Rozdział 5 Musztra
Większość osób wyszła z sali z mieszanymi uczuciami. Jedni na nowo roztrząsali
swoje problemy, inni byli zaskoczeni niecodziennymi zachowaniami pewnych
osób. Klasa znów była prowadzona przez Isae. Tym razem szli na boisko podobne
do miejsca, gdzie wcześniej walczyli z dyrektorem. Isae wyjaśniła im, że udają się
na ostatnie dzisiaj zajęcia i było to szkolenie z musztry. Przewodnicząca przyznała
się, że dała już cynk całej szkole, że pierwszoroczni będą się uczyć musztry. Zajęcia
te zawsze gromadziły tłumy gapiów żądnych uciechy . Samane nie rozumiała, co
w tym takiego śmiesznego, dopóki sama się nie przekonała. Przed nimi na dziedzińcu
przypominającym pole do gry w piłkę nożną ustawił się wysoki i bardzo
umięśniony mężczyzna, wyglądał na starszego niż dyrektor, a jego twarz i odsłoniętej
ręce było pełno blizn. Samane dokładnie się im przyglądała, zastanawiając
się, w jakich sytuacjach znalazły się na jego ciele.
– Nazywam się Katon i będę was uczyć musztry oraz zadbam, by te pięć lat było
dla was najcięższą fizyczną katorgą, jaką kiedykolwiek przeżyjecie!
Niektóre osoby głośno przełknęły ślinę ze strachu. Mężczyzna mówił głośno,
prawie krzyczał, choć nie tak jak Isae podczas zbiórki. Wydawał się być niewzruszony
i mówił bardzo surowym tonem. Jak na razie Samane nie dostrzegała niczego
śmiesznego, wręcz przeciwnie, powiało nawet grozą.
– W dwuszeregu zbiórka! – zawołał.
Cała grupa niezdarnie ustawiła się w dwuszeregu, specjalnie się nie spiesząc i zastanawiając
pół godziny koło kogo się ustawić.
– I tak was zaraz ustawię jak trzeba! – zawołał groźnym tonem i grupa w momencie
ucichła i zesztywniała w miejscu.
– BACZNOŚĆ! – zawołał. – To ma być baczność! – mężczyźnie nie podobało
się, że każdy stał, jak chciał. – JAK MÓWIĘ BACZNOŚĆ, MACIE STAĆ PROSTO,
a nie garbić się – wskazał palcem na Akeri, a potem na Axela.
– HEJ KOLEGO, CO CIĘ TAK BAWI ? – wskazał palcem na Mikiego. – Masz
zachowywać się poważnie ! BACZNOŚĆ! – krzyknął jeszcze raz.
Teraz grupa stała jak trzeba, a gapie bili brawo i śmiali się.
– DOWÓDCY WYSTĄP! – krzyknął znów i Samane, Sayate, Yashi i Febra zrobiły
krok do przodu, każda w innym tempie.
– Jesteście dowódcami, reprezentujecie swoje grupy, powinniście dawać przykład
pozostałym. Zróbcie to jeszcze raz, ale porządnie.
Dziewczyny wymieniły się spojrzeniami, nawet Febra, która była perfekcjonistką,
nie była zadowolona.
– Jeszcze raz, DOWÓDCY WYSTĄP!
Dziewczyny ruszyły równo z lewej nogi i po kroku dostawiły drugą, głośno przy
tym tupiąc.
– No, będą z was ludzie – Katon pierwszy raz dzisiaj był usatysfakcjonowany.
Uczniowie innych klas lekko zdziwieni i pod wrażeniem przyglądali się.
– CZOŁEM DOWÓDCY! – zawołał, a dziewczyny chórem odpowiedziały; –
CZOŁEM! Uniosły prawą dłoń do czoła, salutując. Ze wszystkich stron posypały
się kolejne brawa.
– SPOCZNIJ ! Rozległa się kolejna komenda i dziewczyny lekko wysunęły stopę
do przodu i odstawiły z powrotem.
– Zdaje się, że coś wiecie o musztrze – Katon dyskretnie się uśmiechnął, ale
na tym skończył pochwały.
– MEDYCY WYSTĄP!
Sojta, Axel, Meba i Miriam zrobili krok, ustawiając się za dowódcami, ale Sojta
przepadła i poleciała na Samane, przewracając ją. Miriam i Mon ruszyli zbyt blisko
siebie i wpadli jeden na drugiego, a Axel zdezorientowany stał i patrzył raz w prawo
raz w lewo.
Uczniowie innych klas ryknęli śmiechem, ciesząc się, że nie przyszli na marne.
– CO TO MIAŁO BYĆ! JESZCZE RAZ! RUCHY ! RUCHY!
Medycy powoli wstali i wrócili na swoje miejsca. Próbowali aż do skutku, aż Samane
i pozostałych dowódców zaczynało to męczyć. Febra znowu robiła się wściekła.
Yashi bezradnie rozkładała ręce, patrząc w niebo. Sayate wyraźnie to nie ruszało.
Zaczęła nucić sobie piosenkę. W końcu, gdy medykom udało się poprawnie
zrobić krok, Katon wywołał informatyków: Tiri, Leeme, Marrie i Seta. Im udało
się za drugim razem i Samane zaczęła cieszyć się, że pójdzie z górki i nie będzie
musiała tyle stać bezczynnie, ale się przeliczyła. Gdy zostali wywołani piloci, największą
wpadkę zaliczyła Akeri, której pomyliły się nogi. Próbowała jeszcze szybko 118
119
zmienić nogę, ale jedną zahaczyła o drugą i przewróciła się na twarz. Podniosła
się, a jej całą twarz oblepiał piasek i kurz. Tłum gapiów ryknął śmiechem, niektórzy
chwytali się za brzuchy, a biedna Akeri zaczerwieniła się ze wstydu. Febra
powoli też robiła się czerwona, ale ze złości. W końcu, gdy po dziesiątej próbie
piloci zliczyli zadanie , pozostali już tylko pomocnicy; Miki, Chonra, Kaj i Laomi.
Chłopakom za piątym razem udało się w miarę równo dołączyć, Samane odetchnęła
z ulgą.
– W dwuszeregu zbiórka! – zawołał znów głośno Katon.
– Co? – Samane była zszokowana tym faktem.
Yashi chyba pierwszy raz na coś marzekała, a pozostałe osoby też nie były z tego
faktu zadowolone.
– Będziecie to ćwiczyć tak długo, aż wam wyjdzie – wyjaśnił nauczyciel, na nowo
wydając komendę; – Dowódcy wystąp!
Dziewczyny za pierwszym razem wszystko zrobiły dobrze, włącznie z salutowaniem.
Medycy znów mieli wpadkę, Sojta za późno ruszyła. Samane już wiedziała,
że będą powtarzać całość trzeci raz.
Informatycy zaliczyli zadanie. Wśród pilotów znów Akeri pomyliła nogę,
na szczęście tym razem złapała równowagę i nie przewróciła się. Inni uczniowie
śmiali się z niej, a Febrze zdawało się, że zaraz wyjdzie z siebie. Pomocnikom udało
się przy trzecim podejściu. Słońce zbliżyło się bardziej do zachodniej strony, było
późne popołudnie. Tym razem dowódcy, medycy i informatycy wykonali wszystko
dobrze za pierwszym razem. Akeri była zdenerwowana i bała się, że znów
się pomyli.
– Pomyśl o tym jak o lataniu – szepnęła jej Kazari.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech i ruszyła równo z pozostałymi. Samane
chciała już odetchnąć, ale zostali pomocnicy. Mocno zacisnęła pięści, czekała
w napięciu i kibicowała chłopakom.
– Uff – odetchnęła, gdy skończyli.
Samane liczyła, że to koniec zajęć, ale Katon wydał kolejne komendy.
– W PRAWO ZWROT ! A potem W TYŁ ZWROT! – wykrzyczał, a każdy zrozumiał
jego słowa inaczej. Uczniowie ustawieni byli w różne strony. Jedna osoba
kłóciła się z drugą, jak ma stać poprawnie. Na ten moment czekała widownia składająca
się z uczniów innych klas. Wszyscy ryknęli śmiechem, aż jedna osoba mało
nie wypadła z okna na pierwszym piętrze, a obecni na parterze turlali się po ziemi
ze śmiechu.
– Teraz rozumiem, co Isae miała na myśli, mówiąc, że to śmieszne zajęcia.
Koło szesnastej zajęcia się skończyły i wszyscy zmęczeni udali się do swoich pokoi
w akademiku. Samane rzuciła się na łóżko, uznając, że było to męczące, mimo
iż fizycznie się nie wysilali. Wszyscy czuli się zmęczeni ostatnimi zajęciami, a Samane
przypuszczała, że nie był to ostatni raz. Liczyła na drzemkę, ale nie mogła
zasnąć. Nagle przypomniała sobie, o wynikach badań. Zerwała się z łóżka i pobiegła
do drzwi.
– Co się dzieje? – spytała Tiri, która siedziała na kanapie i oglądała telewizję.
– Miałam odebrać wyniki od lekarza – odpowiedziała szybko i trzasnęła drzwiami.
Zbiegła po schodach na parter i przeszła przez bramki, ruszyła korytarzem,
a potem schodami na drugie piętro do skrzydła szpitalnego. Ostrożnie zapukała
i otworzyła drzwi – Dzień dobry.
– O witaj Samane – przywitała ją ta sama siostra co wczoraj.
Samane znów była zaskoczona pamięcią do nazwisk osób pracujących w szkole.
– Wyniki już są, ale za to pana doktora dzisiaj już nie ma. Miał jakiś nagły wyjazd.
Przykro mi, ale spóźniłaś się.
– Zmarnowałam tylko czas – pomyślała.
– Musisz przyjść jutro.
– Łatwo powiedzieć. Ciężko znaleźć czas między zajęciami.
– W takim razie przyjdź przed – pielęgniarka uśmiechnęła się i wróciła do swoich
obowiązków.
o
Samane spokojnym krokiem wracała do akademika. Powoli zaczynała zapamiętywać
układy korytarzy i sal. Teraz na spokojnie przyglądała się ich numerom.
Wyjrzała przez okno na korytarzu i dostrzegła dziedziniec, ogrodzony siatkowym
płotem, na którym rano walczyła z dyrektorem. Usiadła na szerokim parapecie,
przyglądając się ćwiczącym tam teraz uczniom piątej klasy. Wszyscy równo wykonywali
ruchy, stali w równych odległościach i rzędach. Ubrani byli w bojowe
mundurki w kolorze moro. Samane przyglądała się, jak jedna z dziewczyn walczy
z dyrektorem. Rozpoznała Isae. Uważnie przyglądała się jej walce, dostrzegła szybkie
ruchy, które wydawały się być przemyślane i bardzo precyzyjne. Przyglądając
się walce Isae, przypominała sobie i odtwarzała w głowie swoją walkę. Sięgnęła
dłonią do ust, przejechała delikatnie palcami po zakrzepłej ranie na wardze.
– Jeśli teraz jestem w stanie pokonać najlepsza osobę w akademii, czyli dyrektora,
to kim będę za pięć lat – pomyślała, a sama ta myśl ją przeraziła. Przypomniała
sobie, jak jedna z uczennic na jadalni nazwała ją demonem. – Czyżby miała rację
– myślała.
Różne wyobrażenia zaprzątały jej głowę, która zaczęła boleć od natłoku myśli.
Ból był inny niż ten po uderzeniu strzałą. Obraz rozmył się, a ona zsunęła się słaba
z parapetu na podłogę, czując, że traci równowagę i władzę w kończynach.
120 121
– Zaraz zemdleję – myślała i próbowała się podnieść.
W pobliżu nikogo nie było, kamery na każdym korytarzu akademii nie obejmowały
okna, przy którym stała. Poza tym panował tutaj półmrok.
Samane walczyła sama ze sobą. Omdlenia przeplatały się z błyskami wyobrażeń.
Przypomniała sobie tragiczne sceny z wiadomości i podsłuchane opowieści
z frontu dziadka. Czuła się jak w agonii, walczyła, by nie zemdleć.
– Nikt mi tutaj nie pomoże – myślała, słaniała się i próbowała kolejny raz się
podnieść. – Nie dam rady – myślała, upadając na podłogę.
Zemdlała i straciła świadomość. Ocknęła się dziesięć minut później. Leżała nadal
na podłodze w tym samym miejscu.
– Co się stało, gdzie jestem?
Coś zimnego dotykało jej policzka i nie była to podłoga. Sięgnęła ręką, czuła,
jakby jej dłoń ważyła o wiele więcej niż normalnie. Chwyciła przedmiot. To amulet
wysunął się zza koszulki, gdy upadała. Spojrzała na niego i przez moment miała
wrażenie, jakby pisało na nim; „Obudź się i wstań”. Przetarła oczy dłonią i na powrót
zobaczyła to, co rzeczywiście było tam napisane, czyli; „Uwierz w siebie i nigdy
się nie poddawaj” oraz nazwa Meabe i data wyjazdu. Były też litery ZKG. Samane
schowała blaszkę za koszulkę i powoli wstała, usiadła na parapecie. Głowa
znów ją bolała. Dotknęła czoła, było ciepłe.
– To niemożliwe, bym miała gorączkę, nigdy nie byłam na nic chora. Zatruć też
się nie mogłam, ojciec i mistrz uodpornili mnie na trucizny. Chyba, że to jakaś
inna trucizna, której do tej pory nikt nie znał. Zaczęła gorączkowo myśleć, gdzie
mogłaby się nią zatruć.
– Wszystko w porządku Samane? – spytał ktoś, podchodząc do niej.
Była to pani generał Aina, która wracała ze swoich zajęć.
Samane znów chwyciła się za głowę, usłyszała w niej pisk.
– Co to do cholery jest? – zaklęła, nie zwracała uwagi na obecność nauczycielki.
Aina zbliżyła się i dotknęła jej czoła.
– Masz gorączkę – zauważyła.
– To musi być trucizna – wyszeptała Samane.
– Nigdy na nic nie chorowałam.
Aina wystraszyła się nie na żarty.
– Muszę do łazienki – Samane pędem pobiegła do łazienki tuż za rogiem.
Aina martwiąc ruszyła za nią.
Samane wpadła do pierwszej kabiny i zwymiotowała. Potem była chwila przerwy
i znów. Trwało to może kilkanaście minut.
– Samane, wszystko w porządku?
Samane wyszła lekko się chwiejąc z kabiny.
– Teraz już tak – odpowiedziała – czuła, że najgorsze już za nią.
– Co ty dzisiaj jadłaś?
– Ryż z warzywami– odparła próbując się pozbierać. – O nie! – nagle zdała sobie
sprawę z powagi sytuacji. – Inni uczniowie!
Aina przeraziła się jeszcze bardziej.
– Skąd możesz wiedzieć, że to trucizna, może tylko zwykła grypa żołądkowa.
– Ojciec i dziadek uodpornili mnie na trucizny. Niemożliwe jest u mnie zwykłe
zatrucie. Jestem odporna na większość trucizn. Jeśli reakcja mojego organizmu
wygląda tak jak wygląda, to jest to jakaś nowa trucizna i prawdopodobnie jest
śmiertelna dla innych uczniów.
– Musimy szybko powiedzieć o tym dyrektorowi – zauważyła Aina. – Ty powinnaś
udać się do skrzydła szpitalnego.
– Teraz już nic mi nie będzie – większości trucizny już się pozbyłam, a to co
zostało, powinno się naturalnie zneutralizować. Trzeba ostrzec innych uczniów.
– Dasz sobie radę? – Aina martwiła się o nią, dopiero co zemdlała.
– Poradzę sobie – odpowiedziała i wybiegła na korytarz, biegła w kierunku akademika
co chwilę się potykając.
Zdyszana wpadła do pokoju w wieży.
– Sojta, musisz mi pomóc! – krzyknęła.
Sojta stała przerażona.
– Co się dzieje? Miki i Tiri zemdleli, a teraz ty wyglądasz, jakbyś wróciła z piekła.
– Musimy ich szybko zabrać do skrzydła szpitalnego. To śmiertelna trucizna! –
Samane na ten widok w sekundzie zapomniała o sobie.
Sojta spojrzała na nią przerażona.
– Skąd wiesz?
– Jestem odporna na trucizny, a mimo to zemdlałam. Teraz już ze mną dobrze,
ale pozostałe osoby są zagrożone.
– Co to za trucizna?
– Sojta nie czas teraz na to.
– Racja – odpowiedziała i podniosła Tiri z ziemi, z trudem wlokąc się do drzwi
i na korytarz. Samane próbowała udźwignąć Mikiego, ale był dla niej zbyt ciężki.
Na szczęście na korytarz wpadł Orli.
– Weź go – zwróciła się do kolegi, ja muszę znaleźć Isae.
– Jest w środkowej wieży. Przygotowuje wieczorną imprezę – odpowiedziała
Sayate, wychodząc ze swojego pokoju i chwiejąc się na nogach.
– Sayate jesteś cała? – Samane zmartwiła się jej widokiem.
– Spokojnie. Rodzice zadbali o to, bym była odporna na trucizny. To stara praktyka
używana w wielu wojowniczych klanach.
122 123
– Wiem – odparła Samane.
Spojrzała jeszcze na przyjaciółkę i zbiegła po schodach na dół. Przebiegła korytarz
i wspięła się po schodach do środkowej wieży. Pomieszczenie było duże
z ogromnym szklanym dachem w kształcie piramidy. Ławki i fotele zsunięto
pod ściany. Na czymś co przypominało podium stała konsola i głośniki. Niektóre
osoby stały na drabinach i montowały dekoracje oraz oświetlenie. Isae rozmawiała
z Gwiazdą. Yashi zrobiło się słabo, zaczęła tracić równowagę i chwiać się.
– Co się dzieje? Źle się czujesz? – zmartwiła się Isae.
Samane pędem pobiegła przez salę i złapała ją, zanim ta upadła na ziemię.
Ostrożnie położyła nieprzytomną księżniczkę na ziemi.
– Isae, musisz mi pomóc. Uczniowie zostali otruci silną trucizną.
Isae w pierwszym momencie przeraziła się, ale zaraz potem spoważniała.
Rozejrzała się po sali i zobaczyła inne osoby.
– Cholera – zaklęła i zawołała; – Wszyscy do mnie! Impreza odwołana!
Ci, którzy byli w stanie chodzić, zbliżyli się.
– W szkole rozprzestrzeniono bardzo silną truciznę. Kto jest na siłach, niech
pomoże zanieść chore osoby do skrzydła szpitalnego!
Wszyscy stali przerażeni.
– RUCHY ! NIE MA CZASU!
Dopiero teraz ludzie zerwali się, podnosząc innych z ziemi.
Samane i Isae wzięły Yashi.
Dla Samane był to zbyt duży ciężar. Czuła, jak bolą ja wszystkie mięśnie, ale
musiała nieść Yashi. Jej życie było teraz najważniejsze. W końcu na jej barkach
spoczywa odziedziczenie królestwa. Przez moment przeszło jej przez myśl, że cała
ta akcja z trucizną mogła być wymierzona w Gwiazdę. Ledwo dotarły do drzwi
sali, a kolejne dwie osoby zemdlały. Isae nie wiedziała, co zrobić. Do sali wpadli
dyrektor, generał Aina, Katon, kilka pielęgniarek i osoby z klas medycznych.
Zaraz za nimi wbiegli też inni nauczyciele i pracownicy szkoły. Dyrektor zabrał
Gwiazdę i pędem pobiegł z nią do skrzydła szpitalnego. Medycy i inni nauczyciele
zabrali pozostałe osoby. Samane odetchnęła lekko, choć nie było jeszcze powodów
do radości . Teraz trzeba było tylko czekać, aż uda się znaleźć odtrutkę. Samane
martwiła się też o Mikiego i Tiri.
– Oby tylko przeżyli – myślała.
Na schodach wpadła na nią Febra, niosąca Seta na ramieniu. Wyglądała na przerażoną.
Za nią wybiegła Miriam z leciutką Akeri.
– Szybko do skrzydła. Wielu uczniów zostało otrutych – wyjaśniła Samane, gdy
obie jej się przyglądały.
– Co ty mówisz? – odezwała się Miriam, jeszcze bardziej przerażona.
Febra nie odezwała się ani słowem. Wyglądała na wściekłą w jej oczach czuć
było chęć zemsty, ale nie wiadomo na kim.
– Pomogę ci – zaproponowała Samane i złapała Seta za drugie ramię.
– Czemu? – zdziwiła się, a zaraz potem znów naburmuszyła – nie potrzebuję
twojej pomocy.
– Febra, nie czas teraz na kłótnie – odpowiedziała Samane lekko poirytowana.
Gramy z czasem o ich życie.
Febra ucichła i obie ruszyły po schodach w dół. Febra wyglądała na silną, choć
Set trochę ważył, ona była w stanie go nieść. Samane czuła, że to ona bierze na siebie
większość ciężaru. Na korytarzu na trzecim piętrze podbiegli do nich medycy
z noszami .
Samane, Febra i Miriam ucieszyli się z ich szybkiej reakcji. Miriam pobiegła razem
z nimi do skrzydła, a Samane i Febra zostały, stały obok siebie na korytarzu.
– Gdybym to była ja, też byś mnie niosła? – spytała po dłuższej chwili Febra.
– Jesteśmy po tej samej stronie, dlaczego miałabym nie pomóc i tobie – zdziwiła
się Samane.
– Bo jestem inna, bo jestem z innego kraju i inaczej się zachowuję.
– Nie ma to dla mnie znaczenia. Pod wspólnym niebem wszyscy powinni być
równi. Każde życie jest warte tyle samo. Nie ważne czy to dobry, czy zły człowiek.
I dlatego każde istnienie warte jest ratowania.
– Nie potrafię was zrozumieć – Febra odwróciła się i spuściła głowę.
– Myślę, że wcale nie jesteś tą chłodną i wredną księżniczką co na egzaminie.
Widziałam twoje przerażenie na widok Seta.
Febra odeszła, nie odezwała się ani słowem.
Samane stała na korytarzu i patrzyła, jak odchodzi. Nie miała pojęcia, co ma
teraz zrobić. Spuściła głowę w dół, wpatrując się w ziemię. Powoli ruszyła z powrotem
do pokoju. Spojrzała na swoją rękę. Wcześniej była ciężka, a teraz wydawała
się nadzwyczaj lekka. Nagle wpadła na pewien pomysł. Pobiegła do góry po schodach,
niechcący trącając Febrę na schodach. Wpadła do pokoju Sayate. Różowowłosa
siedziała na swoim łóżku udekorowanym różową pościelą.
– Doszłaś już do siebie? – spytała przyjaciółkę.
– Tak, już mi lepiej.
– Musisz mi pomóc. Wpadłam na pewien pomysł – Samane mówiła szybko
i była zniecierpliwiona. – Musimy pomóc otrutym osobom.
– Jak chcesz to zrobić? – zdziwiła się Sayate, zastanawiając się, jaką ona ma mieć
w tym rolę.
– Naszą krwią – odpowiedziała Samane.
Sayate otworzyła szerzej oczy, doznała olśnienia.
124 125
– No tak! – krzyknęła. Weźmy też Daigo i innych.
– Nie znam innych osób ze starszych klas, które pochodziłyby z wojowniczych
rodów. – zmartwiła się Samane.
– Ale Daigo zna kilku – wyjaśniła Sayate, wstała nagle i porwała Samane ze sobą.
Pobiegły do drugiej wieży. Sayate dokładnie wiedziała, do którego pokoju zapukać.
Drzwi otworzyła im dziewczyna medyk z drużyny Daigo, o krótkich czarnych
włosach.
– Jest Daigo? – spytała Sayate
– O co chodzi? – chłopak stanął w drzwiach, przepraszając swoją koleżankę.
– Jesteś cały? – zdziwiła się Samane, widząc, że chłopak dobrze się trzyma.
– Teraz tak, ale wcześniej mało nie zemdlałem. Co się dzieje? – Daigo zaczynał
się domyślać, że coś jest nie tak.
– Trucizna – powiedziała krótko Sayate i popatrzyła chłopakowi w oczy.
Diago uświadomił sobie powagę sytuacji.
– Znam parę osób ze starszych klas – odpowiedział i od razu pobiegł na dół.
Zatrzymał się w połowie schodów i zawołał do dziewczyn;
– Co tak stoicie, lećcie do skrzydła!
Dziewczyny ruszyły kawałek za nim, a potem rozdzieliły się.
Biegły przez znany im już korytarz. Nie było czasu na przejście przez bramki.
Obie podskoczyły, podkurczyły nogi i przeskoczyły górą. Niedługo potem wpadły
do skrzydła szpitalnego, z impetem otwierając drzwi.
– Jedna z sióstr podskoczyła, myśląc, że kolejne osoby padły ofiarą trucizny.
W skrzydle szpitalnym panował jeden wielki chaos. Siostry i ściągnięci na szybko
nieznajomi lekarze latali tam i z powrotem, od jednej do drugiej osoby. Non stop
coś spadało, gubiło się, fruwały kartki. Skrzydło szpitalne pełne było nieprzytomnych
uczniów, a lekarze nie wiedzieli, co zrobić. Któryś z nich mówił, że to niespotykana
trucizna i nie ma na nią odtrutki. Lekarze bezradnie rozkładali ręce, nie
mogli nic zrobić. Samane i Sayate ruszyły w stronę lekarzy, zaraz za nimi stał dyrektor
i generał Aina. Samane przedzierała się przez ludzi, starała się jak najszybciej
dotrzeć do dyrektora. Zaraz za nią przepychała się Sayate. Tłum jak na złość
robił się coraz gęstszy i odepchnął je do tyłu. Samane i Sayate dalej uparcie przeciskały
się, wpadając ciągle na kogoś.
– PANIE DYREKTORZE! – krzyknęła najgłośniej jak potrafiła, a tłum nagle ją
dostrzegł. Niektórzy słysząc, że woła dyrektora, odsuwali się. Zaczęła biec slalomem
między pielęgniarkami.
Dyrektor w końcu ją dostrzegł i poinformował o tym Aine. Oboje spojrzeli na Samane
i Sayate. Zdziwieni, zastanawiali się, o co chodzi. Obawiali się najgorszego.
– Panie dyrektorze, powiedziała trochę ciszej Samane, gdy już się przed nim zatrzymała.
– Lepiej, żeby to było coś ważnego Samane. Mamy tu bardzo poważny problem.
– My właśnie w tej sprawie – wyjaśniła Sayate, dobiegając do nich.
– Chcemy pomóc – odezwała się Samane poważnym głosem.
– Mamy już wystarczającą ilość pomocników – wyjaśnił dyrektor – musimy jedynie
znaleźć odtrutkę na tą truciznę.
– Weźcie naszą krew.
– No jasne! – Aina aż podskoczyła z radości, a lekarz stojący obok spojrzał na nią
jak na wariatkę.
– Mogę prosić o wyjaśnienia – odezwał się drugi lekarz.
– Samane i Sayate pochodzą z rodów wojowników, gdzie praktykowane jest
uodparnianie na trucizny – Wyjaśniała Aina, a dyrektor uśmiechnął się, dopiero
teraz rozumiejąc sytuację. – Samane też zatruła się trucizną, jednak jej organizm
szybko się uodpornił i jak widać, stoi tu cała i zdrowa.
Lekarze spojrzeli po sobie.
– Jednak myślę, że dwie osoby na taką ilość zatrutych nie wystarczą, by wyprodukować
odtrutkę – zauważył pierwszy lekarz.
– Daigo zbiera pozostałych, będzie nas więcej – wyjaśniła Sayate, oczekując kiedy
chłopak pojawi się z pozostałymi.
– W takim razie bierzmy się do roboty – odezwał się dyrektor.
Gdzieś z lewej strony nadbiegł medyk. Wyglądał na ucznia piątej klasy.
– Panie dyrektorze! Stan Gwiazdy znacznie się pogorszył!
Wszyscy zastygli, a Samane mało serce nie skoczyło do gardła, gdy usłyszała
imię Yashi. Nagle dyrektor i dwaj lekarze zebrali się i pobiegli w stronę, z której
przybiegł medyk.
– Czekaj tu, aż przybędzie Daigo – Szepnęła do Sayate i pobiegła za dyrektorem.
– Pani też może pomóc – zwróciła się Sayate do nauczycielki.
– Masz rację! – przytaknęła i obie oddaliły się kilka kroków, siadając na ostatnich
wolnych krzesłach. Oczekiwały na Daigo.
Samane wbiegła za dyrektorem i lekarzami do jasno oświetlonego pokoju z jednym
łóżkiem, na którym leżała Yashi podpięta do szpitalnej aparatury.
– Jej puls cały czas spada. Ona wkrótce umrze – wyjaśnił medyk z piątej klasy.
– Nic nie pomaga.
– Panowie, róbcie co musicie, księżniczka musi żyć – dyrektor pierwszy raz wyglądał
na przestraszonego.
– Obawiam się, że nie zdążymy – wyjaśnił z przykrością lekarz – na wyprodukowanie
odtrutki potrzeba czasu.
– A może by przetoczyć jej krew – zaproponował drugi lekarz.
126 127
– Księżniczka ma bardzo rzadką grupę krwi AB– – zmartwił się pierwszy lekarz
– skąd na szybko weźmiemy taką grupę?
– To chyba zrządzenie losu, pomyślała Samane, opierała się o framugę drzwi
i przysłuchiwała rozmowie lekarzy. – Weźcie moją krew. Mam taką samą grupę.
Dyrektor odwrócił się w stronę dziewczyny. Dopiero teraz ją zauważył.
– Rzeczywiście zrządzenie losu – stwierdził lekarz i zawołał pielęgniarkę do pomocy.
Daigo wpadł z grupą kilkunastu ludzi do skrzydła szpitalnego. Aina na jego widok
kiwnęła głową do Sayate, a ta pobiegła po lekarza.
– Cieszę się, że jesteście. Dziękuję wam za pomoc. – odezwała się Aina, prowadząc
uczniów w różnym wieku i rożnej płci do odpowiedniego pomieszczenia.
– To był pomysł Samane. Jej powinna pani podziękować. – wyjaśnił Daigo.
Samane siedziała na krześle przy łóżku Yashi. Rękę miała zabandażowaną po pobraniu
krwi. Cicho modliła się i błagała, by Yashi z tego wyszła. Pokój oświetlał
żółto – pomarańczowy blask zachodzącego słońca. Ze szpitalnego okna widać
było w oddali aleję prowadzącą z akademii do miasta, a dalej widać było zapalające
się powoli kolorowe neony i okryte mgłą wieżowce za centrum stolicy.
– Jak z nią? – spytała Sayate, wchodząc do pokoju.
Samane otrząsnęła się z chwilowego letargu i podniosła głowę.
– Na razie nie wiadomo. Lekarz mówi, że stan się nie pogarsza, ale zanim organizm
zacznie walczyć z trucizną, potrzeba czasu.
– Mnie lekarze powiedzieli coś podobnego, ale to z Yashi jest najgorzej. Martwię
się o nią.
Sayate miała naklejony plaster na ręce w miejscu, gdzie ukłuta została igłą.
– Nie zastanawia cię, dlaczego ktoś podał uczniom akademii śmiertelną truciznę
– Samane zbyt długo roztrząsała ten fakt w swojej głowie, by nie podzielić się nim
teraz z przyjaciółką.
– Też nie daje mi to spokoju. Myślę, że to zagrywka Skały, a to oznaczałoby tylko
jedno.
Dziewczyny spojrzały na siebie i odpowiedziały chórem.
– Mamy w akademii szpiega.
Za ścianą rozmowie dziewczyn przysłuchiwał się po kryjomu dyrektor. Uważnie
słuchał ich przemyśleń, ale zachował wszystko dla siebie, nie wtrącał się, ani nie
zdradził swojej obecności.
– Nie wiem dlaczego, ale nie daje mi spokoju to, że ta akcja jest wymierzona
w konkretne osoby, a ilość zatrutych miała tylko zakryć prawdziwe cele – myślała
Sayate.
– Na to nie wpadłam. – Samane była zaskoczona pomysłem różowowłosej, oczekiwała
na wyjaśnienia.
– Myślę, że ktoś się dowiedział o tobie i Yashi w akademii.
– Udowodnij to – Samane miała już podobne wątpliwości, ale nie potrafiła ich
udowodnić, były to tylko jej przemyślenia.
– Nie dziwi cię, że zatruły się tylko te osoby, które jadły ryż?
– Co to ma ze mną ... – Samane nie dokończyła, w połowie zdania zorientowała
się, o co chodzi.
– Inne osoby jedzą rożne rzeczy, każdego dnia co innego. Natomiast ty i Yashi
wyjątkowo upodobałyście sobie ryż i jecie go za każdym razem.
– Przecież minęły dopiero dwa dni, odkąd jemy na stołówce. Ktoś musiałby nam
się bacznie przyglądać, a to też nie daje gwarancji. Jeśli wszyscy zatruli się dzisiaj,
to ktoś musiał wsypać truciznę do ryżu jeszcze przed obiadem.
– No w sumie masz rację.
– Inne osoby z królewskiego rodu jak Marrie i Kaj też zostały otrute – odezwał
się dyrektor wychodząc w końcu zza ściany – oprócz tego Mon – syn generała
i nawet Meba. Cała drużyna Yashi zatruła się. Większość ofiar wśród uczniów to
krewni lub rodziny znanych generałów i ważnych osobistości w państwie lub potomkowie
dziedziczący ważne rody szlacheckie czy wojownicze. W tym ostatnim
przypadku przeliczyli się, bo nie wiedzieli, że wojowników nie da się tak łatwo
pokonać. Gdyby nie to, wszyscy byliby martwi i nikt nie dowiedziałby się, że był
to zamach, a nie tylko zwykłe zatrucie jedzenia. Słuchałem waszej rozmowy i też
przypuszczam, że to robota Czarnej Skały, jednak zaciekawiłyście mnie tą teorią
ze szpiegiem.
Dziewczyny spojrzały po sobie. Były nieostrożne. Skoro dyrektor je podsłuchiwał,
to co by było, gdyby rzeczywiście znalazł się tu szpieg.
– Cholera – powiedziała cicho Sayate.
– Zachowajcie to dla siebie i nikomu o tym nie mówcie. Przysięgnijcie na honor
żołnierza – dyrektor był bardzo poważny .
Dziewczyny przyłożyły prawą dłoń do serca i chórem powiedziały:
– Przysięgamy na honor żołnierza i wojownika.
– Nie mieszajcie się w to, proszę. – powiedział dyrektor i odszedł.
Dziewczyny spojrzały po sobie porozumiewawczo.
– Coś mi tu nie pasuje – szepnęła Sayate.
– Mnie też – odpowiedziała cicho Samane.
Lekarze pracowali nad odtrutką. Pielęgniarki i medycy ze starszych klas nadal
biegali tam i z powrotem po skrzydle. Sayate, Daigo i reszta osób z klanów wróciła
do swoich pokoi. Samane postanowiła zostać przy Yashi. Czuwała przy niej cały
czas, obawiała się, że ktoś mógłby ją zabić. Na zewnątrz było ciemno. Kolorowe
128 129
ne o ny odbijały się bladą poświatą na ścianie pokoju. Zegar na wskazywał północ.
Do pokoju znów wszedł dyrektor, by sprawdzić, czy wszystko w porządku. Zobaczył
śpiącą na krześle Samane.
– Mała strażniczka – pomyślał – Jeśli masz zamiar być strażnikiem, to nie śpij –
odezwał się głośniej.
Samane ocknęła się i na widok dyrektora poczuła się lekko zakłopotana.
Dyrektor usiadł na drugim krześle.
– Nie musisz tutaj siedzieć, ja zostanę i przypilnuję księżniczki.
– Chcę zostać – odpowiedziała.
– Najpierw straciłaś prawie całą energię w walce ze mną, potem zemdlałaś i walczyłaś
z trucizną. Następnie sporo się nabiegałaś, a jeszcze straciłaś dużo krwi,
oddając ją Yashi. Naprawdę masz wytrwały organizm, ale każdy ma gdzieś swoje
granice. Powinnaś odpocząć.
– Chcę zostać – odpowiedziała znowu.
– Zaczekaj tutaj – dyrektor wstał i wyszedł z pokoju. Po kilku minutach wrócił
z czekoladą i kubkiem gorącej kawy late.
Wręczył je Samane i usiadł.
– Nie jadam słodyczy, ale skąd pan wiedział, jaką kawę lubię.
– Moja mała tajemnica, a czekolada jest gorzka. Spodziewałem się, że nie lubisz
słodyczy.
Samane była zdziwiona.
– Szczerze, nie wiedziałem, ale kierowałem się tym, co wiedziałem o Recie.
Samane znów poczuła się zażenowana.
– Jeśli naprawdę chcesz zostać, nie możesz spać. Musisz pilnować Yashi, księżniczki
i najważniejszej osoby w kraju. Jeśli ktoś chciałby ją tutaj zaatakować, mogłoby
się to źle skończyć. Dlatego musisz być świadoma i w pełni sił. Czekolada
dodaje energii, a kawa nie pozwala zasnąć. Jesteś uparta jak Reta, więc wiem,
że nie odpuścisz, ale jeśli masz zamiar tu zostać, to muszę cię potraktować, jak
osobę,której przydzielam ważną misję.
– Rozumiem – odpowiedziała Samane, popijając kawę.
– Pokaz swój zegarek, przekażę ci swój numer.
Samane uniosła rękę tak, że oba zegarki się zetknęły. Dyrektor kliknął kilka razy
palcem na dotykowym ekraniku i numer znalazł się w bazie kontaktów w zegarku
Samane.
– W razie problemów kontaktuj się od razu ze mną. Gdybyś zmieniła zdanie lub
źle się poczuła, też daj znać.
Dyrektor wstał.
– Naprawdę uważa pan, że ta sprawa ma związek z ważnymi osobistościami
w kraju? – spytała Samane.
– Przysięgałaś, że nie będziesz się w to mieszać. Obie z Sayate jesteście narwane.
Cieszę się, że nałożyłem na was przysięgę, inaczej zaczęłybyście się mieszać w niebezpieczne
sprawy.
Samane spuściła głowę.
– Narwana i uparta, zupełnie jak Reta.
– Porównania mnie z dziadkiem w tej sytuacji są nie na miejscu, panie dyrektorze.
– Chyba popełniłem błąd, mówiąc wam o tym. Samane przysięgałaś, że nie będziesz
się w to mieszać, ale obiecaj mi jeszcze, że nie wpakujesz się w żadne kłopoty.
Nie rób niczego na własną rękę. Jeśli coś ci przyjdzie do głowy, powiedz mi, ale
nie mieszaj się, rozumiesz?
– Obiecuję – Samane kiwnęła głową, a dyrektor wyszedł.
Zastanawiał się, czy dobrze robi, zostawiając Samane przy Yashi, ale przypomniał
sobie, jaki charakter miał jej dziadek, Reta i wiedział, że jeśli dziewczyna się
na coś uprze, nie odpuści. Jedynym pocieszeniem było dla niego to, że Samane jest
bystra i potrafiła bardzo dobrze walczyć. Dyrektor ruszył wzdłuż łóżek, sprawdzając
czy wszystko w porządku i co jakiś czas wypytywał pielęgniarki o stan konkretnych
uczniów. Gdy zbliżył się do Tiri, jedna z sióstr podbiegła do niego, wręczyła
mały, szczelnie zamknięty foliowy woreczek . W środku była mieszanka białego
proszku i jakiś startych roślin.
– Co to jest? – spytał dyrektor.
– Znaleźliśmy to przy tej dziewczynie. Prawdopodobnie to ta trucizna. Przekazałam
już drugi taki woreczek lekarzom. Mają dopiero go zbadać, ale na pierwszy
rzut oka stwierdzili, że to mieszanka narkotyku ze starożytnymi zielarskimi truciznami
używanymi przez skrytobójców.
– Skrytobójcy? – zdziwił się dyrektor.
– O co chodzi? – teraz to pielęgniarka była zdziwiona.
– Skrytobójcy pochodzili z regionu Sera i byli przodkami współczesnych klanów
wojowników. Potrafili stworzyć niewiarygodne trucizny wywołujące halucynacje,
choroby umysłowe, a nawet śmierć. Ofiary konały w ogromnych męczarniach.
Tylko autorzy trucizn znali odtrutki. Z czasem rody wykształciły sposoby uodparniania
się na te trucizny, dlatego nazywani byli nieśmiertelnymi. Nic dziwnego,
że współcześni potomkowie, przebywający w akademii nadal żyją. Nigdy bym nie
wpadł na to, by połączyć te okropne trucizny z narkotykami. Ktoś, kto zlecił tą
robotę, musiał mieć dostęp do tej starożytnej wiedzy. I coś czuję, że w to było zaangażowanych
więcej osób.
– A co z tą dziewczyną?
130 131
– Nie sądzę, by to była jej robota, inaczej nie leżałaby tutaj. Albo ktoś celowo
chciał ściągnąć na nią podejrzenia, albo po prostu pozbył się reszty trucizny, by
nikt go nie odkrył. Proszę niech pani nie mówi o tym Samane, bo dziewczyna zwariuje.
Pielęgniarka kiwnęła głową.
Koło pierwszej dyrektor przyszedł do pokoju Yashi.
– Wszystko w porządku? – spytał Samane, która po wypiciu kawy i zjedzeniu
tabliczki gorzkiej czekolady zrobiła się żywsza.
– Spokojnie. Wszystko w porządku.
Dyrektor zerknął dookoła i wyszedł.
Czas płynął Samane powoli, ale uparcie postanowiła zostać. Sama do końca nie
wiedziała dlaczego, lecz czuła, że musi.
o
W innej części akademii, a dokładnie w akademiku, wszyscy, którzy nie zostali
otruci, leżeli już w swoich łóżkach, ale nie wszyscy spali. Isae siedziała na oknie
i przyglądała się świecącym oknom skrzydła szpitalnego, używała w tym celu lornetki.
Liczyła, że w ten sposób szybciej czegoś się dowie. Febra nie mogła zasnąć,
lecz co zaprzątało jej głowę, tego nikt nie wiedział Wiadomo było, że była na coś
wściekła. Ale na co? Sayate martwiła się o Samane, która została w skrzydle przy
Yashi. Z drugiej strony cieszyła się, że nikt z jej drużyny nie ucierpiał. Sojta nie
mogła zasnąć, patrzyła na puste łózka obok siebie. Orlemu też brakowało towarzystwa.
Zabrał kołdrę i przeszedł do pokoju dziewczyn.
– Mogę spać na podłodze? – spytał. – Nie mogę zasnąć, jakoś tak źle mi samemu.
– Pewnie – zgodziła się. – Mnie też brakuje dziewczyn.
– Znamy się zaledwie klika dni, a już zdążyliśmy się tak zżyć, że nieobecność
pozostałych nas martwi – zauważył Orli i ułożył się na podłodze.
– Mam nadzieję, że wszyscy z tego wyjdą. Podobno najgorzej jest z Yashi.
– Też o tym słyszałem, ale najbardziej martwię się o Samane, sporo dzisiaj przeszła.
– O Samane bym się nie martwiła. Jest silna, nawet bardziej niżby nam się zdawało.
Sam widziałeś, jak wiele potrafi i jak wiele jest w stanie znieść.
– Właśnie to mnie martwi. Boję się, że Samane kiedyś może przekroczyć swoją
granicę, a wtedy nie będzie już ratunku. – Orli położył się, popatrzył w skośny sufit
lekko przesłonięty flagą powieszoną na belce. – Jesteś medykiem, powinnaś sobie
zdawać z tego sprawę.
– Jestem tego świadoma, ale Samane nie zatrzymasz, choćby miała umrzeć. Jak
nie możesz zasnąć, poczytaj sobie to. – Podała chłopakowi książkę.
– Wypożyczyłam to dzisiaj. To książka o dziadku Samane. Czytając ją, uświadomiłam
sobie, jaka jest Samane.
– A ty nie czytasz? – chłopak chwycił książkę i obrócił w każdą stronę, obejrzał
okładkę.
– Takie książki pochłaniam w godzinę.
– Żartujesz ?! Przecież to ma z pięćset stron, jak nic!
– Dokładnie Czterysta osiemdziesiąt pięć – uśmiechnęła się i przykryła kołdrą.
Orli wziął się za czytanie. Sojta nadal nie mogła zasnąć.
Sayate postanowiła zobaczyć co u Samane. I tak nie spała. Przebrała się i powolnym
krokiem ruszyła przez słabo oświetlone o tej porze korytarze akademii. Koło
godziny drugiej dyrektor znów wpadł do pokoju Yashi, sprawdzając czy wszystko
w porządku.
– Dajesz radę? – spytał z nieco weselszą miną. Usiadł na krześle obok. – Mam
dobre wieści, lekarze stworzyli odtrutkę, do rana wszystkie osoby powinny ją dostać,
także Yashi.
– O ile dożyją – zauważyła ponuro Samane.
– Dlaczego tak uparcii postanowiłaś pozostać przy Yashi. Są jeszcze inne osoby.
Także z twojej drużyny ucierpieli?
– To takie silne poczucie, że tutaj powinnam być – odpowiedziała, czując w swoim
ciele coraz większy niepokój.
Dyrektor zmrużył oczy.
– Wpadnę za godzinę – powiedział i wyszedł.
Dyrektor zaczął myśleć o decyzji Samane. Pamiętał, że przeczucia Rety zawsze
były bezbłędne, poza tym on też czuł ten dziwny niepokój. Uświadomił sobie,
że księżniczka nadal nie jest bezpieczna. Postanowił zachowywać się normalnie,
ale być w pobliżu. Nie minęło kilka minut, gdy Samane poczuła jeszcze silniejszy
niepokój. Tuż za drzwiami poczuła obecność jakiejś osoby, schowała się za wnęką
z umywalką. Starała się ukryć swoją obecność, choć mistrz nie zdążył jej tego
całkiem nauczyć. Liczyła, że nie zostanie odkryta. Do sali weszła postać w czarnej
kominiarce, z dziurą jedynie na oczy. Po kształtach ciała Samane rozpoznała, że to
kobieta niskiego wzrostu. Pod kominiarką dostrzegła spięte kłęby włosów, jakby
kucyki. Pierwsze jej skojarzenie padło na Sayate. Samane przeraziła się samą myślą
o tym, że podejrzewała przyjaciółkę. Dobrze wiedziała, że to nie ona. Znała jej
energię i rozpoznałaby wszędzie. Kim w takim razie była zamaskowana postać?
Samane czekała, co zrobi. Postać wyciągnęła nóż, obejrzała się za siebie , popatrzyła
na drzwi i powoli przysunęła nóż do gardła Yashi. Samane nie wierzyła własnym
oczom. Więc jej przeczucia nie były tylko przypuszczeniem. Przed nią stał szpieg
i winowajca całej tej afery z trucizną. Była tego pewna. Na dodatek winowajca
wrócił, by dokończyć dzieła. Samane zdecydowała się ujawnić. Widocznie to, czego 132
133
nauczył ją mistrz, wystarczyło, by ukryć obecność.
– Więc to ty jesteś sprawcą całego tego zamieszania – powiedziała Samane, ujawniając
swoją obecność i zasłaniając sobą drogę do wyjścia. Sięgnęła ręką do zegarka.
Nie miała czasu na rozmowę ani pisanie wiadomości. Przypomniała sobie kod
z egzaminu. Na zegarku wpisała dyskretnym ruchem kod 44 i wysłała do dyrektora,
miała cichą nadzieję, że zrozumie.
– Na ciebie też przyjdzie kolej – odezwała się zamaskowana postać, próbując
zmieniać głos, by nie został rozpoznany.
– Odłóż nóż.
– Jakim cudem tylu z was żyje? Wszyscy mieli być martwi.
– Nie znasz sekretów wojowników – Samane modliła się, by dyrektor zrozumiał,
o co chodzi. Z napięciem wyczekiwała na atak dziewczyny. Było wręcz pewne,
że nakryta będzie próbowała uciec. W tej chwili wahała się nad wyborem czy zabić
Yashi, czy walczyć z Samane i uciekać. W końcu zdecydowała się walczyć, skoczyła
z nożem na Samane, a ta wygięła jej rękę, a drugą chwyciła za nadgarstek ściskając
i powodując, że wypuściła nóż. Samane spojrzała jej w oczy i dostrzegła powiększone
źrenice.
– Wojowniczka! – Zorientowała się, a jej odkrycie ją zszokowało. – Nie masz honoru,
żeby robić takie rzeczy. Twój klan powinien cię za to zabić – powiedziała i ledwo
odsunęła się do tyłu, puściła rękę dziewczyny i mało nie oberwała krzesłem,
które z hukiem upadło na ziemię. Dziewczyna chwyciła drugie, a Samane cofnęła
się i obroniła, podniosła pierwsze krzesło z ziemi. Dziewczyny zaczęły okładać
się nawzajem krzesłami, co narobiło niezłego hałasu. Dyrektor usłyszał dziwne
dźwięki. Dopiero teraz spojrzał na zegarek i odczytał wiadomość. W pierwszej
chwili jej nie zrozumiał, spojrzał na adresata i gdy zobaczył Samane, skojarzył numer
.Szybkim ruchem obrócił się na pięcie i pobiegł do pokoju Yashi. Tymczasem
Samane rzuciła krzesłem w dziewczynę, oba krzesła zderzyły się i poleciały
na ścianę, roztrzaskując się na kawałki.
– To pokaż mi, jak walczyłaś z dyrektorem – przeciwniczka prowokowała Samane.
– Masz tupet – Samane uśmiechnęła się i rzuciła na dziewczynę, przewracając ją
na ziemię. Okładały się nawzajem, leżąc na podłodze. Scena bardziej przypominała
zapasy niż walkę. Dziewczyna uwolniła się z chwytu, wstała i zaszła Samane od
tyłu nim ta zdążyła wstać. Założyła rękę na jej szyi, dusząc ją. Samane odepchnęła
się nogą do tyłu, spowodowała, że obie poleciały na ścianę, a przeciwniczka uderzyła
o nią mocno plecami. Samane zaczęła wbijać dziewczynie raz po raz łokieć
w żebra, aż w końcu puściła jej szyję. Samane złapała oddech i przyłożyła dłoń
do szyi. Zamaskowana dziewczyna rzuciła się do drzwi. Samane zdążyła złapać
ją z tyłu za kominiarkę, lekko ją targając i wyrywając przy okazji kilka włosów
dziewczyny. Wybiegła za nią na korytarz i rzuciła się na nią , złapała za nogę i przewróciła
na podłogę. Z przeciwka nadbiegał dyrektor. Dziewczyna odwróciła się
i spiorunowała Samane wzrokiem, aż ta poczuła ból. Puściła dziewczynę, która
natychmiast zerwała się do biegu. Przecierając oczy Samane zobaczyła dyrektora.
Ucieszyła się na jego widok. Dziewczyna podskoczyła w górę, atakując generała.
Ten osłonił się krzyżując ręce, a intruz cofnął dłoń. Kopnął dyrektora, trafiając
w ramię. Przebiegł z boku i uciekł drzwi. Dyrektor odwrócił się, ale dziewczyny
już nie było.
– Wszystko w porządku? – spytał, podnosząc Samane.
– Spiorunowała mnie wzrokiem – Samane pocierała oczy.
– Czy z Gwiazdą wszystko w porządku? – spytał, panicznie martwił się o księżniczkę.
– Tak.
– Dobra robota – dyrektor poklepał ją po ramieniu.
– Zwiała, ale mam to – uniosła dłoń, w której trzymała kępkę rudych falowanych
włosów. – W sali został jeszcze nóż, którym chciała zabić Yashi.
– Znajdziemy ją. Pamiętasz wszystko? – spytał dyrektor.
– Tak. Dziewczyna miała zdolności wojowniczych klanów. – Samane spuściła
głowę. Nie dawało jej to spokoju. Jak jakiś wojownik mógł tak się zachować względem
swoich i swojego kraju, względem osoby, której powinien służyć . Była to
skaza na honorze i ogromna przykrość dla niej samej.
– Świetnie się spisałaś – powtórzył dyrektor. – teraz możesz już wrócić do siebie.
– Nie. Zostanę do rana.
– Kolejne przeczucie – wystraszył się generał.
– Nie, ale chcę zostać do rana.
– Uparta jak osioł. Wiesz, że w niektórych przypadkach nie jest to dobra cecha.
Nie zauważyłem tego podczas egzaminu, ale wyszło szydło z worka. Daj czasem
na luz. Twój upór może cię kiedyś zgubić i zaprowadzić donikąd. Jeśli tak bardzo
chcesz chronić przyjaciół, musisz zadbać też o siebie. Jutro są kolejne zajęcia, powinnaś
się wyspać.
– Nic mi nie będzie, proszę panie dyrektorze, niech mi pan pozwoli zostać –
błagała.
– Nie mam innego wyboru. – kiwnął głową i ruszył z Samane do sali.
Dostrzegł połamane krzesła, schylił się i chwycił przez woreczek nóż.
– Skąd ten pomysł z kodem? – spytał dyrektor.
– Nie miałam czasu na rozmowę czy pisanie wiadomości. – Odpowiedziała bez
żadnej emocji. – Wtedy tylko to przyszło mi do głowy.
134 135
D o pokoju zaglądnęła Sayate, pukając w framugę uchylonych drzwi.
– Co tu się stało? – spytała zdziwiona na widok połamanych krzeseł i noża
w dłoni dyrektora.
– To długa historia. Przyniesiesz krzesła Sayate? – polecił jej generał.
Dziewczyna wróciła po dwóch minutach, niosła dwa krzesła.
– Nie mów jej, co tu się stało – szepnął dyrektor do Samane i odszedł, zostawił
dziewczyny same.
– O co chodzi Saya ?– skróciła jej imię. – Nie powinnaś spać?
– Nie mogę zasnąć – Sayate usiadła na krześle, przyglądała się Yashi, która leżała
podpięta do aparatury. – Co się tutaj stało?
– Wybacz Saya, ale nie mogę o tym mówić.
– Jutro cała szkoła będzie o tym wiedziała, nawet jeśli nikomu nie powiesz.
– Ktoś chciał zabić Yashi – szepnęła Samane przyjaciółce do ucha.
Sayate wytrzeszczyła oczy.
Samane spojrzała Sayate w oczy, przekazując w ten sposób relacje z wydarzeń.
Przecież dyrektor zabronił jej o tym mówić, ale nie zabronił pokazać.
– Wojowniczka – szepnęła cicho Sayate. – Nie mogę w to uwierzyć.
Obie siedziały cicho, nie odzywały się do siebie przez dłuższy moment.
– Saya, po co przyszłaś? – odezwała się w końcu Samane. – raczej nie dlatego,
że nie możesz zasnąć.
– Miałam złe przeczucia względem ciebie. Poza tym chciałam z tobą o czymś
pogadać. – Sayate poczuła się niezręcznie, próbowała zacząć temat, ale nie wypowiedziała
ani słowa.
Samane spojrzała na nią zmartwiona.
– Chyba nadal nie potrafię o tym mówić – w jej oczach pojawiły się łzy.
– Chodzi o twojego ojca, prawda? – domyśliła się Samane, wiedząc, że tylko ta
sprawa powodowała u jej przyjaciółki łzy.
Samane przytuliła ją.
– Chciałabym o tym porozmawiać, ale nie potrafię, to dla mnie zbyt bolesne.
– Po co mówić, możesz mi pokazać – zauważyła Samane
– Nie, ta sprawa jest inna, poza tym widziałaś już wszystko i nic to nie zmieniło.
Samane nie wiedziała, jak pomóc przyjaciółce.
– Wiem, co to znaczy stracić rodziców i bliskie osoby, ale nigdy nie doświadczyłam
utraty na własnych oczach, więc wybacz, ale ja nie potrafię cię w ten sposób
zrozumieć.
– Nie szkodzi, w sumie spodziewałam się, że się nie uda – spuściła głowę i popatrzyła
w podłogę. – Pewnie gdyby Yashi była przytomna, powiedziałaby coś pokrzepiającego,
jak wtedy na egzaminie. – Sayate znów zaczęła płakać.
Samane była kompletnie bezradna, nie potrafiła sobie poradzić z taką sytuacją,
mimo iż w wielu innych pewnie wiedziałaby, co zrobić.
Sayate otarła oczy rękawem różowej bluzy i wstała. Tym razem nie uśmiechała
się ani nie trzepała kucykami. Jakby była inną osobą.
– Przepraszam, że zajęłam ci czas moimi głupotami.
– Saya, co ty mówisz – Samane poczuła się jeszcze bardziej bezradna. – Jesteśmy
przyjaciółkami, zawarłyśmy kontrakt. Nie obwiniaj siebie, że szukasz pomocy.
– To dzisiaj chyba pierwsza dobra rada z twojej strony– szepnęła przez łzy i wyszła.
Samane wstała, wyciągnęła rękę, by zatrzymać przyjaciółkę, ale zawahała się
i usiadła z powrotem. Sayate odeszła, a Samane przytłoczona sytuacją nie miała
siły jej gonić.
Zaczęła rozmyślać nad tym, co się stało, szukała wyjścia z tej sytuacji, ale nic nie
przychodziło jej do głowy. Zamiast tego pojawiły się znowu wspomnienia krytyki,
które leciały w jej stronę po walce z dyrektorem. Znów przypomniała sobie słowa
jakiejś drugoklasistki, która nazwała ją demonem. Tym razem we wspomnienia
coś zwróciło jej uwagę. Dziewczyna wydała jej się dziwnie znajoma i miała
rude włosy.
– Nie, to niemożliwe, w szkole jest dużo rudych dziewczyn. – Samane odrzuciła
myśl, ale znów napłynęły do niej wszystkie inne sprawy. Uświadomiła sobie, jak
wiele działo się przez te ostatnie dni, a ona już nie dawała rady psychicznie. Próbowała
się uspokoić, przypominając sobie naukę mistrza. Wzięła trzy głębokie
oddechy, złożyła dłonie, ułożyła je na sobie. Zamknęła na chwilę oczy i próbowała
się wyciszyć, starała się o niczym nie myśleć.
o
Sayate z pochmurną miną wlokła się korytarzem, powoli schodziła po schodach
na pierwsze piętro, trzymała się barierki, a z jej oczu kapały łzy, które ciągle ocierała
i starała się stłumić. Wstydziła się, że ktoś ją na tym nakryje. Bała się też wrócić
do pokoju. Szła powoli, a jej głowę cały czas wypełniała jedna i ta sama scena odtwarzana
jak zapętlony film. Sayate usiadła na schodach, cicho płacząc. Poczuła,
jak słabną jej nogi. Liczyła tylko, że nikt jej tutaj teraz nie znajdzie. Szlochała cicho,
czuła znów tęsknotę za ojcem. Choć minęło tyle lat od tego wydarzenia, jej serce
nadal krwawiło. Nikt nie potrafił załatać tej dziury. Sayate liczyła, że Samane jej
pomoże, ale po rozmowie zrobiło jej się głupio, że w ogóle zawracała jej głowę.
Samane miała swoje problemy i dzisiaj wiele przeszła, była zmęczona, a nadal wytrwale
pilnowała Yashi. A ona jeszcze zawracała jej głowę, dodatkowo obciążając
swoimi sprawami. Sayate zaczęło brakować też Yashi. Chciałaby znów zobaczyć jej
uśmiechniętą twarz. Może ona potrafiłaby jej pomoc.
136 137
o
Reszta nocy mijała spokojnie. Samane dłużył się czas, powoli zaczynała żałować,
że postanowiła zostać do rana. Miała ochotę na drugą kawę, ale nie mogła się stąd
tak po prostu ruszyć. Z drugiej strony pomyślała, że skoro już tak bardzo się zadeklarowała,
to musi dotrzymać do rana. Była to winna Yashi. Poza tym trzymał ją
również jej honor. Dyrektor nie pojawił się od dwóch godzin. Samane zastanawiała
się, czy poszedł się zdrzemnąć, czy może działo się coś złego i musiał być w innym
miejscu. Czekała cierpliwie, martwiąc się trochę o dyrektora. Gdy zaczęło
świtać, pojawił się. Dostrzegł, że coś jest nie tak. Samane była smutna i pogrążona
w myślach. Spoglądała w okno, nie zwracała uwagi na to, że wszedł.
– Wszystko w porządku? – spytał.
– Tak – odpowiedziała, odwracając głowę.
– Jak twoja przyjaciółka? – dyrektor przypomniał sobie, że wcześniej była
tu Sayate.
– Nie wiem – odparła Samane, czując się nieco poirytowana, że dyrektor pyta ją
o takie rzeczy.
– Pokłóciłyście się? – usiadł na krześle obok.
– Nie, po prostu Sayate ma problem, a ja nie potrafię jej pomóc – Samane westchnęła
smutna i spuściła głowę.
– Powiesz mi, o co chodzi?
Samane nie była chętna, by o tym mówić, nie chciała robić tego za plecami Sayate.
– Nie chcę nic mówić bez jej wiedzy.
– Czy ja wyglądam na kogoś, kto nie potrafi dotrzymać tajemnicy?
– Nie – odpowiedziała, ale zastanowił ją inny fakt.
– Dlaczego spoufala się pan tak ze mną? Z innymi uczniami też pan tak rozmawia?
– Jestem dyrektorem, muszę wiedzieć wszystko o swoich uczniach. To tak jak
ty jako dowódca musisz wiedzieć wszystko o osobach z twojej drużyny. Inaczej
nie umiałabyś przydzielić im zadań do umiejętności i możliwości. Podobnie ja
nie mógłbym przydzielać misji. Poza tym zadaniem nauczycieli w tej szkole jest
uodpornić was psychicznie na stres, a każdy nierozwiązany problem może być
przeszkodą, by to osiągnąć.
Samane kiwnęła głową na znak, że rozumie i zaczęła wyjaśniać sprawę, opisując
sytuację z egzaminu i historię ze śmiercią ojca Sayate.
o
Tymczasem Sayate opadła z sił i zasnęła na schodach z głową wtuloną w ramiona
oparte na kolanach. Mocne złoto – różowe światło wschodzącego słońca wpadało
przez ogromne okno na korytarzu. Powoli promienie oświetlały miejsce, przesuwając
się po stopniach do góry, aż dotknęły głowy Sayate. Dziewczyna poczuła
blask na sobie, obudziła się i spojrzała na piękny widok. Łzy zaschły jej na policzkach.
Widok dodał jej trochę sił. Postanowiła w końcu wrócić do pokoju. Senna
dotarła do wieży i w ubraniu rzuciła się na łóżko, lekko tylko okrywając ciało
kocem. Pozostałe osoby nie zauważyły jej nieobecności.
Samane skończyła opowiadać dyrektorowi całą sytuację z Sayate.
– Znałem ojca Sayate osobiście. Wiem, jak zginął. Osobiście wykonywałem wyrok
na sprawcach tej tragedii. Utrata bliskich osób zawsze boli. Wiesz coś o tym,
prawda?
– Ja nie byłam tego świadkiem, jak Sayate. Nie mam pojęcia, jak bardzo musi
to przeżywać. Pamiętam, jak było mi ciężko, gdy dowiedziałam się, że rodzice nie
żyją, ledwo się otrząsnęłam i spadł na mnie kolejny cios, śmierć dziadka. Nie potrafię
sobie wyobrazić, że można cierpieć jeszcze bardziej.
– Nie pomożesz jej wywołując u siebie jeszcze większe cierpienie. Ona potrzebuje
wparcia, ukojenia, a niekoniecznie zrozumienia. Dobrze wie, że jej nie zrozumiesz,
ale mimo to szuka jakiegoś sposobu, by sobie z tym poradzić. Ufa tobie,
więc liczy, że to ty będziesz jej wsparciem.
– Wtedy podczas egzaminu też nie wiedziałam, co zrobić. To Yashi uspokoiła
Sayate. Samane spojrzała na nieprzytomną księżniczkę. – Oby wyzdrowiała.
Dyrektor również spojrzał na Yashi.
– Musisz wierzyć, że wyzdrowieje – dotknął ramienia Samane.
– Mogę jeszcze prosić o kawę?
– Pewnie – dyrektor wstał i po dwóch minutach przyniósł jej kawę. – Może jednak
odpoczniesz. Już prawie rano.
– Zna pan odpowiedź.
Dyrektor uśmiechnął się. Wstał i wyszedł.
o
Zbliżała się siódma. Samane wpatrywała się tępo w papierowy kubek po kawie,
myślała o Sayate. Zastanawiała się, jak ona zachowywałaby się, będąc na jej miejscu.
Aż nagle przypomniała sobie, jak dziadek i mistrz opowiadali jej, że na wojnie
śmierć jest normalną rzeczą, a żaden wojownik się jej nie boi. Honorem jest
zginąć oddając za kogoś życie. Jeśli jesteś żołnierzem lub wojownikiem, każdego
dnia spodziewaj się, że możesz zginąć. Ojciec Sayate był tego świadomy – myślała.
– Może w ten sposób powinnam przemówić do Sayate. – myślała dalej. Nagle poczuła
czyjąś obecność za drzwiami. Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna o pięknie
lśniących blond włosach przylizanych żelem. Mężczyzna był w podobnym wieku
co dyrektor. Nosił ciemnofioletowy mundur galowy armii królestwa, a na pagonach
widniała złota gwiazda, w złotej obręczy a pod nią symbol korony. Samane
138 139
sta n ęła baczność, widząc symbol króla. Za królem wszedł dyrektor. Zakłopotana
sięgnęła ręką do czoła, jakby chciała zasalutować, ale nie wypadało robić tego, gdy
nie miała munduru. Cofnęła rękę, a to spowodowało jeszcze większe jej zakłopotanie.
W końcu spuściła głowę i ukłoniła się, mówiąc:
– Witaj królu Gwiazdo.
Król spojrzał na nią zdziwiony.
– To przyjaciółka z klasy Yashi. Siedziała tu całą noc – wyjaśnił dyrektor.
– Jak ci na imię? Podnieś głowę. – król podszedł bliżej.
Samane uniosła nieśmiało głowę.
– Samane Sejom.
– Sejom? – zdziwił się król.
– To wnuczka Rety – wyjaśnił dyrektor.
– Znałem twojego dziadka – odpowiedział król. – Dziękuję ci za opiekę nad
moją córką. – król położył jej dłoń na ramieniu.
Samane poczuła się jeszcze bardziej zakłopotana.
– Samane obroniła twoją córkę przed intruzem, który chciał ją zabić – powiedział
dyrektor, czując, że to dobry moment, by pochwalić Samane przed królem.
Król w pierwszym momencie przeraził się, ale zaraz potem uspokoił.
– Tym bardziej ci dziękuję.
– Samane, możesz nas zostawić samych. Już rano, wracaj do pokoju. Musisz odpocząć
i ani mi się waż przychodzić na zajęcia – powiedział wrogim tonem, jakby
chciał jej pogrozić palcem.
Samane posłuchała, ukłoniła się jeszcze raz królowi i wyszła.
– Zdziwiło mnie, że zostawiłeś pierwszoklasistkę do ochrony – uśmiechnął się
król do dyrektora.
– Nie żałuję. Samane jest utalentowana. Trochę się obawiałem, ale niesłusznie.
Gdyby trafiło na kogoś innego, nie wiem, czy byłby w stanie walczyć z tamtym
intruzem. Poza tym dzięki Samane mamy sporo informacji o tej osobie. Jeszcze
jedna sprawa, która cię zainteresuje. Samane oddała Yashi krew. Gdyby nie to, twoja
córka byłaby prawdopodobnie martwa.
– Jest dopiero w pierwszej klasie – myślał król głośno. – Jak pozostałe osoby?
– Lekarze podali odtrutkę. Wydaje się być dobrze, ale wszyscy nadal są nieprzytomni.
– Jass, przyjacielu, ta wojna musi się w końcu zakończyć. – usiadł na krześle,
kładąc głowę na łóżku. Chwycił bezwładną dłoń Yashi i zapłakał.
– Wiem – odpowiedział dyrektor i posmutniał.
Samane wróciła do pokoju i zastała niecodzienny widok. Orli spał na podłodze
obok łóżka Sojty. Był do połowy przykryty i leżał na książce. Samane schyliła się.
Zabrała książkę spod jego głowy, włożyła zakładkę i spojrzała na okładkę. Tytuł
brzmiał; Reta Sejom – generał legenda.” Samane zdziwiła się, że Orli czytał taką
książkę. Przewertowała kilka stron, ale w sumie znała wszystkie opisane w niej wydarzenia.
Uczyła się o nich na historii, dziadek, rodzice i mistrz również dużo jej
opowiadali. Odłożyła książkę na biurko Sojty i wystraszyła się, gdy zadzwonił budzik.
Sojta podniosła się i uśmiechnęła na widok przyjaciółki. Spojrzała na książkę.
– Ja mu ją dałam – wyjaśniła. – Jak się czujesz?
– Dobrze, ale dyrektor zabronił mi przychodzić dziś na zajęcia.
– I słusznie – Sojta spojrzała na nią surowym wzrokiem. Widzę, że jesteś zmęczona,
powinnaś się przespać i to już.
Sojta zerwała się z łóżka i pobiegła do kuchni. Samane padła na łóżko, patrząc
na drewniany skośny sufit. Brakowało jej poduszki, która potargała się podczas
bitwy. Sojta wróciła i podała Samane dziwny zielony napój .
– Zrobiłam to z ziół, które zebrałam w czasie egzaminu. Wypij, odzyskasz po tym
energię, a organizm wyprodukuje szybciej utraconą krew. Dodałam też coś na sen.
Samane sięgnęła po napój i zrobiła łyk.
– Ohydne – skrzywiła się
– Pij, na zdrowie – zmuszała ją Sojta.
Samane z trudem wypiła zielone świństwo i dosłownie po pięciu minutach zasnęła.
Sojta zdjęła jej buty i przykryła kołdrą, zostawiała, by się wyspała.
Schyliła się i obudziła Orlego.
– Cześć – odpowiedział zaspany chłopak, odwracając się na plecy. Sojta schyliła
się i podała Orlemu inny napój, który przygotowała.
– Co to?
– Nie będzie ci się chciało po tym spać. Dodaje energii.
Orli chwycił kubek i wypił wszystko .
– Dobre – powiedział i wstał.
Zabrał swoją kołdrę i dopiero teraz zauważył śpiącą Samane.
– Jak z nią?
– Ciii – Sojta przyłożyła palec do ust. – Jest zmęczona, musi teraz spać.
Orli po cichu poszedł do swojego pokoju po ubrania.
Dziś nie było kolejki pod prysznic. Sojta i Orli wyszli, spotkali się na korytarzu
z Kazari, Axelem, Leeme i Chonrą.
– A gdzie Sayate? – zdziwiła się Sojta.
– Nie czuje się najlepiej i została – wyjaśnił Axel.
Ruszyli razem schodami na dół i udali się na plac, na którym wczoraj skończyli
zajęcia. Na samą myśl o musztrze Orlemu robiło się niedobrze. Liczył, że zajęcia
140 141
z t e go przedmiotu pójdą szybko. Dziś już nie prowadziła ich Isae. Musieli radzić
sobie sami. Na placu spotkali się z Febrą, Miriam i Laomi. W końcu pojawił się
Katon. Spóźnił się aż piętnaście minut.
– Waszą klasę też porządnie przetrzepało – spojrzał, przeliczając ludzi. – Wszystkie
dzisiejsze zajęcia zostały odwołane. Sytuacja jest krytyczna i bardzo wiele klas
jest niekompletnych, do tego nauczyciele są zajęci całą tą sytuacją z trucizną i nie
mają czasu prowadzić lekcji. – Chociaż jeśli bardzo wam zależy, dla was mogę
zrobić wyjątek.
Orli przewrócił oczami. Ucieszył się, że zajęcia są odwołane i nie przyszłoby mu
do głowy, żeby na własne życzenie się katować. Miał wielką ochotę polatać na ścigaczu.
Pozostałe osoby nie były zbyt chętne. Została tylko Sojta.
Katon spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Pan też miał takie problemy, gdy pierwszy raz przyszedł do akademii? – spytała
śmiało.
– Pierwszy raz mi się zdarza, że ktoś mnie o to pyta. – Katon uśmiechnął się
szczerze. – owszem, do dzisiaj to wspominam jako świetną komedię. – zaśmiał się,
odtwarzając w myślach wspomnienie.
– Czyli to tylko kwestia czasu zanim się nauczymy, a za rok będziemy się
z tego śmiać?
– Jak z każdej rzeczy, której się uczycie – odpowiedział.
Sojta uśmiechnęła się, stanęła na baczność i zasalutowała.
– Idealnie – uśmiechnął się.
Dziewczyna odeszła, na korytarzu spotkała Orlego.
– Co ty mu zrobiłaś? – Orli nie wierzył w to, co widział. Jak Sojcie udało się wywołać
uśmiech u tego strasznego nauczyciela.
– Wystarczyło być miłym.

Komentarze
Prześlij komentarz