej strony, zapewniając czystą drogę ucieczki.
Samane uśmiechnęła się lekko. Czuła energię Tiri coraz bliżej, ale przed nimi
pojawili się też kolejni Tora. Samane od razu wyczuła, że to pozostałości. W porównaniu
z szefową i tymi, z którymi walczyła na górze, były to niewiele war342
343
te p łotki.
– Co robimy? – spytał żołnierz.
– Strzelajcie. Są mało groźni.
Samane utworzyła tarczę z energii, przez co nikt z towarzyszących jej ludzi nie
oberwał. Gdy wszyscy padli, została tylko jedna osoba.
Samane zaciekawiła się dwunastoletnią podobną do Lyry dziewczynką.
Już miała ją zaatakować, gdy ta się odezwała:
– Pożałujesz, że rozcięłaś mojej siostrze nogę – wyciągnęła miecz i ruszyła na Samane,
z powodu tarczy strzały z karabinów jej nie dosięgały.
– Osłaniajcie mnie – odezwała się do towarzyszy i gwałtownie ruszyła do przodu.
Świetlisty ptak uderzył dziewczynę, a potem ona rozcięła jej brzuch mieczem.
Dziewczynka z krzykiem upadła na ziemię i straciła przytomność.
Samane szybko odwróciła wzrok, bojąc się, że wrócą skojarzenia ze śmiercią
Lyry.
– Jednak wojownicze klany są niezastąpione – odezwał się żołnierz, klepiąc Samane
po ramieniu.
– Szefowa pewnie właśnie się wścieka – pomyślała. – należy jej się. Nie będę płakać
nad tymi, którzy służą czarnej ki. Przez moment jeszcze zastanawiała się, czy
dobrze zrobiła. Świadomość tego, co zrobiła, powoli do niej docierała. Potrzepała
głową na boki, a potem uderzyła się pięścią w czoło.
– Nie mogę teraz o tym myśleć – pomyślała.
Ekipa pobiegła dalej i skręciła w lewo.
Samane spróbowała znów użyć iluzji.
– Tiri, odsuń się od drzwi – powiedziała i gdy otworzyła oczy, omal nie przepadła
przez jakąś nierówność w podłodze. – Strzelajcie w te drzwi! – krzyknęła
i skupiła energię w dłoni, stworzyła kolejnego ptaka, uderzając nim równocześnie
ze strzałami z karabinów.
Drzwi zgięły się od jej energii, a strzały zniszczyły zamek. Rozległ się głośny huk,
aż Samane przez moment słyszała tylko pisk w uszach.
– Tiri? – powiedziała do nieprzytomnej przyjaciółki. – Tiri – odezwała się znowu
i nachyliła się nad nią.
– Samane. Jednak po mnie przyszłaś – wymamrotała i znów straciła przytomność.
Wojowniczka nachyliła się nad nią i przyłożyła dłoń, przekazała jej trochę swojej
energii.
– Nie rób tego – odezwał się ktoś, łapiąc za kaptur i odciągając do tyłu.
Samane zobaczyła Aine.
– Oszczędzaj swoją energię na wyjście stąd.
Aina zabrała Tiri i przerzuciła ją przez bark.
– Wszyscy cali? – odezwał się dyrektor,który nadbiegł z przeciwnej strony niż
przyszła Samane. W rękach nadal miał dwa karabiny.
Dziewczyna kiwnęła głową.
– Dobra robota Samane. Wiedziałem, że sobie poradzisz.
Z obu stron dało się słyszeć kroki nadbiegających Tora.
– Niewielu ich już pozostało, ostatni, z którymi walczyłam to płotki – skomentowała
Samane.
– Co teraz robimy? – spytał jeden z żołnierzy, który wcześniej towarzyszył Samane.
Dyrektor spojrzał w prawo i w lewo.
Wpuśćmy ich na siebie. Niech się nawzajem pozabijają – zaproponował dyrektor.
– Jak chcesz to zrobić? – zdziwiła się Aina, patrząc raz w jedną raz w drugą stronę.
Tora byli coraz bliżej.
– Samane, przebierzesz się?
– Że co? – Samane w pierwszym momencie zaczerwieniła się i złapała za ramiona
w geście zawstydzenia.
Aina zdzieliła ją lekko ręką w głowę.
– Masz ukraść płaszcz Tora – wyjaśniła Aina, lekko wkurzona. – Wiem, że Jass
jest przystojny i niejedna nastolatka w akademii za nim szaleje, ale ta pozycja na liście
jest już zastrzeżona.
Samane zrobiła jeszcze bardziej zawstydzoną minę, a słowa Ainy ją zszokowały,
bo zdała sobie sprawę, że Aina i dyrektor są parą. Aina drugi raz zdzieliła Samane
w głowę i dopiero teraz dziewczyna otrząsła się i rozejrzała. Z prawej strony
nadbiegło dwóch Tora. Dyrektor zaczął do nich strzelać, rzucił Ainie z powrotem
jej karabin. Przyklęknął na jedno kolano. Obaj Tora bronili się tarczą z energii.
Samane podbiegła w ich stronę i wyskoczyła, odbijając się ręką od ramienia dyrektora,
zrobiła wiatrak i kopnięciem trafiła pierwszego Tora, a drugi popchnięty
upadł na ziemię. Samane uderzyła w obu świetlistym ptakiem i stracili przytomność.
Być może nie żyli, ale nikt nie miał czasu tego sprawdzać. Samane ściągnęła
płaszcz jednego z nich i ubrała na siebie. Drugi zabrała Aina, a Tiri zaopiekował
się zaufany żołnierz.
– Wrogowie, pokażcie się. Już ja was znajdę! – wykrzyczała Samane, udając
głos Szefowej.
Tora stali osłupiali, nie rozumieli, co się dzieje.
– Wrogowie przebrali się za naszych. Zabijcie ich!
Samane rzuciła się na pierwszego z przodu Tora, a pozostali uznali to za zdradę
344 345
i r z ucili się na niego. Niektórzy zorientowali się, że coś jest nie tak i w końcu zaczęli
atakować siebie nawzajem.
Samane uśmiechneła się i razem z Ainą korzystając z zamieszania, pobiegły
w drugą stronę. Samane znowu podrobiła głos szefowej i wywołała takie samo zamieszanie.
Żołnierze Gwiazdy razem z Ainą, dyrektorem, Samane i nieprzytomną
Tiri na plecach schowali się w pomieszczeniu, do którego wcześniej Szefowa przyprowadziła
Tiri. Wszędzie było pełno komputerów.
Tiri ocknęła się.
– Gdzie jesteśmy?
– Niestety nadal w podziemiach – odezwał się do niej dyrektor. – Jak się czujesz?
Tiri spojrzała na swoje dłonie i o własnych siłach wstała.
– Byłam słaba, ale teraz czuję się nadzwyczaj dobrze, jakbym miała niewyobrażalnie
dużo siły.
Samane i Aina spojrzały na nią. Dziewczynę znów otaczała ta sama energia
co wcześniej.
– Tiri, co to jest? – Samane była zaskoczona.
– Tiri przekroczyła swój limit i obudziła ukrytą energie – skomentowała Aina.
– Przecież nie pochodzi z wojowniczego rodu. – Samane obie sprawy nie kleiły
się ze sobą.
– Samane,pamiętasz zajęcia? Było mówione, że także w innych regionach używano
ki. Każdy ma w sobie iskry.
Samane nagle olśniło.
– Dlaczego tutaj jesteśmy? – spytała Tiri, rozglądając się po pomieszczeniu i rozpoznając
je.
Na stole leżały jej kostki. Schowała obie szybko do kieszeni.
Samane dostrzegła ten ruch i lekko się uśmiechnęła, ale nikomu o niczym nie
powiedziała. Wiedziała, że Tiri wymyśliła jakiś plan, ale jeśli się stąd niewydostaną,
to i tak nie dojdzie do skutku.
– Czekamy, aż tamci nawzajem się pozabijają – wyjaśniła Aina, przysłuchując się
odgłosom za drzwiami.
– Nie musimy czekać – odpowiedziała Tiri i przeszła na koniec pomieszczenia,
gdzie stała stara, trochę zgniła szafa. Otworzyła drzwi, a zamiast nich pojawiła
się czarna otchłań, jakby nieoświetlony korytarz. Czuć było stęchlizną, a dookoła
wisiały gęste firanki z pajęczyn.
– Skąd wiedziałaś? – dyrektor był wyraźnie zaskoczony.
– Kazali mi szukać planów szkoły. Trochę mnie to zastanawiało i poszukałam
także planów tego miejsca. Tora nie mają pojęcia o tym tunelu. Więc możemy im
się zmyć sprzed nosa niezauważalnie. – Tiri aż uśmiechnęła się na samo wyobrażenie
miny szefowej, gdy zorientuje się, jak im uciekli.
– Dokąd prowadzi ten korytarz? – spytał dyrektor wyraźnie zaskoczony odkryciem.
– Do akademii – odpowiedziała Tiri i zachwiała się.
Samane złapała ją i poczuła, jakby energia Tiri i jej połączyły się w jedno.
Aina dostrzegła to, ale nic nie mówiła. Dyrektor z kolei stał jak osłupiały, nie
mógł uwierzyć, że nie miał pojęcia o tunelu prowadzącym stąd do akademii.
Tiri poczuła się lepiej, gdy Samane ją złapała.
– Możemy wyjść wcześniej. Za dwadzieścia metrów powinien być właz.
Rozległo się uderzenie w drzwi, a zaraz potem ktoś na zewnątrz upadł na ziemię.
Wszyscy aż podskoczyli, odwrócili się i unieśli broń. Samane wyciągnęła miecz
i uniosła do gardy.
Przez sekundę stali w napięciu, ale do środka nikt nie wszedł.
– Pośpieszmy się – ponagliła Aina, wyciągając z kieszeni latarkę.
– Zaczekajcie chwilę – Odezwała się Tiri, podbiegła do komputerów. – Zostawię
im mały prezent – uśmiechnęła się z satysfakcją i kliknęła kilka razy w coś na klawiaturze.
– Możemy iść. Dosłownie, gdy od wewnątrz zamknęli drzwi szafy, do
pomieszczenia wpadła szefowa. Spojrzała na ekrany i na wszystkich wyświetlał
się ten sam czerwony komunikat: Wszystkie dane zostały usunięte. Szefowa krzyczała
ze złości, miotając przekleństwami najpierw w stronę Tiri, a potem Samane.
Dziewczyny przebijając się przez pajęczynę, zdążyły jeszcze to usłyszeć i obie zaśmiały
się.
o
Światło latarki było zbyt słabe, by oświetlić wszystkim drogę. Dyrektor i kilku
żołnierzy miało latarki przy karabinach, ale , jaka panowała w tunelu, wydawała
się pochłaniać całe światło. Co chwilę ktoś się potykał o dziury w spękanej podłodze.
Samane szła pierwsza, przecinając mieczem pajęczynę.
– Dlaczego tu jest tak ciemno? – spytała Tiri. – Przecież latarki mocno świecą –
dziwiła się.
– Podziemia to najlepsze miejsca dla Tora, bo bez dostępu światła mogą gromadzić
większe ilości czarnej ki, czyli potocznie mówiąc dymu – wyjaśniła Samane,
rozcinając mieczem kolejną firanę. – Dlatego jest tutaj tak ciemno i jeśli szybko
stąd nie wyjdziemy, dym nas udusi i zabije.
– I ty mi to dopiero teraz mówisz! – Tiri przeraziła się.
– Jakoś nie widać po tobie, by coś ci się działo – zauważyła Samane.
– I co z tego? – Tiri znów zrobiła się naburmuszona, a Samane uśmiechnęła się.
– Co cię tak bawi? – odparła złośliwie Tiri.
– Nie zauważyłaś jeszcze, że wszyscy chronią się energią przed dymem. Nawet ty.
346 347
T iri rozglądnęła się na boki i do tyłu, a potem spojrzała na swoje ręce.
– Można to robić nieświadomie? – zdziwiła się.
– Po dłuższym treningu przychodzi to samo intuicyjnie, ale po tobie się tego
nie spodziewałam.
Przez kolejną chwilę panowała cisza. Rozlegające się co jakiś czas dudnienie i ciche
odgłosy strzałów świadczyło o tym, że na górze nadal toczy się bitwa. Samane
miała tylko nadzieję, że pani Sojon żyje.
– Tiri daleko jeszcze do tego włazu? – spytała Aina, oglądając się na pozostałych
żołnierzy, którzy po trochu zaczynali się krztusić i tracić oddech.
– Powinien być już za chwilę – odpowiedziała, nie zwracając na pozostałych
uwagi.
Samane widziała jednak, że za długo idą przez dym, a pozostałe nieznane jej
z imienia i nazwiska osoby miały mniejszą anergię i nie były już w stanie się bronić.
– Dobrze, że nie idziemy do akademii, bo na pewno by tu umarli. – pomyślała.
– Może to pomoże – powiedziała i skupiła w dłoni dużo światła.
Dotknęła drugiej dłoni i wykonała dziwny gest, jakby przekładała ze sobą dłonie
i wykręcała nadgarstki w różne strony. Przesunęła dłonie tak, że światłem narysowała
spiralę. Skupiła jeszcze więcej energii w dłoniach, która przybrała formę
dwóch ptaków. Samane dołączyła okrzyk, a dwa nieduże ptaki poleciały do przodu
po spiralnym torze. Towarzyszył temu silny rozbłysk światła. Pajęczyny rozpuściły
się, a dym zniknął. Czuć było inne powietrze, a i latarki świeciły teraz jak trzeba.
Aina po raz kolejny patrzyła na to zdziwiona. Widziała już, jak energia Samane
przybiera postać świetlistego ptaka i skojarzyła tą umiejętność z pewną znajomą
osobą, ale widoczny przed momentem atak był autorską techniką kogoś bliskiego.
Aina nie mogła pojąć, gdzie Samane się tego nauczyła.
– Jak to zrobiłaś? – spytała.
– Podkręciłam energię – odpowiedziała zadowolona, że się udało i pomysł przyniósł
oczekiwany efekt.
– Tyle się domyśliłam, ale gdzie się tego nauczyłaś?
– Nigdzie. Przyszedł mi teraz taki pomysł do głowy.
Dyrektor spojrzał na pozostałych. Wyglądali na zmęczonych. W końcu zużyli
sporą ilość swojej energii, by się ochronić.
– To tutaj – zawołała Tiri, podchodząc do ściany, na której były metalowe
pordzewiałe, a gdzieniegdzie porośnięte mchem schody. Gdzieś z góry kapała
woda, zlewając się po ścianie szybu. Aina przyświeciła w górę latarką.
– Jesteśmy tak głęboko? – skomentowała – przecież schodziliśmy tylko jeden
poziom pod ziemię.
– Widocznie korytarz jest wykopany pod kątem w dół – dyrektor również przyświecił
swoją latarką.
– Właz będzie pewnie zamknięty. Jak się wydostaniemy? – Martwił się żołnierz.
Pójdę pierwsza i sprawdzę, jak daleko musimy się wspiąć i w razie czego spróbuje
otworzyć go, uderzając atakiem ducha – zaproponowała Samane i popatrzyła
w górę.
– Dobrze idź, ale uważaj na siebie – dyrektor spojrzał jej w oczy, jakby chciał
powiedzieć, nie wpakuj się w kłopoty.
Samane kiwnęła głową i zaczęła wspinać się do góry po drabinie. Czuła, jak co
chwilę spadały jej na głowę i ręce krople wody. Szczeble były mokre, a z powodu
mchu ciężko było się utrzymać. Nagle zauważyła w górze światło i kraty. Woda
zlewała jej się za ubranie, powodując nie przyjemne uczucie. Spojrzała w dół i zobaczyła
ciemność. Spojrzała znów w górę, wspinając się na kolejny szczebel. Nie
zdążyła postawić stopy, gdy ręka zjechała jej ze szczebla. Zakrzyczała, czując jak
spada w dół. Po chwili znów znalazła się w ciemności.
– Tylko nie panikuj – pomyślała, a pęd powietrza uniósł jej włosy w górę.
W ciągu kilku sekund gorączkowo próbowała coś wymyślić. Łapała się szczebla,
ale nie mogła go ani dosięgnąć, ani wyczuć w locie machając ręką na oślep.
– Cholera zabiję się – powiedziała cicho.
Próbowała wyhamować rozpychając się rękami i nogami na boki, ale ściany szybu
były za szerokie i śliskie. Przypomniała sobie o metalowych gwiazdkach do rzucania,
które miała w kieszeni. Niektóre z nich miały bardzo mocne żyłki. Sięgnęła
i rzuciła jedną z nich wbijając w ścianę, ale pęd był zbyt duży i gwiazdka wyrwała
się ze ściany. Samane sięgnęła po kolejną i nim pierwsza odpadła, wbiła drugą, ale
i w tym przypadku skończyło się podobnie jak przy pierwszym podejściu.
– To moja ostatnia szansa – powiedziała, czując, że zaraz uderzy o ziemię,
a w kieszeni zostało jej już tylko pięć gwiazdek z żyłkami. Rzuciła wszystkie naraz
w różne strony. Cztery wbiły się w ściany i trochę wyhamowały jej spadanie, ale
przy szarpnięciu wszystkie znowu odpadły. Samane próbowała złapać się szczebla,
ale znów chybiła. Piąta gwiazdka zaplątała się na szczeblach. Żyłka przygwoździła
gwiazdkę do metalu, owijając się wokół niej. Kolejne szarpnięcie spowodowało,
że Samane zawisła, a ułamek sekundy później mocno uderzyła w ścianę. Krzyknęła
z bólu. Czuła jak ostre odstające kamienie wbijają jej się w plecy. Na szczęście
kamizelka ochroniła ją przed zranieniem. Już miała odetchnąć, gdy linka od
nacisku rozcięła się na ostrej krawędzi gwiazdki i Samane znów poczuła, jak spada.
Wysunęła rękę, którą kilkakrotnie uderzyła w szczeble. Samane zacisnęła zęby
z bólu i bolącą ręką na chybił trafił złapała się jakiegoś szczebla, by kolejny raz
się nie zsunąć, zacisnęła palce najmocniej jak mogła, a szarpniecie spowodowało,
348 349
że z abolały ją zarówno stawy jak i mięśnie w całym ramieniu. Wymacała stopą
szczebel i chwyciła się drugą ręką, dając pierwszej odpocząć.
– Samane, jesteś cała? – zmartwiła się Aina słysząc jej krzyki.
– Poślizgnęłam się i spadłam, a potem uderzyłam w ścianę, ale już wszystko ok.
– Jesteś ranna? – spytał dyrektor .
– Chyba nie, ale za to obolała.
Samane odetchnęła z ulgą, czuła, że ma oparcie pod obiema stopami.
– Jak sytuacja? – spytała teraz Aina.
– Na górze jest krata. Nie wiem, czy jest zabezpieczona, bo nie udało mi się
tam dotrzeć. Szczeble są bardzo śliskie, ciężko się utrzymać, a ze ściany wystają
ostre kamienie.
– Ruszamy! – zawołała Aina – ale powoli i ostrożnie. Jeśli jeden spadnie, polecą
wszyscy poniżej. Najpierw Tiri.
Samane słysząc, że pozostali wchodzą na drabinę, zaczęła znowu się wspinać.
Tym razem robiła to wolniej i uważniej. Gdy dotarła do miejsca, w którym się poślizgnęła,
zatrzymała się i zanim chwyciła kolejny szczebel, dokładnie sprawdziła,
jaki jest i gdzie najlepiej się złapać. Spojrzała znowu w dół i dostrzegła Tiri.
– Uważaj. Tutaj spadłam.
Tiri mruknęła na znak, że rozumie. Samane ruszyła w górę i w końcu dotarła
do kraty. Słyszała teraz bardzo wyraźnie strzelanie i odgłosy walki. Sięgnęła ręką
przez kratę, szukając jakiegoś zamka czy zabezpieczenia, ale niczego takiego nie
było. Nie mogła też użyć świetlistego ptaka, bo energia bez oporu po prostu przeleciałaby
przez kraty.
– Nie ma zamka! – zawołała w dół. – Energią też nic nie wskóram.
Dyrektor słysząc Samane, sięgnął ręką do kieszeni w kurtce i podał Ainie coś, co
wyglądało jak marker do pisania.
– Nie żartuj, że nosisz to ze sobą – zdziwiła się Aina i podała przedmiot Tiri.
– Co to? – spytała Samane, odbierając przedmiot od przyjaciółki.
– To laser o dziesięciokrotnie większej mocy niż w karabinie. Obchodź się z nim
ostrożnie – wyjaśnił dyrektor.
Samane przeraziła się, ale od razu wzięła się do roboty, wciskając przycisk. Czerwony
laser ciął każdy pręt kraty po kolei. Towarzyszyły temu iskry i poświata oraz
swąd spalenizny. Gdy zostało kilka prętów, Samane zebrała energię w mięśniach
dłoni i z okrzykiem odrzuciła kratę na bok. Głośny dźwięk zwrócił uwagę walczących
przy hangarach Tora. Samane wygramoliła się na górę, pomagając Tiri wyjść.
Niebo było zachmurzone. Lekka mżawka przerodziła się w deszcz. Od tej strony
otaczał ich nisko ścięty zielony trawnik. Nie było żadnych drzew ani krzaków,
za którymi można byłoby się ukryć. Samane usłyszała, że ktoś nadbiega. Dobyła
miecza z pochwy na plecach i odbiła pierwszy strzał.
– Tiri, schowaj się za mną! – krzyknęła, cały czas patrząc na nadbiegających przeciwników.
Aina i dyrektor zaraz po wyjściu ściągnęli z pleców karabiny i przyklękając zaczęli
strzelać, zdejmując przeciwników jeden po drugim.
– Samane wycofaj się! – rozkazał jej dyrektor.
Samane miała ochotę dalej walczyć, ale pamiętała, jak dyrektor mówił jej,
że w czasie całej akcji ma słuchać rozkazów i nie działać na własną rękę. Patrząc
cały czas przed siebie, zrobiła kilka kroków do tyłu, stając za dyrektorem i pozostałymi,
którzy klęczeli na jednym kolanie i strzelali.
– Samane, Tiri w dół. Jesteście łatwym celem! – zawołał dyrektor, nawet się
na nie nie oglądając.
Mimo wszystko co jakiś czas Samane musiała odbijać strzały, by nie trafiły
w Tiri. Samane odnosiła wrażenie, że wrogowie najbardziej celują właśnie w nią
i przyjaciółkę.
– Musimy dostać się do pozostałych. Jass wezwij helikoptery, niech osłaniają nas
z góry – zawołała Aina.
Dyrektor kliknął w guzik na zegarku i wypowiedział kilka niezrozumiałych
z powodu hałasu słów.
Samane dosłyszała jedynie, potrzebujemy wsparcia, a potem wyłapała słowo
północ i hangar.
Aina zdjęła pięciu napastników, a dyrektor kolejnych pięciu. Nadbiegło jeszcze
czterech.
– Ruszamy – krzyknął dyrektor i ekipa pędem ruszyła w stronę hangaru, gdzie
toczyła się bitwa.
Samane coś zaniepokoiło i oglądnęła się za siebie. Z tyłu ścigało ich kolejnych
pięciu. Ich broń na razie ich nie dosięgała.
– Mamy ogon! – krzyknęła, a Tiri potknęła się i upadła na ziemię. Samane szybko
zasłoniła ją swoim ciałem, odbijając mieczem pociski. Wymachiwała ostrzem
na wszystkie strony z coraz większą prędkością i czuła, że długo tak nie pociągnie.
Żołnierze zostawili ich, ale Aina i Dyrektor już nadbiegali im z pomocą. Pierwszy
z napastników zbliżył się do Samane na odległość metra. Dziewczyna rozcięła jego
karabin mieczem, a ten wściekły uderzył ją jedną z części w głowę. Samane przewróciła
się do tyłu na ziemię i poczuła, jak wszystko wokół niej wiruje. W głowie
słyszała tylko szum. Przez mgłę dostrzegła znajomą twarz Ainy. Pani generał przyłożyła
dłonie do jej głowy i ból ustał, a wzrok na powrót się wyostrzył.
– Czemu nie używasz tarczy głuptasie? – upomniała ją Aina.
– Wszystko za szybko się działo – odpowiedziała Samane, podnosząc się i łapiąc
350 351
za g łowę.
Nagle dostrzegła nad sobą helikopter, a chwilę potem nad hangary nadleciało
jeszcze kilka. Samane dostrzegła pozostałych żołnierzy i grupę Sojon biegnących
do helikopterów. Na każdym z nich zawieszona była dalekosiężna broń. Wszyscy
Tora padali na ziemię po kolei, a gdy Sojon zameldowała, że wszyscy są poza
hangarem, rozległ się szum wylatującej rakiety, a potem huk wybuchu. Samane
zakryła uszy, czując na sobie silny podmuch. Dyrektor strzelił do ostatniego z tej
strony Tora, po czym rzucił się na Tiri, przygwożdżając ją do ziemi i zasłaniając
własnym ciałem.
– Nic ci nie jest? – spytał, gdy wszystko ucichło.
– Nie – odparła cicho lekko oszołomiona, tym co się stało.
Samane i Aina wstały, podbiegły do dyrektora i Tiri. Helikopter wisiał kilka metrów
od nich i teraz zniżał się powoli w dół, aby mogli do niego wsiąść. Aina już
miała postawić nogę na płozie, gdy od tarczy z jej energii odbił się laserowy pocisk.
Wszyscy obejrzeli się. W ich stronę szło dziesięciu niedobitków Tora z kulejącą
szefową na czele. Co niektórzy mieli nogi bądź ręce przewiązane bandażami,
a większość gdzieś straciła swoje czarne płaszcze i teraz było widać, że niektórzy
napastnicy z karabinami w ręku mieli od dwunastu do dwudziestu lat.
– Dzieciaki – dyrektor zacisnął zęby z wściekłości i trzymając karabin przy oku
zastanawiał się, czy strzelić czy nie. Szefowa dobiegła pierwsza do helikoptera i zaatakowała
Tiri. W trakcie jej biegu nie padł żaden strzał, ale gdy tylko Tiri cofnęła
się, ledwo unikając ostrza Szefowej, rozpoczął się ostrzał. Pociski odbijały się od
pola ochronnego helikoptera. Szefowa zamachnęła się kolejny raz.
– Nie mam jak atakować. Przecięłabym Tiri – pomyślała Samane i wmieszała
się między nie. Ostrze szefowej zatrzymało się na tarczy z energii. Aina i dyrektor
zajęci byli strzelaniem do nadbiegającej bandy dzieciaków. Mimo iż niezbyt im się
to podobało, nie mieli innego wyjścia, jeśli chcieli wyjść z sytuacji cało. Co jakiś
czas spoglądali na to, jak radzi sobie Samane.
– Zabiję was obie! – krzyknęła Szefowa, robiąc zamach z góry. Samane sparowała
atak, ustawiając ostrze w poziomie nad głową.
– Teraz to ty nie panujesz nad sobą. Widzisz, role się odwróciły. Teraz to ja z łatwością
odczytuję twoje ruchy. A twój dym nie jest w stanie się nawet pojawić.
– Samane czuła się górą w tej sytuacji. Szefowa nie potrafiła teraz kontrolować
dymu. Jedynie jej tarcza jeszcze się trzymała. Dodatkowo nadal kulała na przyszytą
za pomocą energii nogę.
Tiri stała za Samane. Z boku nadbiegł inny napastnik, jeszcze w płaszczu, ale
dosyć mocno potarganym i z nożem w ręce, rzucił się na Tiri. Samane dostrzegła
napastnika kątem oka i miała coś z tym zrobić, ale szefowa skorzystała z okazji
i rzuciła się na Samane, łapiąc ją za nogi. Samane straciła równowagę i leciała do
tyłu na Tiri. Aina chciała strzelić, ale zmieniła zdanie, gdy uznała, że zrobi krzywdę
dziewczynom. Nie czuła się na siłach ryzykować. Wiedziała, że nie potrafi tak
precyzyjnie strzelać, poza tym prosto na nią nabiegało trzech napastników, więc
musiała skierować lufę w inną stronę i przez moment nie myśleć o dziewczynach.
Liczyła tylko, że Samane ochroni się tarczą z energii. Samane obróciła w dłoni
miecz i w odwrotnym chwycie zadała cios w jednej linii, najpierw szefowej, a potem
napastnikowi. Tarcza Szefowej rozproszyła się, a napastnik zraniony upadł
na ziemię. Samane zeszła z Tiri, oglądając się, czy jej nie zraniła. W tym momencie
szefowa znów zaatakowała mieczem, a Tiri tak się przestraszyła, że jej przebudzona
energia dała o sobie znać. Samane znów temu nie dowierzała, ale zrobiła jeszcze
większe oczy, gdy Tiri wstała i uderzyła Szefową elektryczną błyskawicą. Aina
kątem oka dostrzegła, co się dzieje i była w lekkim szoku. Nadal jednak musiała
skupiać się na tym, co działo się przed nią. Samane osłupiała, patrzyła jak szefowa
nieprzytomna upada na ziemię.
– Nie wierzę – skomentowała, zbliżając się do Tiri – dopiero co obudziłaś energię,
a już pojawił się talent.
– Co to oznacza? – Tiri spojrzała na swoje dłonie, a potem na nadbiegających
przeciwników.
– Wyjaśnię ci innym razem. Teraz nie czas na to – uśmiechnęła się Samane z satysfakcją
– mam pewien pomysł, ale potrzebuję twojej pomocy.
Tiri spojrzała Samane w oczy.
– Co mam zrobić?
– Dasz radę jeszcze raz użyć błyskawicy?
– Nie wiem, ale spróbuję.
Dziewczyny ustawiły się obok siebie i chwyciły za prawe dłonie. Spojrzały przed
siebie. Samane utworzyła w dłoni światło, a Tiri błyskawice. Naraz z okrzykiem
zaatakowały, a świetliste ptaki otoczone błyskawicami ruszyły całą chmarą, powalając
większość napastników. Pozostałe osoby ruszyły na nich z impetem.
– Kończy mi się amunicja – zawołał dyrektor, zmieniając magazynek z energią
potrzebną do wygenerowania laserowego strzału.
– U mnie tak samo – odparła Aina i opuściła karabin po ostatnich strzałach.
Dyrektor trafił jeszcze dwóch napastników, ale kolejni unikali strzałów, a dyrektor
ciągle pudłował, marnując ostatni magazynek. Tiri zmęczona upadła na kolana,
schowała się za Samane, która raz po raz rzucała świetlistymi ptakami. Tylko
ona była teraz w stanie coś zrobić. Kolejnych dwóch upadło. Pozostało jeszcze
trzech. Samane myślała, że to koniec, ale nagle pojawiła się dziesiątka nowo przybyłych
wrogów.
352 353
– Wezwali dodatkowe wsparcie – zauważył dyrektor.
Samane dysząc ze zmęczenia, desperacko próbowała trafić pozostałą trójkę, ale
jej ataki były coraz słabsze. Padła na kolana i fartem strąciła jednego zakapturzonego
chłopaka.
– Do helikoptera szybko – powiedziała Aina – teraz mamy szansę.
Kobieta przesunęła drzwi helikoptera i wgramoliła się do środka. Dyrektor dobiegł
do helikoptera i już miał wsiąść, gdy oberwał w ramie. Pocisk rozciął kurtkę
i głęboko rozciął skórę i to co pod nią.
Dyrektor jęknął z bólu, upuszczając na ziemię karabin.
– Jass! – krzyknęła Aina z rozpaczą w głosie.
Nagle nad nimi przeleciał drugi helikopter, a w środku na podłodze leżał ktoś
o potrzepanych włosach i z snajperskim karabinem na podstawie. Rozległ się
dźwięk strzału. Jeden za drugim celnie trafiały w kolejnych przeciwników. Ani
jeden strzał nie został spudłowany.
– Akelai, spadłeś nam z nieba – odezwała się Aina do mikrofonu zaczepionego
przy uchu.
Jeden Tora podbiegł do Samane. Dziewczyna chwyciła za jego karabin i przewracając
się na plecy, kopniakiem podbiła do góry i rzuciła w bok. W rękach pozostał
jej karabin.
Nie do końca wiedziała, co z nim zrobić i jak go używać. Jedynie wiedziała,
że jak naciśnie na spust, to strzeli. Nie wiedziała nawet, jak strzelać. Odruchowo
nacisnęła na spust i trafiła drugiego.
Spojrzała przed siebie, zobaczyła, jak Akelai trafia w każdego po kolei. Gdyby
tylko wiedziała, jak się tego używa. Dziadek nigdy jej tego nie nauczył. Powiedział,
że to zbyt niebezpieczne dla młodej osoby. Pozwolenie na broń i tak było przyznawane
dopiero od osiemnastego roku życia.
– Muszę coś wymyślić – Myślała.
– Przyłóż oko do lunety – zawołał dyrektor, widząc, że Samane nie wie, co zrobić.
– Przyklęknij i celuj tam, gdzie masz muszkę. Samane spojrzała przez lunetę
i dostrzegła napastników o wiele bliżej niż normalnie. Dostrzegła mały czarny
punkt na końcu lufy. Wycelowała i przez moment skupiła się tak, jak na zajęciach
ze strzelania z łuku. Uspokoiła oddech. Dźwięki wokół ucichły. Była tylko ona
i broń.
– Jestem samotnym strzałem – szepnęła do siebie i nacisnęła spust, trafiając prosto
w serce wroga. Wycelowała i nacisnęła kolejny raz, ani razu nie pudłując i trafiając
dokładnie tam, gdzie chciała.
– Jest tak samo dobra jak Akelai – skomentowała z podziwem Aina, a dyrektor
przytaknął, przytrzymując dłonią krwawiącą ranę.
W końcu wszyscy padli.
– Samane, wskakuj szybko!
Dziewczyna z karabinem w jednej dłoni złapała Tiri za rękę i obie podbiegły do
helikoptera. Samane podała Ainie karabin i wskoczyła do środka. Podała Tiri rękę.
– Ruszaj – krzyknął dyrektor do Pilota, a śmigło zaczęło szybciej wirować. Helikopter
powoli unosił się do góry. Samane chwyciła mocniej Tiri, chcąc ją szybko
wciągnąć, w tym momencie Szefowa odzyskała przytomność i doskoczyła do Tiri,
łapiąc ją za nogę. Dziewczyna wyślizgnęła się Samane z chwytu, a helikopter gwałtownie
ruszył w górę.
– Nie, krzyknęła Samane, czuła, że Tiri spada.
Szefowa zsunęła się z nogawki spodni Tiri i spadła w dół. Samane rzuciła się
do przodu za Tiri, ale jej dłoń musnęła koniuszkami palców Tiri. Nagle z dłoni
Tiri popłynęła błyskawica, splatając się ze światłem, które mimowolnie uwolniło
się z dłoni Samane i przyjęło postać nici. Obie energie związały się i Tiri zawisła,
ale helikopter przechylił się i Samane zsuwała się po podłodze w stronę krawędzi.
Dyrektor rzucił hak z liną za siebie, zaczepiając go o metalową rurkę pod sufitem.
Samane krzyknęła i spadła głową w dół.
Dyrektor przypiął szybko linę do uprzęży, która była podstawowym elementem
jego ubioru i skoczył w dół z helikoptera, w ostatniej chwili łapiąc za pochwę miecza
na plecach Samane. Obie dziewczyny poczuły szarpnięcie, a Samane na sekundę
straciła oddech, gdy pasek od pochwy nacisnął na jej klatkę piersiową.
Aina powoli zaczęła wciągać linę z całą trójką na gorę. I gdy wszyscy się wgramolili,
zatrzasnęła drzwi. Dyrektor usiadł. Aina posadziła Tiri na siedzeniu i przypięła
pasem. Samane leżała na podłodze i dyszała. Dyrektor złapał ją pod ramiona,
po czym posadził.
– I jak się podobało? – spytał, śmiejąc się na cały głos.
Samane spojrzała na niego zdziwiona.
Aina też była uśmiechnięta.
– Ich to bawi? – pomyślała Samane.
Wszyscy byli brudni, spoceni, ubrudzeni krwią, a dyrektor nawet ranny. Tiri
zmęczona spała.
– Dla nas to żadna nowość – odparł dyrektor – śmiał się, gdy zobaczył zdziwioną
Samane – Takie jest życie żołnierza. Swoją drogą świetnie się spisałaś – dyrektor
poklepał ją po ramieniu.
Dziewczyna uśmiechnęła się w końcu, mimo iż była zmęczona, też nagle poczuła
radość z tej akcji. Dyrektor podał jej swoją menażkę z wodą, by się napiła.
Wychyliła całą naraz, a potem w drodze do akademii zasnęła. Obudziła się, gdy
wylądowali na lądowisku wśród drzew obok akademii. W pokoju czekało na nią
354 355
i T i ri niezłe powitanie. Tiri jednak nie obudziła się. Dyrektor przyniósł ją na rękach
do łóżka. Samane usiadła na swoim, zajadając łapczywie ciasto. Nie znosiła
słodyczy, ale była okropnie głodna i musiała uzupełnić energię.
– Wyglądasz okropnie – skomentowała Sayate – Zresztą pani Aina i dyrektor nie
wyglądają wcale lepiej. Powinnaś wziąć kąpiel zanim pójdziesz spać.
– Jutro masz wolne, Samane. Należy ci się – powiedział dyrektor. Pożegnał się
i razem z Ainą wyszli.
Samane spała tej nocy jak zabita. Następnego dnia obudziła się dopiero późnym
popołudniem.
W pokoju nikogo nie było. Tiri też już wstała. Zauważyła na podłodze brudne
ubranie, które miała wczoraj na sobie. Bluza i koszulka nie nadawały się już do
ubrania. Były zdarte od kamieni, w które uderzyła plecami, a na dodatek widniał
ślad przepalenia materiału po trafieniu. Podniosła ubranie z ziemi i zobaczyła kamizelkę,
którą dał jej dyrektor.
– Zastanawiam się, czy ją oddać. Już miała ją rzucić na stolik, gdy z kieszeni
w spodniach wypadł laser. – Nie powinnam tego przy sobie nosić. To niebezpieczna
rzecz.
Samane przebrała się w szkolny mundur i wyszła. Widziała wszystko , co każdego
dnia nauki. Ona jednak miała wrażenie, że widzi to z innej perspektywy.
W trakcie gdy tutaj uczniowie beztrosko uczą się i trenują, inni walczą, a i niekiedy
giną. Większość była nieświadoma tego faktu. Samane zastanawiała się, czy czwarte
i piąte klasy też mają takie spojrzenie .
– Samane, jak się czujesz? – odezwał się ktoś głośnym i entuzjastycznym okrzykiem.
– Yashi. Witaj. – dziewczyna odwróciła się, a księżniczka rzuciła jej się na szyję,
głośno się śmiejąc.
Wszyscy na korytarzu spojrzeli na nie.
– Idę o zakład, że już połowa szkoły wie o tej akcji z Tiri. – Samane czuła na sobie
zazdrosne spojrzenia wszystkich wokół.
– Takiej grubej akcji nie da się ukryć.
Samane spuściła głowę.
– Przyzwyczaisz się do sławy. W razie czego służę pomocą. – Yashi zaśmiała się.
– Idziesz ze mną na kawę i ciastko do cukierni?
– Wybacz Yashi, ale właśnie idę do dyrektora.
– Ok, rozumiem. W takim razie widzimy się później.
– A Yashi – Samane złapała księżniczkę za rękę, a gdzieś z tyłu usłyszała komentarze:
– Patrzcie, rozmawia sobie od tak z księżniczką jak przyjaciółka. Sławne nazwisko.
To wnuczka tego generała, nic dziwnego, że już ma misje na swoim koncie.
Pewnie dlatego trzyma z księżniczką. Chciałabym być taka odważna jak ona.
– O co chodzi Samane? – Yashi była zaskoczona takim gestem.
– Pamiętasz, jak twój ojciec, to znaczy król, mówił, że gdybym czegoś potrzebowała,
mam się nie bać prosić.
– Potrzebujesz pomocy? – Yashi była zdziwiona.
– Chciałabym zobaczyć magiczne lustro.
Yashi zrobiła wielkie oczy.
– Spytam ojca, ale powiedz, do czego ci to. Lustro wyciąga z ludzi to co najgorsze.
Jedno spotkanie z nim może zakończyć się nawet śmiercią albo umysłowym
paraliżem.
– Mam problem, który muszę rozwiązać – Samane spuściła głowę i powiedziała
ostatnie zdanie ciszej.
Yashi spojrzała na nią ze współczuciem.
– Zobaczę, co da się zrobić – uśmiechnęła się i pożegnała.
Samane odwróciła się, by iść dalej i zobaczyła tłum stojących na korytarzu osób.
Wszyscy wpatrywali się wytrzeszczonymi oczyma.
Uczennicy nie spodobało się to.
– Co się tak gapicie?! – zawołała, a tłum przestraszony w momencie się rozpierzchł.
– Przynajmniej jedna korzyść z tej sławy – pomyślała i uśmiechnęła się,
ruszyła dalej korytarzem.
Zapukała ostrożnie w drzwi gabinetu dyrektora.
– Proszę – rozległ się głos.
Ucieszyła się, że dyrektor jest w środku. Przyłożyła prawą dłoń do skroni.
– O Samane – dyrektor był trochę zaskoczony jej obecnością. – Widzę, że przyzwyczaiłaś
się już do salutowania. W sumie dobrze, że jesteś, bo mam do ciebie
dwie sprawy, ale najpierw… Jak się czujesz? Odpoczęłaś już?
– Tak.
– Jak wrażenia po akcji?
– Szczerze, dziwnie się czuję. Ta normalność w szkole mnie dziwi.
– Przyzwyczaisz się. To typowa reakcja i całkiem łagodna, jak na kogoś, kto
przeszedł pierwszą poważną misję. Zazwyczaj uczniowie rezygnują po czymś takim
z akademii albo załamują się, mają koszmary i tak dalej. Ciebie jednak, jak
widzę, to nie dotyczy . Muszę ci pogratulować, jak na pierwszoklasistkę, spisałaś
się niesamowicie. Twoje umiejętności znacznie przerastają poziom twojej klasy.
Chciałbym cię przenieść do trzeciej klasy, ale decyzja oczywiście należy do ciebie.
Samane osłupiała.
– Co? – dopiero po chwili dotarło do niej, co dyrektor powiedział. – Dziękuję
356 357
za p ochwałę, ale chyba zna pan odpowiedź. Nie po to ratowałam Tiri, by teraz
przechodzić do innej klasy. Mam drużynę. Osoby, którym ufam. Nie zamieniłabym
ich na nikogo innego. Ludzie są niezastąpieni.
– Rozumiem – odpowiedział dyrektor. – To dla ciebie. – wskazał na papierek
leżący na stole, wyglądał podobnie jak ten od króla. Samane przyjrzała mu się,
miał mnóstwo znaków wodnych i był w zielonym kolorze, z podpisem akademia.
– Ten jest ode mnie. Należy ci się. W końcu misja to misja.
– Rozumiem, że nie mam się co sprzeciwiać, bo kwota pewnie jest już na koncie.
Dyrektor kiwnął głową z uśmiechem.
Samane westchnęła i opuściła dłonie.
– Chciałam coś oddać – położyła na biurku laser. – Wolałabym go przy sobie
nie nosić.
– Rozumiem, dziękuję za zwrot.
Dyrektor od razu schował go do szuflady w biurku. Z drugiej jednak wyciągnął
kartkę z rubrykami do wypełnienia.
– Wiesz, co to raport z akacji?
Samane kiwnęła głową.
– Opisz wszystko najlepiej jak potrafisz, ale chciałbym żebyś pominęła o jednej
rzeczy.
Samane podniosła głowę znad kartki, którą sekundę wcześniej czytała.
– To znaczy? – spytała podejrzliwie.
– Wiesz, że nie wolno ci używać broni laserowej.
– No racja – odparła .
– Napisz, że użyłaś jej sama bez naszych instrukcji. Po pierwsze zadziała to
na twoją korzyść, po drugie, my mielibyśmy kłopoty z powodu instrukcji, które ci
daliśmy. To tak samo, jakbyśmy dali ci tą broń do ręki.
– Rozumiem –kiwnęła głową. Doskonale rozumiała sytuację. Nie chciała też, by
dyrektor i Aina mieli przez nią kłopoty.
– Akelai i tak cię pochwalił. Powiedział, że będziesz dobrym strzelcem. A teraz
druga sprawa. Isae zgłosiła mi, że w zastępstwie za nią masz być przewodniczącą
samorządu.
– To prawda – odpowiedziała dziewczyna, przypominając sobie rozmowę z Isae.
– Dołączysz do szkolnej straży. Wedle twojego pomysłu, udało mi się pójść
na kompromis z królem i strażnicy będą patrolować akademię razem z uczniami,
głownie tymi z czwartych i piątych klas, ale wybrałem też lepszych, utalentowanych
z młodszych klas i przede wszystkim zaufane osoby z wojowniczych klanów.
Będziesz razem z Daigo i Sayate w drużynie, dołączy do was jeszcze dwóch strażników.
Spiszcie się dobrze.
– Tak jest! – odpowiedziała głośno Samane, stając znów na baczność i salutując.
Przypomniała jej się rozmowa z Ainą wewnątrz iluzji. – Więc to po to mi o tym
powiedziała. Liczyli, że coś wymyślę na tą sytuację.
– To tyle z mojej strony – odezwał się dyrektor.
Samane odwróciła się do wyjścia i otwierając drzwi, usłyszała jeszcze ciche słowa
dyrektora.
– Masz niezwykły talent. Jeden na tysiąc – mówił do siebie, spoglądając w okno.

Komentarze
Prześlij komentarz